Wybory Amerykanów – Hillary vs Rudy 0

– My, Amerykanie lubimy być we wszystkim pierwsi, dlatego prezydentem powinna zostać czarna kobieta! – mówi podekscytowany John, kowboj z północnej Kalifornii. – Condoleezza Rice jest na to za mądra – twierdzi natomiast emerytowany inżynier, Grant.
Jemu najbardziej podobałby się John Edwards, który w prawyborach na kandydata Partii Demokratycznej w 2004 r. zajął drugie miejsce po Johnie Kerrym, a następnie wystartował wraz z nim jako kandydat na wiceprezydenta. Teraz także startuje, ale do grona głównych kandydatów Partii Demokratycznej zaliczają się Hillary Clinton i Barack Obama. Zaś Rudolph Giuliani, Fred Thompson czy Mitt Romney i John McCain to pierwsze nazwiska Partii Republikańskiej.
Na rok przed wyborami, które odbędą się 4 listopada 2008 r., kampania wyborcza nabiera tempa
Zwłaszcza, że prezydentura George’a W. Busha znalazła się w fazie schyłkowej, a 43. prezydent USA ma tak niskie poparcie, jakiego jego poprzednicy nie notowali od dziesięcioleci. Czy przekreśla to szanse Republikanów?
Niekoniecznie. Ich siłą może być najpopularniejszy obecnie kandydat na prawicy, Rudy Giuliani, który łączy w sobie cechy konserwatysty i liberała. Wprawdzie broni praw mniejszości seksualnych oraz prawa do przerywania ciąży, ale największe uznanie zdobył jako niezłomny burmistrz Nowego Jorku, człowiek, który przeprowadził miasto przez kryzys zamachów na World Trade Center 11 września 2001 r.
Administracja Busha, po przejściu dwa lata temu huraganu Katrina i po towarzyszącej temu tragicznej w skutkach powodzi w Nowym Orleanie, wypadła przy nim blado. Giuliani w swoim mieście wypowiedział wojnę przestępczości – jeżeli nie jest kowbojem, to na pewno może uchodzić za twardziela.
Giuliani stanął już raz w pojedynku wyborczym naprzeciw Hillary Clinton
Gdy w 2000 r. oboje startowali w wyborach do senatu, wycofał się z powodu raka prostaty. Na jego popularność negatywnie wpłynęły wiadomości o romansie pozamałżeńskim. Możliwe, że były burmistrz znów zmierzy się z Clinton, tym razem w wyborach prezydenckich.
O jej kandydaturze mówiło się od bardzo dawna. Amerykański tygodnik „Time” zamieścił rok temu na okładce jej zdjęcie z podpisem: „Kochasz ją, nienawidzisz jej – wybierz jedno” (artykuł w numerze tłumaczył prezydenckie ambicje senator z Nowego Jorku). To oddaje nastroje, jakie wywołuje jej kandydatura; była pierwsza dama polaryzuje Amerykę.
Jej kampania „nie jest nie dającą się zatrzymać siłą, która rozwala wszystko na swojej drodze, ale to najlepsza obecnie kampania”, napisał w „Washington Post” Dan Balz w artykule „7 pytań gdy wyścig do białego domu nabiera tempa”. Zacytowany przez niego Neil Newhouse, zajmujący się badaniami opinii publicznej dla Republikanów, stwierdził, że Hillary gra na poważnie i przeciwnikom trudno będzie ją wykoleić: „Po prostu nie popełnia błędów i prowadzi całkiem zdyscyplinowaną kampanię”.
„Jesteśmy przekonani, że 2008 będzie rokiem, w którym kobieta wygra Biały Dom. Nie możemy dopuścić, żeby tą kobietą była Hillary Clinton”
– piszą natomiast zwolennicy Condoleezzy Rice na stronie internetowej nieoficjalnie wspierającej jej kandydaturę. Sekretarz stanu, mimo krytycznej oceny prezydentury Busha, cieszy się szacunkiem i sporym poparciem. Start Condie w wyborach ubarwiłby kampanię. Kowboj John chyba na to czeka, choć polityka nie jest tym, co szczególnie zajmuje na co dzień zapracowanego człowieka.
