Co chcę powiedzieć mówiąc “dziękuję” 2
Kiedy po dłuższej rozmowie okazuje się, że zaangażowana w nią osoba co innego miała na myśli, niż jej rozmówca, następuje konsternacja. Przypominamy sobie wówczas, że te same słowa mogą dla różnych ludzi znaczyć co innego. Pułapki zwykłej rozmowy pojawiają się szczególnie wyraźnie w przypadku zetknięcia się ludzi wychowanych w odmiennych kulturach, kiedy konieczne jest tłumaczenie wypowiedzi na obcy język.
Weźmy takie z pozoru oczywiste słowo jak „dziękuję”.
Wydawałoby się, że nie ma się nad czym rozwodzić. Zdumiałam się więc niepomiernie, gdy dowiedziałam się, że jest inaczej. W książce Anny Wierzbickiej, światowej sławy lingwistki polskiej mieszkającej w Australii, wyczytałam, że pojęcia zawarte w angielskich słowach thanks [podziękowania] i apology [przeprosiny] nie stosują się do kultury japońskiej. Co zatem robią Japończycy w sytuacjach, kiedy my przepraszamy czy dziękujemy? Odpowiadając na to pytanie Wierzbicka definiuje to thank [przepraszać]. Powiada, że mówiąc thanks „chcemy powiedzieć, że czujemy coś dobrego do pewnej osoby, ponieważ zrobiła ona dla nas coś dobrego”. I oto taka prosta zdawałoby się sytuacja nie jest dla Japończyka równie naturalna jak dla europejczyka, ponieważ w kulturze japońskiej wielką wagę przykłada się do konieczności odwzajemniania wszelkich przysług. W kulturze japońskiej „normalne” jest takie reagowanie na wyświadczoną przysługę, jak reaguje się na własne wykroczenia wobec innych: mianowicie, że czujemy „coś złego” raczej niż „coś dobrego” z tego powodu. Tak więc wyrażenie sumimasen, (dosłownie „nigdy się nie kończy”), przez które tłumaczy się thanks, używane jest w języku japońskim zarówno w sytuacjach, w których w Europie powiedziałoby się „dziękuję” jak i w tych, których należy powiedzieć „przepraszam”. Pojęcie japońskie kładzie nacisk na zobowiązania ze strony mówiącego. Zawiera w sobie uczucie „niespłacalnego długu”, który łączy uczucie quasi-wdzięczności z czymś przypominającym poczucie winy.
Ale odmienne rozumienie używanych słów zdarza się często osobom mówiącym tym samym językiem, przy czym im bardziej ogólny jest temat rozmowy, tym bardziej sprawa się komplikuje. Próbuje się temu zaradzić dbając o precyzję języka. To sensowne zadanie, ale przy nadmiernym doprecyzowywaniu definicji używanych terminów, okazuje się, że możemy rozmawiać tylko na bardzo ograniczoną liczbę tematów. Przydarzyło się to filozofii analitycznej, w której dążenie do precyzji wyparło z obszaru zainteresowań tradycyjnie najciekawsze dla filozofii tematy metafizyczne i mądrościowe.
Jednak nawet bez przesadnego rygoryzmu, przy próbach dokładniejszego określenia używanych pojęć, okazuje się, że przyczyną nieporozumień jest nieznajomość poczynionych założeń głębszej natury. Często nie da się ruszyć z miejsca bez ich ujawnienia, co jest tym trudniejsze, że sami rozmówcy nie zawsze zdają sobie z nich sprawę.
Przykładowo, w dyskusjach dotyczących zagadnień etycznych, bez ujawnienia przyjętych założeń antropologicznych, rzadko udaje się porozumieć, bo określona wizja człowieka, pewne przekonania o ludzkiej naturze, celach życiowych i warunkach poczucia sensowności życia implikują dalsze wnioski. Przy poczynionych założeniach owe wnioski wydają się oczywiste. Nic jednak dziwnego, że oponent jest nie do przekonania – przecież odmiennie wyobraża sobie to, co dla człowieka jest dobrem.
Tak jak co innego chce wyrazić europejczyk a co innego Japończyk, kiedy mówią „dziękuję”. Mają bowiem różne wizje tego, jak powinien zachowywać się człowiek i do czego powinien czuć się zobowiązany.




a SUMIMASEN nie oznacza przypadkiem EXCUSE ME? (chyba RACZEJ TIAA)…o.o’
Opieram się na Anna Wierzbicka “Język-umysł-kultura” PWN, Warszawa 1999, str.234-235. Japońskiego nie znam, a źródło wydaje się wiarygodne.