Winy Kościoła w pigułce 10
Gdyby chcieć szybko poznać najbardziej zjadliwe zarzuty pod adresem Kościoła i chrześcijaństwa, to można by ograniczyć się do przeczytania dowolnego tekstu Magdaleny Środy.
Przypomina się anegdota o Fordzie, który miał ponoć powiedzieć, że samochody jego produkcji mogą być dowolnego koloru, pod warunkiem, że będą czarne. Wygląda na to, że Magdalena Środa również może pisać na każdy temat, pod warunkiem, że będzie o tym, iż wszystkiemu winny jest Kościół i chrześcijaństwo. Ostatni przykład to artykuł w GW z 24-25 listopada pt. „PIS – oni wszyscy z nas”; niby o wyborcach PIS-u.
Trzeba przyznać, że Autorka słusznie zwraca uwagę, iż po wydarzeniach w Afganistanie brak wypowiedzi księży o świętości ludzkiego życia. Podtekst jest taki, że tak wiele energii wkłada się i hałasu czyni się o obronę nienarodzonych, a milczy się w sprawie zabijanych. Może dlatego, że nie są Polakami? Sądzę wszakże, iż na razie trwa szok związany z tym wydarzeniem. W ogóle zabijanie na wojnie jest tak dwuznaczne moralnie, że gdyby być konsekwentnym, trzeba by potępić każdą wojnę i każdego strzelającego do człowieka żołnierza. A w tym konkretnym wypadku nie wiadomo jeszcze, kto, dlaczego i jaki wydał rozkaz i co było przyczyną tragedii.
W dalszym ciągu tekstu Kościół okazuje się winny części zjawiska emigracji, bo spowodowane jest ono również – jak czytamy – „ucieczką od kraju, w którym jest duszno, w którym nie ma czym oddychać, w którym kurczy się różnorodność i więdną wolności indywidualne, bo Kościół straszy ‘cywilizacją śmierci’.” Ciekawe byłoby poznanie liczby przypadków wyjazdu z Polski z tego powodu. Nie wydaje mi się, żeby można nazwać ten fenomen zjawiskiem społecznym. Za to znam wielu cudzoziemców, którzy lubią mieszkać w Polsce dlatego właśnie, że mają czym oddychać, bo ludzie są pełni energii, rozmawiają na ważne tematy i o coś im jeszcze chodzi oprócz zabawy i używania.
Najbardziej cierpkie i najboleśniejsze, bo zawierające dużo gorzkiej prawdy, są uwagi na temat moralności Polaków. Według Autorki, która jest etykiem, z moralnością jest kiepsko. Katolicy co tydzień podczas mszy słyszą o miłości bliźniego, to fundament ich religii, – mówi – a nie przekłada się to w Polsce na stosunek do tych, których nie rozumiemy. Obcokrajowcy, imigranci, homoseksualiści i Romowie są akceptowani pod warunkiem, że upodobnią się do większości, a nie dlatego, że chcą zachować własną integralność. To nie jest tolerancja i jeśli się tego nie zrozumie, nie można należeć do wspólnoty europejskich narodów, ostrzega Magdalena Środa. Istotnie, brak miłości do bliźniego, zakładającej przecież poszanowanie dla jego inności, jest zjawiskiem smutnym. Pozostaje pytanie, czy rzeczywiście przyczyna tkwi tam, gdzie upatruje jej pani Środa, mówiąc: „religia katolicka zawiesza niesłychanie wysoko poziom wymagań moralnych. Tak wysoko, że mało kto traktuje je poważnie, a większość w ogóle nie przejmuje się koniecznością ich respektowania. Religijna moralność jest rytuałem niedzielnej wiary”(podkreślenie moje). Rozumiem, że teza jest taka, że gdyby obniżyć poprzeczkę, mielibyśmy więcej miłości i tolerancji. Czy to prawda? Czy nie należy raczej stwierdzić, że jest za mało miłości, MIMO wysokiego poziomu wymagań moralnych? Nie łatwo na to pytanie odpowiedzieć bez wiedzy o tym, jak funkcjonowały społeczeństwa, w których poziom wymagań moralnych był niski. Potoczne wyobrażenie jest takie, że stopień tolerancji rośnie wraz z rozwojem dziejów, dzięki posiadanym przez ludzkość ideałom. Zaś to, co obserwujemy obecnie w Europie – obniżenie wymagań moralnych i wzrost tolerancji – zbyt krótko trwa, żeby można było wyciągać uprawnione wnioski.
