Partyjna wieża Babel 2

Niedawny jubileusz 80. urodzin profesora Leszka Kołakowskiego i opadający powoli kurz powyborczy i pokampanijny skłonił mnie, by sięgnąć po prawie trzydziestoletni tekst Profesora „Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?”. Książki prof. Kołakowskiego od wielu lat są dla mnie odtrutką na wdzierającą się nachalnie i krzykliwie za progi mego umysłowego domu rzeczywistość. Nikt tak jak Pan Profesor nie potrafi nadać właściwej miary dziejącym się wydarzeniom i nikt tak jak on nie uderza w istotę spraw, nie rezygnując jednocześnie z wyławiania co zabawniejszych paradoksów i absurdów, mrużąc między wierszami oko do czytelnika.
W powyższym tekście już sam tytuł prowokuje paradoksalnością i kpiną z wymienionych poglądów politycznych. Postawione pytanie musi budzić popłoch polityków i co bardziej świadomych politycznie obywateli. Bo jakże można łączyć w jednej osobowości cechy tak sprzeczne i tak wzajemnie się wykluczające jak konserwatyzm, liberalizm i socjalizm? To nóż w samo serce polityki, która na tym rozróżnieniu od dziesięcioleci buduje swą mechanikę i przeprowadza granice polityczne w społeczeństwach!
Zdało by się stwierdzić, że pomieszanie tego rodzeństwa musi doprowadzić do katastrofy i paraliżu demokratycznego systemu opartego, z grubsza biorąc, na konflikcie tych trzech idei, które walcząc ze sobą, tworzą w nim swoistą równowagę. Kto ciekaw, jak tę łamigłówkę rozwiązuje Profesor Kołakowski, a eseju jeszcze nie czytał, niech sięgnie do wznowionej niedawno jego książki „Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań”. Tam wspomniany tekścik znalazł swoje miejsce.
Dla mnie stał on się zachętą do spojrzenia z dystansem na partyjny landszaft, jaki wyłonił się w Polsce po wyborach.
Zaczęła do mojej świadomości docierać myśl, że idąc do urny kierowałem się raczej jakąś intuicją, nieokreśloną sympatią do partii, na którą głosowałem, a niechęcią i nieufnością do innych. Chyba jak większość z nas, wyborców. Bo percepcja polityki i polityków odbywa się dziś reklamowo. Każda partia chce się przypodobać wyborcy uderzając w najczulsze miejsce, gdzie kryją się nasze strachy i lęki, albo chce nas omamić wdziękiem wielkich obietnic, które najczęściej spełnione być nie mogą, ale wyborca o tym wiedzieć nie musi, a najczęściej też nie chce.
Dominuje więc kampania negatywna, przyprawiona komiwojażerskim kitem. Zresztą wgłębiając się w partyjne propozycje można zauważyć prawie same podobieństwa. Która z partii nie chce zlikwidowania korupcji? Która nie walczy z bezrobociem? Która nie widzi potrzeby poprawy sytuacji lekarzy i nauczycieli? Która nie chce większego wzrostu gospodarczego? Która nie chce obniżenia podatków?(przy równoczesnym zwiększeniu wydatków w sferze socjalnej – metoda na ekonomiczny cud!).
Nieuwzględnienie choćby jednego z tych postulatów każdą partię w dzisiejszej Polsce (ale nie tylko tu) musi skazywać na polityczny niebyt. Różnice między naszymi partiami są coraz bardziej kosmetyczne i dotyczą rozwiązań szczegółowych, a nie naczelnych idei i kierunku w jakim mamy iść. Scena partyjna wbrew generowanym sztucznie podziałom historycznym i emocjonalnym, czego przykładem mogą być pojęcia III i IV RP czy „Polski liberalnej” i „solidarnej”, coraz bardziej się homogenizuje programowo. Pod hałaśliwymi partyjnymi anatemami wobec siebie nawzajem kryje się większa bliskość niż można przypuszczać. A ów hałas to efekt, czasem rozpaczliwego wręcz, poszukiwania przez formacje polityczne tożsamości ideowej.
Chyba dramatem dzisiejszej demokracji w ogóle jest bezbarwność jej aktorów, którzy być może tęsknią do czasów, gdy rodziły się w społeczeństwach masowe ruchy polityczne, gdy polityka wrzała jak woda na otwartym ogniu. Dziś polityka przypomina raczej plastikowy czajnik z automatycznym bezpiecznikiem.
Liberalizm, konserwatyzm i socjalizm jako wielkie społeczne idee skończyły się. Kursem, jakim podąża dziś cały świat, to rozwój i dobrobyt, oparty o zasady wolnego handlu międzynarodowego, idei rozwoju i maksymalizowania zysku. Ten paradygmat obowiązuje generalnie wszędzie, nieważne jaką ideową łatkę mu się przyszyje. To program Ameryki, Unii Europejskiej, Chin, Rosji, Japonii…i reszty świata, która próbuje naśladować tych, którym już się udało.
Lord Ralf Dahrendorf, znany socjolog i politolog, mówi o ciekawym i nieuniknionym w globalnej wiosce zjawisku „pełznącego autorytaryzmu”. To autorytaryzm wymykających się tradycyjnemu państwu wielu działań finansowych i handlowych. Państwa oddają także część swych kompetencji takim ciałom jak choćby Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Rada NATO. To, co kiedyś pojedyncze państwo mogło kontrolować w pełni, dziś ucieka spod jego wpływu. Oznacza to mniejszą rolę polityki, polityków i światopoglądów przez nich reprezentowanych w dzisiejszym systemie władzy.