Dwie kobiety: czarnoskóra konserwatystka przeciwko białej demokratce – to temat na amerykańskie show. Ale czy nie jest na to już za późno? Kampania pochłania grube miliony. Do samego ich zbierania trzeba by stworzyć odpowiednią machinę, stworzyć sztaby, zatrudnić pracowników.
Dlatego też trudno na razie wieszczyć sukces na przykład Fredowi Thompsonowi. Ten były republikański senator z Tennesee, prawnik i aktor, odtwórca roli prokuratora okręgowego Arthura Brancha w serialu „Law & Order”, ogłosił w talk-show Jaya Leno chęć ubiegania się o prezydenturę. W sondażach od razu zajął drugie miejsce po Giulianim, jednak według Balza, Republikanie mają dwóch liderów – Giulianiego i Romneya (do stycznia gubernator stanu Massachusetts).
Inni, często wymieniani potencjalni kandydaci, jak były demokratyczny wiceprezydent, a ostatnio laureat pokojowej nagrody Nobla Al Gore, nawet jeśli wystartują, nie mają większych szans na sukces. Na rok przed wyborami karty są już rozdane. Za trzy miesiące zaczną się prawybory w partiach.
Wprawdzie z punku widzenia Europejczyka, Stany Zjednoczone, jako supermocarstwo, zasługują na szczególnie przygotowanego do swojej roli, odpowiedzialnego prezydenta, który przecież będzie znacząco wpływał na kierunek rozwoju wydarzeń na świecie, ale w samej Ameryce sprawa wyborów wygląda bardziej prozaicznie.
Jeżeli po całym dniu pracy amerykański kucharz wraca do swojego domu, do przyczepy, włącza telewizor, a w nim ogląda kanał informacyjny utrzymujący się w poetyce thrillera, to utwierdza się w przekonaniu, że Ameryka potrzebuje przywódcy, który poradzi sobie zwłaszcza z terrorystami czy tzw. krajami zbójeckimi.
To rodzi pytania o tematy kampanii: co dalej z wojną w Iraku, co z programem nuklearnym Iranu?
Istotne są też sprawy wewnętrzne; wcale nie błahe, np. problem nielegalnych imigrantów. Poparcie senatora McCaina dla kompromisowej ustawy imigracyjnej spotkało się z ostrą krytyką nieustępliwych członków własnej partii czy konserwatywnych mediów.
Kampania, która rozkręciła się na dobre, i której główne postaci wyszły na pole politycznej bitwy, daje obserwatorom możliwość stawiania wielu pytań. Otwiera ona wiele dróg, którymi może podążać publiczna debata. Pierwszy bowiem raz od 1952 r. w wyborach nie bierze udziału ani urzędujący prezydent (Bushowi po dwóch kadencjach nie pozwala na to konstytucja), ani jego zastępca (Dick Cheney).
Stary inżynier Grant oddycha z ulgą: – Najgorsze, co by się teraz mogło przydarzyć Ameryce, to zamach na Busha. Bo władzę przejąłby Cheney – tłumaczy. Obecny wiceprezydent, pisze „New York Times”, jest zwolennikiem uderzenia na Iran. Zagadnienia kampanii, jakie dziennik uznał za najważniejsze dla poznania poglądów kandydatów, to: stosunek do aborcji, opieki zdrowotnej, imigracji, wojny w Iraku i zmian klimatycznych.

Grant: – Na start w wyborach Condoleezza Rice jest za mądra. Dla mnie, najlepszy kandydat to John Edwards. Ale najgorsze, co by się teraz mogło przydarzyć Ameryce, to zamach na Busha. Bo władzę przejąłby Cheney…

John: – My, Amerykanie lubimy być we wszystkim pierwsi, dlatego prezydentem powinna zostać czarna kobieta!

Patrick: – Clinton, McCain, Rice… To bardzo mądrzy politycy.




Komentarze przez RSS
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy dla tego wpisu