Moralność Polaków cierpi, zdaniem pani Środy, z innego jeszcze powodu: rodziny. Polakom dostaje się za to, że hołdują mitowi „świętej rodziny”, że są „nie tyle wspólnotą, ile raczej stowarzyszeniem rozmodlonych rodzin”. Tymczasem – pisze – „wartości wychowawcze rodziny mają charakter egoistyczny, odnoszą się do różnych form osobistego szczęścia, a nie do więzi społecznych, sąsiedzkich, lokalnych czy pozarodzinnych (…) Rodzina uczy okazywania wdzięczności, miłości wzajemnej, dochowania wierności przyjaciołom, pomagania bliskim. Te skądinąd ważne i piękne wartości w sferze publicznej stają się korupcjogenne”. Być może istotnie brak jest równowagi i za mało jest instytucji dobrze zajmujących się kształceniem cnót publicznych związanych z pełnieniem ról społecznych i zawodowych (zdaniem pani Środy powinna zająć się tym szkoła i politycy), ale nie widzę powodu, żeby w związku z tym z obrzydzeniem spoglądać na rodzinę. Byłoby to wylewaniem dziecka z kąpielą. Trzeba natomiast dbać o rozwój cnót obywatelskich – i tu pani Środa ma rację. Kiedy jednak mówi z ironią, że Kościół przygotowuje nas tylko do jednej roli – zbawionych, to i tak odczuwam pewną satysfakcję, że to przyznaje i nie twierdzi, że Kościół przygotowuje nas do roli potępionych albo że utwierdza w roli grzeszników. Może to jakieś przejęzyczenie z jej strony?
Kiedy zaś czytam, że „żyjemy w kraju fundamentalistycznym, gdzie Kościół gra absolutnie fundamentalistyczną rolę”. I że „w Polsce nie ma problemów etycznych, są wyłącznie dyktaty Kościoła”, coś mi się nie zgadza.
Bo jak Kościół może anulować problemy etyczne? I czym wobec tego zajmują się etycy?


Magda Środa może dla niektórych głosi zbyt radykalne poglądy, ale nie da się ukryć, że jej wypowiedzi często demaskują stare, utarte…szkodliwe przekonania.
Myślę, że takie osoby jak Ona moga sie przyczynić do przemiany samego Kościoła w Polsce. Kto nie pamięta jej słynnej wypowiedzi o tym, że kościół nie pomaga walczyć z przemoca w rodzinie? Dla mnie była to kapitalna uwaga, nawet jeśli wiekszosc Tartuffow strasznie się oburzyla. Niestety, w Pl caly czas pokutuje przekonanie, że lepszsa dysfunkcyjna rodzina niz zadna. Zreszta takie porady najczesciej uslyszymy od ksiezy wlasnie. W koncu malzenstwo jest swiete! Szkoda ze nie bierze sie pod uwage ile cierpienia moznaby zaoszczedzic gdyby czasem poradzic komus rozstanie lub rozwod.
Jednym słowem : Magda Środa górą!!!!
I oby takich odważnych i madrych kobiet bylo w Polsce jak najwiecej!
Pozdrawiam.
Nie do wiary co się z tej kobiety zrobiło. Moje studia przypadły akurat, gdy wchodziła a okres schyłkowy. Trafiłam na jej seminarium i zawiodłam się bardzo, bo było to fajne zebranie lewaków, przekonywanie przekonanych, które (wówczas jeszcze) dr Środa po macierzyńsku koordynowała, błyskotliwe, lecz merytorycznie bardzo słabe. Później było tylko coraz gorzej. Przez jakis czas czytywałam jej felietony w GW, ale niebawem z już góry wiedziałam, co przeczytam. I wtedy przestałam. Środa mi się znudziła.
