Czy trzeba? 3

Idę wmieszany w tłum wzdłuż Nowego Światu. Przede mną dziewczyna, nastolatka. Z kieszeni wyjmuje kilka szeleszczących papierków, śmieci. „Dyskretnie” wyrzuca je za siebie. Niezbyt silny wiatr unosi je przez chwilę, zostawiając je potem na chodniku, tuż pod nogami moimi i moich nieznajomych współtowarzyszy drogi. Wszyscy poszliśmy dalej…
Poczekalnia w przychodni ortopedycznej. Tłum ludzi i tylko kilka krzeseł, zajętych głównie przez „zagipsowanych”. Jedno siedzenie się zwolniło i zaraz zajęła je rezolutna starsza pani. Nie widziała połamanego młodego chłopaka z usztywnioną nogą, wspartego na dwóch laskach. Nie chciała widzieć, w końcu jej też się to miejsce należy. Znowu nikt nie zareagował…
Jadę tramwajem. Tłoku nie ma, bo to dość późny poranek. Przystanek na Starej Pradze. Do mojego wagonu wchodzi kilka osób, wśród nich kilku młodych chłopaków, tutejszych. Zajmują koniec wagonu, wypychając stojąca tam kobietę do przodu. Dyskutują niewybredym językiem. W rękach zakamuflowane foliówkami otwarte piwa. Z kieszeni wyjmują papierosy, zapalają, zaciągają się… Pasażerowie nie czują sie pewnie, odsuwają się, nie widzą. „Hej, panowie, w tramwajach się nie pali!” – mówię głośno. „Pppanowie!!!” – w odpowiedzi słyszę głośny rechot. Rzeczywiście – myślę. Panowie to chyba za dużo.
Więc czy warto tracić czas?





Rzeczywiście smutno. Można narzekać na brak wrażliwości, na chamstwo… I poczuć się bezsilnie. Jakie zaproponować rozwiązanie? Niektórzy będą postulowali zwiększenie liczby patroli policji lub straży miejskiej. To może przyniesie pozytywny skutek w takich przypadkach jak ten w tramwaju, ewentualnie z nastolatką dyskretnie śmiecącą na ulicy… Ale nie chciałbym państwa policyjnego…
Może nasza bezsilność – społeczna bezsilność – wynika właśnie z tego, że zbyt łatwo i wygodnie oddelegowaliśmy rozwiązywanie trudnych spraw wyspecjalizowanym służbom. Biednymi powinna się zająć Caritas, chuliganami siły porządkowe… itd. W końcu jednak zawsze zdarzą się sytuacje, gdy te instytucje nie starczą… Wtedy zostajemy sami z tymi samymi problemami, tylko nam braknie już siły i odwagi reagowania bo… oddaliśmy je w inne ręce.
Myślę, że to nawet nie społeczna bezsilność, a raczej bierność. Społeczna, czyli także moja. Dlatego staram się ją przezwyciężać, choć nie zawsze starcza sił i odwagi.
Zagłuszamy poczucie winy, że utożsamiamy się z obojętnym tłumem? Że przenosząc akcent z odpowiedzialności indywidualnej na zbiorową jesteśmy usprawiedliwieni? W sumie skoro inni nie reagują, dlaczego mam się wyłamać?
Na podwórkową interpunkcję, którą czasami słyszymy w autobusach, nikt nie reaguje. Każdego drażni to, co słyszy. Wszyscy milczą.
Być może boimy się konfrontacji, bo nie wiadomo jak taka osoba zareaguje na upomnienie, czy nie usłyszymy w swoim kierunku odpowiednich epitetów… Czy nie zarzuci się nam wścibstwa, bo każdy jest panem swego podwórka, a “podsłuchiwać” w autobusie przecież nie wypada.