Zaduszkowe pytania 10
Pierwszy raz ten dźwięk usłyszałem ponad trzydzieści lat temu na cmentarzu w Niedrzwicy Kościelnej, potem jeszcze dwa razy. Jeden raz, gdy podchodziłem z Karbu na szczyt Kościelca i ostatni raz schodząc Zawratem do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Do dziś dnia nie potrafię jednak tego dźwięku nazwać, opisać. Być może dałoby się go wydobyć z jakiegoś instrumentu muzycznego lub stworzyć na symulatorze. Za pierwszy razem ów dźwięk wydała, wydobyła z siebie, wyrzuciła, wykrzyczała, młoda kobieta w momencie spuszczania do grobu trumny ze zwłokami jej męża. Żyli ze sobą zaledwie parę lat. Drugim razem, jak się potem okazało, bo w pierwszej chwili myślałem, że to ludzki głos, wydała ten dźwięk spadająca w przepaść kozica, a za trzecim razem dziewczyna, kilkunastoletni podlotek. Schodząc z ojcem i wujkiem Żlebem Zawrackim, pośliznęła się i osunęła kilkanaście metrów. Na szczęście utknęła na niewielkiej półeczce. Stojąc nad grobem i słysząc głos kobiety, pomyślałem – Boże, przecież ona krzyczy, nie krzyczy, raczej głośno skuczy, skomli, wprost wyje, jak zwierze. Nic dziwnego, że po kilku latach, słysząc głos spadającej kozicy, pomyślałem – Boże, jakiś człowiek spada w przepaść. Wszystkie te głosy brzmiały podobnie, zwierzęco-ludzko.
Do tych trzech głosów dzisiaj chciałbym dołączyć czwarty. Głos nieśmiały, cichy, prawie szept. Kilkuletnia dziewczynka po powrocie do domu z pogrzebu ojca pyta: Mamusiu, a tatuś, kiedy do nas przyjdzie? Cztery głosy, właściwie cztery wypowiedzi i zarazem pytania, można oczywiście pominąć milczeniem, czy też odsunąć, czy też zwyczajnie zlekceważyć. Cóż w tym dziwnego, że umierający człowiek zachowuje się jak umierające zwierze i odwrotnie. A dziecko i jego pytanie? No cóż, pytanie na miarę jego rozumu. Wierzy przecież dzieciak w baśnie. Sprawa jest jasna i nie ma potrzeby zaciemniać jej jakąś tam metafizyką. Człowieka można przecież opisać całkiem dobrze przy pomocy tablicy Mendelejewa. Jesteśmy niezłą maszyną, całkiem sensownym komputerem, zminiaturyzowaną fabryką białka, po trosze elektrownią i tyle. Owszem, jesteśmy krewniakami gwiazd, ale ta konstatacja tylko potwierdza biblijną przecież prawdę, że powstaliśmy z prochu ziemi i w proch się obrócimy. Śmierć nie jest niczym nadzwyczajnym. Jak wszystko inne, my również przemijamy i właściwie nie pozostaje po nas nic. Co najwyżej pustka i wspomnienie.
Może i tak, może taka jest o nas prawda. Co jednak począć z tym ludzko-zwierzęcym skowytem żyjących stworzeń w chwili nagłej, a bywa i nienagłej, śmierci? Tylko, co zrobić z pytaniem tej dziewczynki? Co temu dziecku odpowiedzieć? Czy znajdzie się ktoś, kto popatrzy tej kilkuletniej dziewczynce i powie, jak najdelikatniej, a jednak powie: Twój tatuś nigdy już do ciebie nie przyjdzie. Nigdy go nie zobaczysz. Jak powiedzieć dziecku, że zmarły ojciec naprawdę je kochał, skoro teraz oto odszedł i nigdy już nie wróci? Przecież taka rozłąka na zawsze jest krzywdą, gdyż ponad miłość stawia śmierć pojmowaną jako unicestwienie.
Podobnie ma się rzecz z ludzko-zwierzęcym skowytem kobiety, dziewczynki i kozicy. Owszem, można całą sprawę zbyć powiedzeniem – instynkt samozachowawczy zadziałał i będzie to prawdą. Ale czy całą prawdą? Dlaczego jest tak, że również wtedy, gdy śmierć traktujemy jak zwyczajne zjawisko, jako ostatni przejaw życia, po którym już tylko nicość, dlaczego mimo to boimy się jej i przeciwko niej się buntujemy? Dlaczego występujemy przeciwko logicznej oczywistości, przeciwko faktom? Każdy, kto się narodził, musi umrzeć. Ale nawet, jeśli uda się nam przekonać nasz rozum i pogodzi się on z tym, że jesteśmy śmiertelni, to trudniej przekonać serce. Ono będzie się bronić do ostatka. Dowód? Mowy pogrzebowe nad trumnami niewierzących. Będziesz na zawsze żył, mówi się do zmarłego, w naszych sercach, w swoich książkach, w domu, który zbudowałeś, w sercu swoich najbliższych i przyjaciół. Będziesz żył! Będziesz żył nadal!