Podobno przeciwnicy są najlepsi w mówieniu prawdy. Powiedzenie to trudno jednak zweryfikować. Czytam czasami świetne teksty na stronach “Racjonalisty” czy “Bez dogmatu”, ale częstotliwośc ich występowania wystepuje mniej więcej raz na pół roku i są to unikaty. Widać, nawet przeciwnicy nie mają monopolu na prawdę. Nieprzekonujący są ci, którzy lecą na stereotypach, a zupełnie niekomunikatywni ci, którzy rzucają inwektywami.
Nawiązując do poprzeniej wypowiedzi. To nie Kościół wymyślił małżeństwo. Jest ono instytujcą znacznie od niego starszą, która ma duże zasługi w ochronie rodziny. A najstarsi ludzie pamiętają, że ochrona rodziny jest wielkim wyzwaniem, które udaje się temu, co wierzy, że należy ona do dóbr podstawowych ludzkości. Kościół ten pogląd podziela, za co pozostaję mu niezmiennie wdzięczna. I to mi się nie znudzi.
Ad vocem: Owszem, rodzina to piękna rzecz, ale tylko taka rodzina, ktora spelnia swoje funkcje. Jesli staje sie ona niszczaca dla jej czlonkow, to nie starajmy sie zachowac ja za wszelka cene. I chyba warto o tym mowic glosno.
To, że ty wierzysz, ze cos nalezy do podstatowych dobr ludzkosci nie zanczy, ze tak jest w rzeczywistosci. Jako ktos kto zetknal sie z filozofia powinnas wiedziec co to jest blad naturalistyczny.
Zgadzam się częściowo z Dzethi i marią. To znaczy, cenię poglądy Magdaleny Środy, ale nie czytam jej regularnie, ponieważ pisze dość przewidywalne artykuły.
Autorka poruszyła wiele wątków. Skupię się na wybranych.
1. Nie odczytuję tekstu Środy jako zachęty do obniżenia standardów moralnych.
Chodzi raczej o to, by nie obnosić się ze swoją religijnością, jeżeli samemu nie traktuje się jej poważnie. Wysokie wymagania pozostają często w sferze deklaracji, nawet bardzo głośnych, ale nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością. Szczęśliwi cisi.
Wartości doprowadzone do skrajnych postaci – pisał Kołakowski – zamieniają się w swoje przeciwieństwo. Im mocniej ktoś mówi o swoim przywiązaniu do wiary, tym mniej – zazwyczaj – mu ufam. I to słusznie, moim zdaniem, krytykuje Środa.
2. Kiedy Środa pisze, że żyjemy w kraju fundamentalistycznym, Kościół gra absolutnie fundamentalistyczną rolę i że w Polsce nie ma problemów etycznych, są wyłącznie dyktaty Kościoła, to uznaję te tezy za publicystyczne i wyraziste, ale do pewnego stopnia trafne.
Weźmy choćby spór o aborcje. Kościół chciałby jej zakazu. Ale zamiast uczyć wiernych odpowiedniego podejścia, szacunku do człowieka i życia, woli posłużyć się restrykcyjnym prawem, które zagwarantuje przestrzeganie przykazań. Tu nie ma miejsca na dylematy, wolny wybór i postawę wiernego. Tylko przymus. Nie ma też pozytywnego przykładu, Alicja Tysiąc nie dostała propozycji pomocy ze strony Kościoła. Liczył się zakaz, nie człowiek.
