Artykuł

Kościół – muzeum udające rzeczywistość? 13

Nov14

Byłem 12 listopada na interesującym spotkaniu w „Gazecie Wyborczej”. Temat: „Kościół naszych czasów”. Rozmawiał Tadeusz Bartoś, były dominikanin i filozof, z prof. Zbigniewem Mikołejko, znanym religioznawcą. Duża sala była wypełniona po brzegi. Kościół ciągle więc wzbudza zainteresowanie – pomyślałem. Ale zaraz przez głowę przemknęła mi wątpliwość, czy aby ci ludzie nie przyszli tylko „na Bartosia”, zobaczyć jak wygląda i posłuchać, co mówi „świeży”, były ksiądz. Bałem się czy cała rozmowa nie popłynie w kierunku żalów, pretensji i krytyki nad polsko – katolickim ciemnogrodem.

Mimo delikatnych prób spychania rozmówców na te właśnie tory przez moderatorkę, miło się zawiodłem, a zaproszeni panowie ciekawie i ze swadą zaczęli rozmawiać o… teologii. Bo jakże można zrozumieć swą wiarę i Kościół nie spojrzawszy, jak z pytaniami o Boga i swą tożsamość zmagali się teolodzy i ludzie Kościoła na przestrzeni wieków? Nie można!

Mikołejko i Bartoś dali lekcję teologii, religioznawstwa i… wiary

Mikołejko – agnostyk, ale fascynat zjawiska, zwanego religią. Bartoś – były ksiądz, filozof, mówiący o swoim rozumieniu wiary. Mówili krytycznie, to prawda. Mikołejko zwrócił uwagę, że ta 2000 letnia instytucja jest dziś anachronizmem. Jest oparta o feudalny i agrarny system średniowiecza, na którym wzoruje swą organizację terytorialną, strukturę władzy i prawo.

Bartoś też zaczął od wytknięcia Kościołowi skostnienia struktur, ciągłego odtwarzania starych wzorców, np. w życiu zakonnym. Winą Kościoła w formowaniu duchownych jest, wg Bartosia, przerzucanie wszelkich niepowodzeń formacyjnych na pojedynczego człowieka. System jest zawsze niewinny i bezkrytyczny wobec siebie.

Profesor Mikołejko rzucił tezę, że sukcesy statystyczne polskiego Kościoła to sukcesy „pustych form”. Kościoły są pełne, ale ludzie praktykujący uczestniczą w czymś czego nie rozumieją i zrozumieć nie chcą. Odwrotnie niż na Zachodzie. Według Tadeusza Bartosia winna jest temu liturgia i kult form liturgicznych, które wymagają zmiany, a są traktowane przez instytucję jak dogmaty wiary. Ale nie te krytyczne opinie były najważniejsze.

Najbardziej inspirująca była dyskusja o Bogu

Bartoś dzielił się swą fascynacją teologią apofatyczną. Miał żal do Kościoła, że ta tradycja była i jest w Kościele marginalna. A to właśnie teologia negatywna mówi o Bogu ukrytym, o nadziei skrywającej się za horyzontem języka i zdarzeń. Bóg jest tajemnicą, wymykającą się poznaniu ludzkiemu. Kościół zabija wrażliwość na tę tajemnicę, chcąc zmonopolizować i zamknąć Boga w ramach prawa i doktryny.

Obaj rozmówcy w Chrystusie widzieli wielkiego człowieka. Prof. Mikołejko tylko człowieka. Tadeusz Bartoś także Boga, ale protestował z czynienia z Jezusa Herosa, jak mówił: „Najsilniejszego z naszej bandy”. Tak jak Chrystus był prawdziwie Bogiem tak w pełni był i człowiekiem. Niby oczywiste. Sprzeciwiał się jednak preparowaniu obrazu Boga przez Kościół bez pozostawienia miejsca na to, co w Bogu niepoznawalne, a w Chrystusie ludzkie.

Można było odnieść wrażenie, że Kościół to klatka pętająca tajemnicę Boga i umysły wierzących

Trochę szkoda, że tak wyszło. Rozmówcy nie potrafili jednak odpowiedzieć pozytywnie na pytanie, jak Kościół powinien się zmieniać. Pojawiła się nawet wątpliwość czy jest potrzebny. Dyskusja pozostawiła wiele pytań bez odpowiedzi. Ale zostawiła też (przynajmniej we mnie) sporo inspiracji, by szukać odpowiedzi na osobiste pytania o Boga i Kościół – mimo, że nie zawsze w Kościele jest tak, jak byśmy chcieli. I z większą pasją studiować dalej teologię. I słuchać czasem tych poza Kościołem instytucjonalnym, bo mają często dużo ciekawego na Jego temat do powiedzenia.