*
A zatem na pytanie o znaczenie śmierci mamy dwie odpowiedzi. Może trzy. Pierwsza odpowiedź brzmi – Nie wiem na ten temat nic. Druga – Śmierć kończy ludzkie życie i nie ma się nad czym zastanawiać. Nicość jest nicością i niczym więcej. Trzecia odpowiedź – Znam smak szczęścia, zaledwie je posmakowałem i nielogiczne byłoby sądzić, że na tym koniec.


Bardzo ciekawe mysli tu Ksiadz przesyla, ale do kad Ksiadz zmierza z tym wyciem ludzi przed nagla (lub czasem nienagla smiercia) ??
Wczoraj w Dzień Wszystkich Świętych odwiedzaliśmy groby. Ja także. Zapalanie zniczy na grobach pokazuje, że pamiętamy. Być może dopiero po odejściu naszych bliskich zdajemy sobie sprawę, ile rzeczy nie powiedzieliśmy, jak bardzo kochaliśmy zmarłych, ale było to dla nas oczywiste,że jeszcze będzie na to czas, bo byli z nami… Ale ja wierzę, że jeszcze się z nimi spotkamy. Przecież umiera tylko ciało, a nie dusza. Na mszy modlimy się do Świętych, za dusze zmarłych. I choć nie ma ich z nami fizycznie, to i tak sądzę, że obserwują nas cały czas i choć nie odpowiedzą, to wysłuchają…Zawsze z nami będą, jeśli my tego będziemy chcieli…
Myślałem, że mój blog będzie pierwszym i ostatnim “Katolickim blogiem w twoim domu” :) Jednak się omyliłem. No, cóż, przyznam że po ojcach jezuitach nie spodziewałem się – jak dotąd – dośc porządnego kawałka bloga ;)
pozdrawiam z “katolickiego” Monachium
http://maciejgnyszka.blogspot.com
Liczymy na częste odwiedziny! Pozdrowienia dla siostry:)
No tak, tylko czy jest możliwe kiedykolwiek zdążyć odpowiedzieć na każde pytanie, spędzić z kimś dostatecznie dużo czasu, zapytać o wszystko, o co warto pytać, wystarczająco długo z kimś posiedzieć? Chyba zawsze zostaje to uczucie, że czyjaś śmierć przerwała nam wspólną drogę nagle, choć nie zawsze tak jest.
Nigdy człowiek nie zdąży wszystkiego powiedzieć… Chodzi mi głównie o sytuacje, w których mówimy sobie: porozmawiam z nim o tym kiedyś, kiedyś się z nim pogodzę… Może tego czasu zabraknąć…
Prawda. Warto mieć nie za dużo odwleczonych spraw ;)
Ojej! Jak ja nie lubie tego zaduszkowego patosu!!! Czasem śmierć kogoś z bliskiego otoczenia jest ogromna ulgą. Szkoda tylko, że o tym się nie mówi w imię tzw. “poprawności politycznej”. Nie każde życie jest piękne i wartościowe. Czasem jest ono tylko i wyłącznie źródłem udrek zarówno dla samego zainteresowanego (np. ciężka nieuleczalna choroba) lub dla innych (np. ojciec alkoholik).
Jaka to ulga że jest śmierć!
Mój ojciec zmarł w listopadzie, w domu, po kilkuletniej postępującej chorobie. Opieka wyczerpywała, czekałam na śmierć i jednocześnie ta śmierć mnie zaskoczyła- można czekać, lecz ból jest przeogromny. Krzyk umierającego taty noszę w sobie do dzisiaj. Pytałam, szukałam odpowiedzi, dlaczego krzyczał? Ale nie spotkałam nikogo, kto o krzyku by wiedział. Dopiero wpis Ojca unaocznił, że tak bywa. Krzyk, który trudno opisać- niosący strach, niemoc…? I mój ból, że mu nie potrafiłam pomóc, chociaż byłam obok. Łzy.
Dawniej myślałam jak “przedmówca” . Dzisiaj mówię: . Jednocześnie jest to chwila bezcenna, gdy się widzi dwa światy, na ten czas bez zasłony, a doczesność – w innej perspektywie.
Dziękuję Ojcu za notkę.
c.d. Dawniej myślałam jak “przedmówca”:Jaka to ulga że jest śmierć. Dzisiaj mówię: Jak trudnym i nieprzewidywalnym momentem jest śmierć.