Demokracja stała się w pewnym sensie zakładniczką zglobalizowanej ekonomii. I żadna formacja polityczna nie jest w stanie tego trendu odwrócić, chyba, że chciałaby doprowadzić do izolacjonistycznego samobójstwa państwa…(poniekąd takim krajem jest dziś Korea Płn., która dawno już by się zawaliła, gdyby nie humanitarna pomoc Zachodu i wyrachowane wsparcie Chińczyków).
Od wszystkich tych zależności nie jest też wolny nasz kraj i polskie partie polityczne. To jest powodem, że niewiele one od siebie się różnią. Różnice te sprowadzają się tak naprawdę do różnic historycznych. Na tym wszystkie formacje próbowały budować swe tożsamości. Co prawda to PIS podzielił Polskę na tych z III i IV RP, ale inne formacje zbudowały na przeciwstawieniu się temu podziałowi swój cały polityczny kapitał, na czele z Platformą Obywatelską. Ważne było kto z kim piłkę kopał, ulotki w czasie stanu wojennego roznosił, kto był za lub przeciw Balcerowiczowi, kto był w PZPR i kto temu z PZPR-u rękę podawał.
Drugi biegun zjednoczył się przeciw PIS-owi i jego wstyd przynoszącej wszystkim Polakom polityce i obejmował w końcowej fazie PO, LiD, PSL, a nawet gdy już je z rządu powyrzucano, LPR i Samoobronę. Ostatecznie wyborcy, eliminując skrajności wybrali PO przeciw PIS, a na deser wskoczyła jeszcze słabiutka lewica i PSL, które czuje się dobrze w wielu kolorach, nie tylko zielonym. Rzesze się cieszą, że zmieni się styl politykowania (to raczej pewne), że atmosfera społeczna stanie się mniej duszna i więcej zaufania będzie między ludźmi. To bardzo ważne.
Ale tak naprawdę kierunek podążania naszego państwa się nie zmieni. Determinuje nas członkostwo w UE, determinują nas inne międzynarodowe instytucje, determinuje nas wolny handel i globalna ekonomia, która może zagrać na nosie w każdej chwili każdemu politykowi, choćby miał najlepsze intencje. Dlatego raczej trudno uwierzyć w cuda obiecywane przez polityków. Konserwatywna prawica nie nauczy na siłę nikogo patriotyzmu przez organizowanie wielkich uroczystości państwowych ani porządku przez noszenie mundurków. Liberałowie nie uczynią z Polski drugiej Japonii… czy raczej Irlandii przez samo wprowadzenie podatku liniowego. Lewica nie zdoła uczynić z Polski socjalnego raju, obiecując niższe podatki biednym i wysokimi strasząc bogatych.
Każde społeczeństwo ma w sobie potrzebę pewnej utopijnej wiary w możliwość zbudowania raju na ziemi. Choć jest to niemożliwe, co Kościół od wieków głosi, to ta wiara wciąż jest podtrzymywana przez polityków. Niezależnie jednak na kogo głosujemy, warto nie zapominać, że możliwości realizacji czy to liberalnych, czy konserwatywnych, czy socjalistycznych rajów są obecnie mniejsze niż kiedykolwiek. Państwa zgodziły się na globalizacyjne otwarcie, z przekonaniem, że skorzystają na tym wszyscy. Znaczna część świata w istocie przyśpieszyła swój rozwój, ale za cenę znaczenia tradycyjnego państwa.
Politycy udają, że nic się nie zmieniło i chcą nas wszystkich o tym przekonać. Ale nie dajmy się zwieść… Wszyscy oni muszą dziś być liberalno-socjalnymi konserwatystami, konserwatywno-socjalnymi-liberałami lub liberalnymo-konserwatywnymi socjalistami. Bo taka jest dzisiejsza polityka – wielobarwna. Globalizacja wymusiła własne prawa polityczne; żaden ideowy kolor nie jest już w stanie zmonopolizować kierunku rozwoju w żadnym państwie. Im prędzej to zrozumiemy tym mniejsze będą rozczarowania po wyborach i tym trafniej będzie można oddać głos na tych, którzy nie tyle próbują udowodnić, że są czerwoni, niebiescy lub zieloni i obiecują nieistniejące złote góry, ale na tych, którzy rozumieją zależności rządzące dzisiejszym światem… Polską także.
(ilustracja z PAH: ubóstwo.pl)




Ładny tekst, tylko trochę przydługi ;)
Zgadzam się z autorem co do sytuacji Polski. Ale uważam jeszcze, że najlepiej by było, gdyby partie były zblokowane – blok prawicy i blok lewicy. Powodowało by to mniej kontrowersji i nieuczciwej kampanii. Ludzie wiedzieliby jaki jest program i mogliby bardziej utożsamiać się z konkretną wizją państwa.
“Zaczęła do mojej świadomości docierać myśl, że idąc do urny kierowałem się raczej jakąś intuicją, nieokreśloną sympatią do partii, na którą głosowałem, a niechęcią i nieufnością do innych.”
Dokładnie, niektóre ugrupowania mają przecież bardzo zbliżony program, politycy przechodzą z jednej partii do drugiej. I jak przeciętny wyborca ma się w tym wszystkim połapać?
Z blokami partii też mógłby być problem. Możliwe, że wyborca miałby lepsze rozeznanie i bardziej identyfikowałby się z daną opcją, nie zmieniałby nie tylko partii, ale i orientacji politycznej, od wyborów do wyborów (trzeba dodać, że w wielkich blokach znalazłyby się różne frakcje, to nie byłyby monolity). Ale kampanie wyborcze w systemach dwupartyjnych nie są łagodniejsze. Np. w Stanach.
O skutkach zaistnienia systemu dwupartyjnego w Polsce można mówić tylko w trybie przypuszczającym. Trudno powiedzieć, jak by się sprawdził. Jestem tu raczej pesymistą, bo chyba do polskiej duszy bardziej pasuje wielopartyjność.