Ci panowie pokazali, że teologia może być fascynująca i żywa. Choć nie cieszy mnie, że mogę być postrzegany przez nich i wielu ludzi podzielających ich opinie, jako muzealny eksponat, pozostając w Kościele. Ale nie ja jeden przecież.

Niestety, jak to często bywa między Polakami, czar rozmowy prysł, gdy jedna pani, znudzona ciekawym wywodem prof. Mikołejki krzyknęła, że przyszła posłuchać Bartosia (a jednak niektórzy przyszli tylko „na pana Bartosia”). Profesor Mikołejko wstał i wyszedł z sali. I mu się nie dziwię. Smutne jest to, że mentalność rynsztokowa wdarła się nawet na poważne filozoficzno-teologiczne debaty… Ale może to była właśnie taka pani, co to potrzebuje swojej bandy, a każdego obcego z niej wyrzuca… Oby nie w imię Jezusa!

Komentarze przez RSS

13 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. Krzyś says:

    Ta pani mogła odnieść wrażenie, że było to spotkanie z Bartosiem (siedział w środku i jemu zadawała pytania moderatorka, zwracał się do sali a Mikołejko do niego, w dużej mierze ignorował to, co mówił Mikołejko, nie dawał sobie przerywać). Dziwne było, że po odezwaniu się tej pani nie zareagowała ani moderatorka ani Bartoś, który zaczął odpowiadać na pytanie z sali zamiast ofukniętego Mikołejko, któremu przerwano. Bartoś mówił ciekawiej i sali taki rozwój wydarzeń chyba pasował.

  2. Kuba says:

    Bartoś podobne rzeczy pisał już w paru tekstach na łamach Gazety, jeszcze przed wystąpieniem z zakonu. Wydaje się, że wiele myśli jest słusznych. Ale mnie chyba najbardziej rażą nawet nie średniowieczne standardy, ale te wywodzące się z lat 44-89. Mam wrażenie, że Kościół instytucjonalny buduje autorytet na zasadach, które nie przemawiają do obywateli demokratycznego państwa. W PRL pewne akcenty pokazujące siłę mogły być dla ludzi budujące. Dziś Kościół zyskujący zaufanie to Kościół “słaby” – limuzyna, marmur do sufitu, podniosła (ubogacająca!) frazeologia stawiają mur między księdzem a wiernym.

    Niedawno w Krakowie gościł prezydent Kaczyński. Był na konferencji w Pałacu Arcybiskupów, a wieczorem przejechał przez rynek kolumną samochodów na światłach (taki spacer?). Chwilę potem tę samą trasę przeszedł pieszo kard. Dziwisz.
    Inna sytuacja: pamiętam przed pogrzebem Jana Pawła II jak duchowni udawali się na uroczystość w zasadzie między ludźmi. Byli witani i oklaskiwani. A kto z radością przywita swojego pasterza, jeśli ten schowa się za ciemnymi szybami limo…?

  3. romek says:

    Moderatorka próbowała coś tam powiedzieć o wzajemnym szacunku. Mikołejko wyszedł po paru chwilach zastanowienia, gdy Bartoś przejął pałeczkę. Kto mówił ciekawiej, to kwestia subiektywnej oceny – dla mnie obaj panowie się uzupełniali. Obaj byli równorzędnymi gośćmi. Uwaga tej pani z sali i forma w jakiej to zrobiła to był przykład zwykłego chamstwa. Pytanie, zadane z sali nie miało wyraźnego adresata i Mikołejko był szybszy. To prawda, że szkoda, że Bartoś nie zareagował, ale rozmówcy byli zaskoczeni taką uwagą – tu była rola moderatorki, aby tę panią spacyfikować i wyraźnie stanąć po stronie Mikołejki, który był jej gościem.

  4. marcin says:

    szkoda, że mnie nie było. pamiętałem o tym spotkaniu jeszcze parę dni przed. tym bardziej dzięki za relację

  5. Wojciech, pallotyn says:

    Miałem możliwość z kilkoma współbraćmi uczestniczyć w spotkaniu z T. Bartosiem. Ogólny wniosek jaki wyciągam: nasz Kościół jest głodny rozmowy o istocie… wiary.

