Artykuł

Sześć dni będziesz pracował, a siódmego… 3

Nov11

zr-meheneh.jpg

Tamtego wieczora wracałam z szabatowej kolacji u Tzipi wyludnionymi ulicami Jerozolimy delektując się atmosferą świętowania. Wracałyśmy spacerem żeby uniknąć szabatowej ceny taksówki; autobusy rzecz jasna nie jeździły. Pierwszy szabat w Jerozlimie zupełnie mnie oczarował. Zatem można wszystko zamknąć, a świat trwa nadal? To nie ma być zachęta do ustawowego zakazu handlu. Raczej zatrzymanie się nad smutną prawdą o człowieku, któremu trzeba przykazać, żeby raz w tygodniu odpoczął, a on i tak nie może sie z tym pogodzić.


Niedziałająca komunikacja, sklepy otwarte najdłużej do trzeciej w piątek, dźwięk szabatowej windy, która stając na każdym piętrze piszczy oznajmiając swoją obecność – winda jest po to, żeby ci którzy przestrzegają szabatu mogli z niej skorzystać nie naciskając guzika.
Siłą rzeczy świętujemy szabat. Brak autobusów usidla nas tego dnia na naszym wzgórzu, można się tylko z niego wydostać palestyńskim autobusem nr 1 dojeżdżając do Bramy Damasceńskiej. Kampus, sklepy i kawiarnie są zamknięte.
Miasto zamyka się na szabat w pośpiechu. W piątek na bazarze na Meheneh Yehudah nie ma gdzie postawić stopy, nie mówiąc o robieniu zakupów. Ceny owoców spadają wraz ze zbliżaniem się zachodu słońca, w którymś momencie pojawiają się mężczyźni w chałatach i zaczynają oznajmiać zbliżanie się pory zamknięcia: krzyczą, dmą w trąbkę, kłócą się z opieszałymi w zamykaniu straganów sprzedawcami. Szabes! Szabes! Szabes! – drą się na całe gardło trzej chłopcy z jesziwy do właściciela sklepu z kawą który powoli składa towar. Sprzedawca oliwek pohukuje na mnie gdy się waham: Nie ma co się zastanawiać, szabat tuż tuż!
Gdy dochodzimy do przystanku rozlega się syrena, pewnie oznacza, że od tej pory koniec handlu. Chyba również koniec autobusów, siedzimy obładowane zakupami jeszcze chwilę. Potem długi marsz do Bramy Damasceńskiej i arabską jedynką do domu. Szłyśmy mijając ludzi spieszących się do domu z zakupami lub kwiatami. Ah, w końcu nie kupiłyśmy kwiatów, a tuż przed końcem na targu sprzedawali bukiet po szekla.
Nasza kolacja nie zaczyna się kiduszem, ale mamy chałę i różne pyszne rzeczy. Schodzą się znajomi studenci międzynarodowi, którzy tak jak my nie wyjechali na szabat. Po oknach bloku na przeciwko widać ile osób jest w domu – światło świeci się może w 1/3 mieszkań. Niektórzy narzekają, że miasto jest sparaliżowane, że nic nie można zrobić, nigdzie pójść. Ja natomiast delektuję się atmosferą dnia, tym że Johanna co piątek na śniadanie smaży naleśniki, a potem sprzątamy i idziemy na zakupy, razem gotujemy kolację; tym że w sobotę siedzimy w opustoszałym mieszkaniu razem w salonie i uczymy się hebrajskich słówek albo czytamy popijając kawę.
Nie trudno też zauważyć moment kiedy miasto wraca do swojego normalnego rytmu. Koło szóstej w sobotę pojawiają się pierwsze autobusy. W centum otwierają się pierwsze restauracje, zaludniane prędko przez czekających na ten moment turystów. Autobusy dalekobieżne wypełniają się wracającymi z domów studentami i żołnierzami – to zły moment na podróż o ile nie musisz. Tu nie można się pomylić nazywając niedzielę siódmym dniem tygodnia. Bezsprzecznie jest pierwszym dniem pracy, dla nas również.

Komentarze przez RSS

3 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. Bohdan Białorucki says:

    Serdecznie pozdrawiam – kiedyś wspólnie uczestniczyliśmy w seminarium poetyckim prowadzonym przez o. Wacława Oszajcę. Niedawno miałem okazję być w Jerozolimie (mieszkaliśmy w hotelu Seven Arches na Górze Oliwnehj), więc tym chętniej będę czytał kolejne wpisy. Pomyślnych studiów i wiele satysfakcji z dogłębnego poznawania i przeżywania Jerozolimy, Izraela, Ziemi Świętej.

  2. Jak z Sienkiewiczem… Najpierw w odcinkach, a potem wydamy z tego książkę :)

  3. Kuba says:

    Aż chciałoby się tam być:)

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com