Kubo, jednak uważam, iż ważne jest to, co i jak się pisze i mówi. Można oczywiście tłumaczyć, że Środa nie miała na myśli tego, co napisała, ale wkracza się wtedy w krainę fantazji na temat tekstu. Dla mnie takie zdania, jakie mogłam wyczytać w tym artykule Środy (i w wielu innych) są, oględnie mówiąc, przesadzone i pieniackie. Uważam, że zwłaszcza wtedy, gdy jest się etykiem i deklaruje się chęć dyskusji, trzeba umieć zachować dystans i utrzymywać przynajmniej pozory szacunku dla adwersarza. Trzeba wziąć pod uwagę, że wielu ludzi uważa siebie za katolików. Traktowanie ich jak stada matołów, którym nigdy nie zaświtała w głowie samodzielna myśl i wyśmiewanie wszystkiego, co się wiąże z byciem katolikiem, wpisuje się w tę panoramę fundamentalizmu i nietolerancji, która wyklucza dyskusję.Pani Środa posługuje się tymi samymi metodami, które są jej tak nienawistne: nie słucha przeciwnej strony, obrzuca inwektywami, nie ma zainteresowania tą innością i różnorodnością, jaką ma pod nosem, bo z góry wie lepiej i jest mądrzejsza.(Ciekawe, jak radzi sobie z faktem, że większość filozofów nowożytnych to chrześcijanie?). Nie podoba mi się to, ponieważ tęsknię za społeczną debatą na tematy etyczne i żal mi, że jej nie ma i że sprowadza się do wymiany dogmatów i pyskówki.
Rozumiem, że ta publicystyka, jak każda, może się nie podobać. Biorę pod uwagę, że wiele osób to katolicy; być może ktoś poczuje się dotknięty – to sprawa subiektywna. Ja się taki nie poczułem. Myślę, że byłaby to przesada.
M.Środa jest przewidywalna, to prawda. Niestety ma również tendencję do wyolbrzymiania pewnych spraw (i to w bardzo męczący sposób). Tekst z GW jest tego najlepszym przykładem. Zgadzam się z p. Felicką, że Środa przesadza w kwestii polskich emigrantów (przypadki, o których wspomina, to zapewne bardzo niewielki odsetek; Polacy wyjeżdżają głównie z powodów ekonomicznych, co potwierdzałoby teorię push-pull factors). Pani Środa zapomina również, że Polska jest krajem homogenicznym (mniejszości narodowe chociażby po II wojnie światowej z 30 procent “skurczyły się” do 3), dlatego narzekanie na nietolerancyjnych Polaków jest dla mnie przesadą, przynajmniej w kwestii mniejszości narodowych i etnicznych.
Zgadzam się jednak z tym, co pisze Środa na temat wartości obywatelskich. Nie wystarczą akademie, wzniosłe słowa, pomniki, by nauczyć ludzi odpowiedniej postawy obywatelskiej, by stworzyć społeczeństwo obywatelskie.
Dziś w liście odczytywanym w warszawskich kościołach arcybiskup Nycz przytacza słowa Jana Pawła II, który spotykał się z krytyką, ale nie robił z tego wielkiej sprawy:
Podpisywanie się pod świętym oburzeniem krytyką Kościoła wydaje mi się nadgorliwością. Zwłaszcza w kraju, w którym katolicyzm odgrywa tak znaczącą rolę.
Kiedy zaczynamy polemikę od stwierdzenia: “Jesteś głupi”, to dalsza rozmowa inaczej wygląda niż, kiedy powiemy: “Mam inne zdanie i chociaż należę do mniejszości, powinieneś mnie wysłuchać i liczyć się z nim”. Nawet jeśli uważamy, że ten, z kim dyskutujemy nie umie dyskutować (w tym wypadku Kościół), nie warto dawać się wyprowadzić z równowagi i przyjmować jego stylu. Dla mnie wypowiedzi Środy należą do pierwszej kategorii i tylko przeciw temu protestuję. Jestem daleka od świętego oburzenia na krytykę Kościoła, ale nie chcę udawać, że każda jej forma jest OK w imię np. tolerancji. Taka jest moja wrażliwość. Może przesadna.
Nie chcę ciągle nawiązywać do JP2, ale np. u Houellebecqa czytałem, że papież był jakby ze średniowiecza (wnioskuję, że to niejedyna taka wypowiedź na Zachodzie), a mimo takich opinii potrafił z adwersarzami dyskutować delikatnie, zachowując swoje stanowisko (przy zastrzeżeniu, że pewnie papieżowi i tak nie wypada zbytnio wojować).
Nie odczytałem z tekstu Środy, że jestem głupi. To może dlatego jestem, bo nie wkładam innym w usta, czego sami nie powiedzieli?