  6. Kuba says:

    W społeczeństwie, w którym katolicyzm jest znaczącym składnikiem atmosfery, można łatwo stracić poczucie granicy między przyzwyczajeniami i zjawiskami społeczno-kulturalnymi a przeżywaniem wiary.

  7. Krzyś says:

    Zgadzam się z Wojciechem. Rozmowa, w której nikt nie chce okazać się mądrzejszym od drugiego ani nikim manipulować dla niejasnych (czasami jasnych)celów a tylko podzielić się swoimi przemyśleniami i wątpliwościami jest czymś bezcennym. Zwłaszcza na tematy zasadnicze. Dlatego tak dobrze słuchało się Bartosia i jego rozważań o Bogu. Natomiast zawisło nierozstrzygnięte pytanie o to, po co jest Kościół. Z tego, co mówił Bartoś wynikało (może nie wprost), że wystarczy Bóg i wiara w Niepojęte, a Kościół to właściwie jakiś feudalny balast, przeżytek, który służył i służy do utrwalania w skostniałych strukturach tego, czego nie można utrwalić, bo ze swej natury jest płynne i niedookreślone. Co Wy na to? Po co jest kościół?

  8. maria says:

    Nie byłam świadkiem powyższej debaty, dlatego cieszę się, że znalazłam tu jej zarys. Tylko zakończenie bardzo dziwne – jeden znudzony głos wystarczył do przerwania spotkania interesującego całą salę? Nic z tego nie rozumiem.
    Na pytanie:”po co jest Kościół?” mogłabym odpowiedzieć raczej mocno negatywnie, bowiem zamierzam się niebawem z niego “wypisać”. Mówię kolokwialnie, żeby nie używać tych nadętych, kościelnych określeń, gdyż one są jednym z powodów mojej decyzji. W języku kościelnym nie można rozmawiać o sprawach istotnych, gdyż on sam tak prowadzi jak para zaczarowanych bucików z bajki – kto je włożył, musiał tańczyć, tak jak one chciały. Wszystko, co ważne dla życia jest w tymże języku jakoś dziwnie przeskakiwane. Często zastanawiałam się, czemu w Kościele należy mówić, jeśli nie archaicznie, to przynajmniej w przestarzały sposób. No, chyba dlatego, żeby ta mowa miała się nijak do dzisiejszego życia, żeby nie wyrażała, tego co żywy człowiek czuje i co myśli. Inna sprawa, że katecheza zupełnie nie przygotowuje do czytania starych tekstów – o krytyczno-historycznej metodzie czytania Biblii dowiedziałam się bardzo późno – dopiero na wykładach organizowanych przez Bartosia, jeszcze dominikanina. Dlaczego Kościół tak infantylizuje wiarę? Z jednej strony nakazuje mówić starymi tekstami, z drugiej nie przekazuje wyników prac współczesnej teologii umożliwiających ich rozumienie. Dlaczego wymaga, żeby ludzie dorośli recytowali bezmyślnie nakazane z góry formuły?
    Wojciech-pallotyn napisał, że: “nasz Kościół jest głodny rozmowy o istocie… wiary”. To prawda. Ale będzie pewnie jeszcze długo głodny, bo ludzie nie są uczeni, jak ten głód należy zaspokajać. Takiego rozmawiania trzeba się długo uczyć. Tymczasem podstawową metodą “ureligijniania” dziatwy jest memoryzacja i recytacja. Wyrażanie własnego zdania, własnych odczuć, własnych wątpliwości, stawianie trudnych pytań związanych z wiarą-niewiarą i z religią nie jest praktykowane. A jest to konieczne dla procesu religijnego dojrzewania młodzieży i ludziom dorosłym. Cóż, u nas trzeba słuchać księdza, który zna odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące wiary i życia każdego katolika. Dziwne, że księżom fakt duszpasterskiego infantylizowania dorosłych świeckich jakoś zupełnie umyka z pola świadomości.
    Do dyskusji potrzeba równości i partnerskiego odniesienia się stron do siebie. W obecnej strukturze Kościoła wydaje mi się to niemożliwością. I chyba się nie mylę.
    Nie wspomnę o podłej sytuacji społecznej kobiet w Kościele. Tych to już w ogóle o zdanie nikt nie pyta. Mogą go wcale nie mieć, im do zbawienia wystarczy, żeby się słuchały. Cóż, taka cena za zbawienie wydaje mi się mocno podejrzana. Późno, bo późno, ale przestałam ją płacić. I jest mi z tym dobrze.

