Mijający rok w publicystycznych analizach bywa, co nie dziwi, często nazywany rokiem wyborczym. W kampanie wyborcze wpisują się telewizyjne debaty, o których w swoim artykule „Wyborcza wysypka” w grudniowym PP pisał Jan Kłossowicz. Chciałbym podjąć krótką polemikę z tym tekstem, ponieważ, moim zdaniem, w pewnej mierze, zamiast tłumaczyć rzeczywistość, przez łatwą krytykę pielęgnuje on narosłe wokół telewizji stereotypy.
„I tu trzeba powiedzieć – tłumaczy autor – że wszystkie debaty okazały się niedobre. [...] Sztywny scenariusz oparty na pytaniach prowadzących debatę dziennikarzy i ograniczony do minimum czas na odpowiedzi, pytania i riposty obu przeciwników sprawiły, że prawie wcale nie było autentycznej dyskusji, a cięte repliki i rzeczowe sprostowania często gubiły się wśród propagandowych sloganów. Rozmówcy sprawiali czasem wrażenie piesków trzymanych na smyczy, i gdy tylko zaczynali warczeć i podgryzać się nawzajem, zaraz rozlegał się gong oznaczający upływ czasu, a dziennikarz przywoływał ich do porządku.
Głupim pomysłem był też udział publiczności. [...]”
Wszystkie trzy debaty (Kaczyński-Kwaśniewski, Kwaśniewski-Tusk, Kaczyński-Tusk) były pasjonujące. To przecież wielka rzecz, zobaczyć, w jaki sposób polityk chce być odbierany przez miliony wyborców zgromadzonych przed telewizorami. Siła audytorium odgrywa wielką rolę. I nawet jeśli polityk zasłania się sloganami, stwarza pozory, to chcę wiedzieć, co woli on pozorować, a czego nie, i jak to robi, z jaką barwą głosu, mimiką, postawą.
Trzy debaty 2007 roku stały się ważną lekcją uprawiania polityki, o tym też nie należy zapominać. B. premier Jarosław Kaczyński boleśnie odczuł, że przeciwnika (Donalda Tuska) nie wolno bagatelizować. Tusk przekonał się, że nie upiecze dwóch pieczeni na jednym ogniu – nie da się podejść dwóch konkurentów w ten sam sposób. Kaczyńskiego mógł punktować z nieznajomości cen produktów, ale zaciął się, gdy podobną taktykę przyjął w rozmowie z Kwaśniewskim. W końcu sztab Tuska zmobilizował swoją publiczność – wykorzystanie okrzyków i oklasków wzbogaciło, nie zubożyło, cały spektakl.
Warto przeto pamiętać, że o spektakl właśnie tu chodzi. Oceniamy role, w jakie wcielają się nasi bohaterowie; nikt nie twierdzi, że z telewizji z jej debatami dowiemy się wiele o działalności polityka czy jego programie – choć byłoby dobrze, oby takie debaty były jeszcze przed nami (na razie pozostaje uzbroić się w krytycyzm i sięgać do różnych mediów). Ale to zależy także od ogólnej kultury politycznej panującej w kraju, w tym od sprawności dziennikarzy. Do humoru zawodowego mogłoby trafić pytanie zadane politykom przez Krzysztofa Skowrońskiego: „Czy kocha pan Polskę?”