  9. Krzyś says:

    A mnie się wydaje, że Kościół jest potrzebny. Jest świętość Kościoła i jego ustanowienie przez Chrystusa jako Jego ciało mistyczne oraz inne rzeczy, które Kościół sam o sobie twierdzi, które są trudne do zrozumienia i raczej nie weryfikowalne, więc albo się wierzy w nie albo nie i tutaj nie chodzi o to, żeby się na ten temat spierać czy sobie coś udowadniać. Jest jeszcze jednak ten aspekt, o którym mówiła moja przedmówczyni: Kościół jako pomoc w rozwoju religijnym i moralnym i Kościół jako zgromadzenie wierzących w Objawienie. Mam wrażenie, że odejście od Kościoła często w tych dwóch sferach pozostawia dziurę, pustkę, w którą coś innego musi wniknąć, bo jesteśmy istotami społecznymi, poszukujemy łączności z innymi ludźmi, poszukujemy rozumienia i zrozumienia. Dotyczy to również, a może nawet szczególnie, sfery religii, która nie jest sferą prywatną, tak jak tego chciałaby postmoderna. Znajduje się wtedy inny kościół, który może nie nazywać się już kościołem tylko na przykład sangą.
    Chodziłoby więc chyba o to, żeby – w skrócie rzecz ujmując – “świętość” Kościoła nie służyła hierarchii i teologom do hamowania wyrażania i zaspokajania potrzeb jego członków. Ci członkowie tworzą Kościół i bez nich jest on niepotrzebny. Bez nich niepotrzebne stają się spekulacje teologów i akcje hierarchów. Wydaje się, że czasami, zbyt często, o tym zapominają.
    Myślę, że zamiast odchodzić ze świętego Kościoła (ja w jego świętość wierzę)lepiej modlić się do Boga o to, żeby nam służył i samemu robić coś w kierunku, który uważa się za słuszny, czyli samemu też służyć. Czasami, jak być może było w przypadku Bartosia, może to być nawet spektakularny protest.

  10. maria says:

    Z pierwszym zdaniem nie sposób się nie zgodzić. Ale co do drugiego jest inaczej. Właśnie w tym punkcie mogłaby zacząć się rozmowa.
    W świętość Kościoła także wierzę, jednak nie wierzę, że świętość ta zawiera się w granicach instytucji. Wierzę, że za świętością powinna podążać nazwa Kościół, a nie że świętość przynależy nazwie. Trudność wielka jest w rozpoznawaniu rzeczywistości jeszcze nie nazwanej, żeby po rozpoznaniu nazwać ją adekwatnie do treści: “O, to jest świętość, tu jest święty Kościół”. Ale czy ktoś może zwolnić dorosłego człowieka z takiego rozpoznawania?
    Od strony teologicznej takie postawienie sprawy też nie jest wcale ostateczne i jeżeli jesteś teologiem lub studentem teologii, to nie oczekuję od Ciebie takich uproszczeń. Dlaczego piszesz: “albo się wierzy w nie albo nie i tutaj nie chodzi o to, żeby się na ten temat spierać czy sobie coś udowadniać”? Skąd u Ciebie taka postawa? Nie musi wcale chodzić o spór, ale o pokazanie złożoności problemu. Dla mnie pokazanie złożoności ma większa wartość niż sztywne trzymanie się formuły. O tym pisałam powyżej, o tym często mówi Bartoś. Jako przykład podam cytat z podręcznika teologii katolickiej Medarda Kehla: Die Kirche. Eine katholische Ekklesiologie, 1992):
    “1. “ZAŁOŻENIE” KOŚCIOŁA?
    a) tradycyjne ujęcie
    Aż do naszych czasów szeroko obecne w katolickiej świadomości kościelnej jest przekonanie dominujące od czasów Kontrreformacji, że Jezus “założył” Kościół (katolicki). Sobór Watykański II podjął wprawdzie tę teorię ponownie i potwierdził w 3. rozdziale Konstytucji o Kościele (“O hierarchicznym ustroju Kościoła, a w szczególności o episkopacie”, przede wszystkim LG 18-20); równocześnie jednak wyraźnie ją zrelatywizował, skoro w rozdziale 1. stwierdza, że teologicznie Kościół ma początek w trynitarnym samowyrażeniu się Boga (nr 2-4) a jego historycznym ustanowieniem jest głoszenie przez Jezusa Królestwa Bożego (nr 5) i obywa się przy tym całkowicie bez “klasycznych” dowodów teorii o “ustanowieniu” [Kościoła].
    Jak zatem patrzyć na tę teorię samą w sobie? Otóż opiera się ona na określonych wyrwanych z kontekstu literackiego i historycznego miejscach biblijnych (np. Mt 1618; 1818; 28,16-20; Łk 22,17-20; J 20,23 nn) i “wyczytuje” z nich “ustanowienie« (=łac. institutio”) Kościoła przez ziemskiego i (bez odróżnienia) zmartwychwstałego Jezusa. Według tej teorii Jezus dokonał wyraźnie i formalnie określonych aktów, przez które prawnie ustanowił Kościół jako społeczność (“societas”) widzialną, prawnie ustanowioną w swoich istotnych strukturach przez jego wolę i czytelnie odróżnioną od innych wspólnot religijnych (np. przez ustanowienie prymatu Piotrowo-papieskiego; przez powołanie Kolegium Apostołów jako podstawy Kolegium Biskupów; przez przeniesienie na Apostołów i ich następców, hierarchię kościelną, potrójnego Urzędu Chrystusa jako Pasterza, Nauczyciela i Kapłana; przez ustanowienie sakramentów, które zostały powierzone Apostołom i ich następcom; przez wyświęcenie Apostołów na kapłanów podczas Ostatniej Wieczerzy itd.). (…)
    Teoria ta w eklezjologii posoborowej została w znacznej części porzucona i to nie tyle z przyczyn dogmatycznych ile raczej właśnie egzegetycznych:
    (1) Za sprawą całkowicie nie-historycznej hermeneutyki wprowadza się do Nowego Testamentu o wiele późniejsze pojęcie Kościoła i jego “założenia”, które czerpie swoją moc z apologetycznego zamiaru Kontrreformacji, by uzasadnić, że Kościół Katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusa. Jednakże egzegetycznie nie można uzasadnić takiego pojęcia.
    ——————————————————-
    Kościół, który byłby społecznością religijną, różną od innych społeczności (świeckich czy duchowych), a przede wszystkim od Izraela, utworzoną przez formalne akty prawne i ustrukturowaną hierarchicznie, nie mieści się w horyzoncie historycznym i teologicznym rozumienia działania Jezusa, tak jak ono przedstawia nam się w pismach Nowego Testamentu.
    ——————————————————-
    (2) Ewangelie i Dzieje Apostolskie oraz inne pisma Nowego Testamentu powstały w określonych sytuacjach gmin popaschalnych z ich każdorazowo własnymi i szczególnymi problemami i doświadczeniami kościelnymi, które odzwierciedlają się w prezentacji historycznego początku i teologicznej istoty Kościoła.”

    Wyodrębniłam fragment wg mnie najbardziej znaczący dla złożoności pojęcia “Kościół”. Nie jest więc to tak proste, że albo wierzysz, albo nie, i koniec, kropka. Choć tak byłam uczona na lekcjach religii, teraz jednak szukam nauczycieli, którzy mówią do mnie jak do osoby dorosłej.
    Ten cytat potwierdza moją intuicję zaprzeczającą wyprowadzaniu świętości z nazwy i utożsamianiu jej z obecną strukturą instytucjonalną Kościoła.
    Z Kościoła katolickiego każe mi odejść zwyczajna uczciwość. Zbyt wiele jest w nim rzeczy, z którymi się zasadniczo nie zgadzam. Nie może być świętości bez prostej uczciwości. Najpierw człowiek powinien żyć w zgodzie ze sobą, a dopiero potem może mówić o świętości i Kościele. Dla mnie podejmowanie uczciwych decyzji jest formą modlitwy.
    Z Twoimi dalszymi uwagami o potrzebie zmian w porządku społecznym Kościoła – odhierarchizowaniu go – zgadzam się.

  11. Tomasz Kot SJ says:

    Wydaje mi się, że egzegeza tekstów NT może jedynie opisywać jakie rozumienie Kościoła one (teksty NT) odzwierciedlają (np: czy jest on rozumiany jako założony przez Jezusa, lub dokładniej, czy wyrażają takie samorozumienie się Kościoła, jeśli mu nie przeczą).
    Jeśli jednak w obecnym samorozumieniu się Kościoła znajdziemy pewne elementy, których nie ma w tekstach biblijnych, czy oznacza to automatycznie, że mamy do czynienia z niezgodnością (niewiernością Kościoła wobec depozytu jego wiary)? Czy wspólnota Kościoła powinna cały czas w imię wierności, zachowywać swoje samorozumienie w takim stadium jakie jest opisane w NT? Czy też wierność polegałaby na czymś innym?
    By zilustrować problem, coś prostszego (przynajmniej tak mi się wydaje, że prostszego ;).
    Kanon Pisma św. zostaje zdefiniowany w sposób uroczysty (dogmatyczny) na soborze trydenckim (kontekst podobny: reakcja na Reformę kwestionującą niektóre księgi biblijne). W samym NT znajdziemy jedynie „poszlaki” dotyczące w sposób nieprecyzyjny ksiąg ST. Więc kanon Pisma św. jest zupełnie pozaskrypturalny. Czy Kościół orzekając go, jako świadectwo depozytu swojej wiary, dokonał aktu wierności czy niewierności? (Deklaracja soborowa uważa to za akt wierności).
    Myślę, że odpowiedź na to pytanie pozwala zrozumieć relację pomiędzy samorozumieniem się Kościoła i tekstami NT. Jeśli nie uzna się w tym akcie (ogłoszenia kanonu) niewierności, oznacza to, że sama egzegeza tekstów NT (która musiałaby orzec, że NT nie zawiera trydenckiego rozumienia kanonu) nie jest wystarczającym punktem odniesienia do weryfikacji (stwierdzania wierności lub niewierności) samorozumienia Kościoła ewoluującego w czasie.
    Oczywiście, gdyby ktoś twierdził, że kanon Pisma św. w rozumieniu Trydentu jest zawarty explicite w NT, można to prosto sfalsyfikować. Nie oznacza to jednak zaraz, że Trydent dopuścił się niewierności wobec depozytu jakim jest dla niego NT.

  12. Krzyś says:

    Mario, te sprawy, które omawiasz wydają się właśnie mieścić w zakresie tego, dlaczego odrzucasz Kościół w poprzedniej wypowiedzi. Piszesz w niej, że Kościół mówi językiem archaicznym i “wszystko co ważne w życiu jest w tym języku jakoś dziwnie przeskakiwane” itd., a sama wplątujesz się w mocno teoretyczną dyskusję, nie mającą dla nie-specjalisty większego znaczenia. Poza tym najpierw napisałaś, że Kościół jest niepotrzebny a teraz przyznajesz mi rację, że jest potrzebny (w pierwszym zdaniu) a na końcu piszesz, że Tobie potrzebne jest zanegowanie Kościoła. Tak w ogóle, to co takiego strasznego musiałabyś zrobić pozostając w Kościele? Dopóki nie ma konkretów, nie wiemy, o czym rozmawiamy i może dlatego kończy się na dyskusji teologicznej.
    Dla mnie Kościół jest święty, bo w nim przenoszę się (i widzę, że nie tylko ja) na inny poziom myślenia, czucia i funkcjonowania, wydobywam się z przytłaczającego zgiełku codzienności, bo przypomina mi, kim mam się stawać, bo spotykam się na takiej płaszczyźnie z innymi ludźmi, bo tłumaczy mi objawione słowa, bo pokazuje mi- między innymi w sposób dobitny na przykładzie księży i zakonnic – że życie poświęcone w całości innemu człowiekowi ma wartość, bo trwa i przechowuje depozyt wiary, bo troszczy się o przyszłość świata, bo dzięki niemu mam język, w którym się modlę. Nie przeszkadza mi to myśleć, wątpić, zadawać pytania, zauważać wady struktury i poszczególnych ludzi, wściekać się, gdy czuję, że Kościół źle spełnia swą rolę. Prawdą jest, że stoję trochę obok, to znaczy nie mam zaspokojonej potrzeby bliskości z innymi zgromadzonymi w Kościele. Zastanawiam się, dlaczego.

  13. Krzyś says:

    Do Ojca Tomasza: bardzo jasny przykład. Dzięki.

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com