Artykuł

  • 11.12.2007
  • 01:11 PM
  • Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Radek Sikorski: Wszystko zawdzięczam komunizmowi 111

Dec11

Byłem w Wielkiej Brytanii, gdy gen. Jaruzelski ogłosił stan wojenny, a więc Oksford ukończyłem dzięki niemu. Pierwszą książkę, o Afganistanie, napisałem dzięki Armii Radzieckiej, z moją przyszłą żoną zaprzyjaźniłem się podczas obalania muru berlińskiego. W 2001 r. moja formacja polityczna przegrała z SLD i dlatego jestem w Waszyngtonie…

– mówił w „PP” w marcu 2005 r. Radek Sikorski, który niedługo potem został ministrem obrony narodowej, a po dwóch latach szefem MSZ. Z Radkiem Sikorskim, pisarzem, dziennikarzem, fotoreporterem, dyplomatą, rozmawiała Aleksandra Ziółkowska-Boehm.

Wszystko o Radku Sikorskim…

– Pisuje Pan artykuły do wielu pism: „The Wall Street Journal”, „Foreign Affairs” i w Polsce do „Rzeczpospolitej”. Przeprowadzał Pan także wywiady z wieloma wspaniałymi postaciami świata kultury i polityki.

– Zaczęło się na studiach. W ten sposób dorabiałem do stypendium. Jednym z ciekawszych rozmówców był Graham Greene, który od dawna należał do moich ulubionych pisarzy. Mieszkał na południu Francji, gdzie go odwiedziłem, i powiedział, że udzieli mi wywiadu dlatego, że jestem Polakiem. Wywiad był dziwny.

To były czasy Andropowa, i Greene powiedział, że bardzo się cieszy, że Andropow przykręcił śrubę dysydentom, bo to oznacza, że będą reformy. Ciekawie opisał mi pewne aspekty swoich wizyt w Polsce. Ocenzurowany wywiad ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” (w drugiej połowie 1985 r.).

Redakcja wskazała usunięte przez cenzurę fragmenty, gdzie Greene wyrażał się niepochlebnie o Janie Dobraczyńskim. Natomiast tam, gdzie Greene krytykował Ojca Świętego, redaktorzy wycięli całe zdania bez wskazania własnej ingerencji (chodziło, o ile pamiętam, o wypowiedź papieża na temat antykoncepcji).

W Rzymie w 1984 r. przeprowadziłem także wywiad z nieznanym jeszcze historykiem, Normanem Daviesem. Ukazał się on w „Zeszytach Historycznych”, u Jerzego Giedroycia. Po powrocie do kraju miałem serię wywiadów telewizyjnych, m.in. z premier Margaret Thatcher, synem ostatniego cesarza Austro-Węgier Ottonem von Habsburgiem, ówczesnym premierem Czech – Vaclavem Klausem, przewodniczącym parlamentu izraelskiego (i późniejszym ambasadorem w Polsce) Szewahem Weissem, ministrem spraw zagranicznych Chin, Qian Qichenem, miliarderem i intelektualistą sir Jamesem Goldsmithem, ministrem obrony Wielkiej Brytanii Michaelem Portillo.

Wywiad z Margaret Thatcher był szczególnie ważny, gdyż był to rok 1991, okres pierwszych reform polskiej gospodarki, które pani Thatcher mocno poparła.

– Czy uważa Pan, że wywiady się starzeją i tracą z czasem swą aktualność?

– Sądzę, że każdy tekst ma dwa życia. Pierwsze, gdy informuje na bieżąco, i drugie, po 10-20 latach, gdy staje się świadectwem epoki.

– Czytuję Pana od ponad 10 lat w znanym amerykańskim konserwatywnym dwutygodniku „National Review”, założonym przez cenionego intelektualistę Williama F. Buckleya Jr. Pana teksty zwracają uwagę poziomem, erudycją i wiedzą. Jak zaczął Pan współpracę z tym pismem?

– Zacząłem współpracować, gdy naczelnym pisma został mój przyjaciel John O’Sullivan, były doradca Margaret Thatcher na Downing Street. „National Review” jest o tyle ważnym czasopismem, że stanowi zaplecze intelektualne partii republikańskiej w USA. W latach osiemdziesiątych XX w. republikanie byli u władzy i przewodzili polityce uwalniania krajów zniewolonych przez komunizm, w tym Polski.

Jako korespondent tego pisma byłem w Angoli, Afganistanie i Jugosławii, a przez 10 lat moje nazwisko widniało w stopce redakcyjnej. „National Review” zaimponował mi, gdy zdecydował się opublikować mój reportaż z Angoli, w którym skrytykowałem zadurzenie niektórych środowisk amerykańskiej prawicy przywódcą partyzantki antykomunistycznej UNITA, Jonasem Savimbim.

Moje wytrenowane w PRL oko zauważyło w jego organizacji ciągoty totalitarne, które umknęły reporterom z Zachodu. Mam sporą satysfakcję, że zachowaliśmy w tej sprawie zdrowy rozsądek, bo Savimbi później nie zaakceptował wyniku wyborów i skończył marnie.

– Pana książka „Full Circle. A homecoming to free Poland” zawiera interesujące opinie na temat wydarzeń w Polsce. Pisze Pan o odbudowywanym dworku w Chobielinie, w którego odrestaurowaniu brała udział cała rodzina, także Pana rodzice.

Zbudował Pan dom na pokolenia. Jest to optymistyczne, jakby zachęcające innych do takiego sposobu myślenia i działania. Książka wydała mi się rozrachunkiem z przeszłością i jednocześnie swoistym symbolem nowych czasów. Czy będzie ona wydana w Polsce?

– Pisana była dla angielskojęzycznego czytelnika. Obawiam się, że zwykłe przetłumaczenie byłoby błędem, bo opisuję w niej sprawy, które polskiemu odbiorcy wydadzą się oczywiste. Ale myślę, że wykorzystując duże jej fragmenty i poszerzając o kolejne lata, napiszę zupełnie nową książkę dla polskiego odbiorcy.

– Pana małżonka, Anne Applebaum, wydala w 2003 r. znakomitą dokumentalną książkę „Gulag. A History”. W rozmowie z dziennikarzem w CSPAN, powiedziała, że ostatnio mieszka w Warszawie. Czy Warszawa jest Państwa głównym miejscem zamieszkania?

– Polska jest moim domem i zamierzamy tam wrócić. Ale żona jest Amerykanką, urodziła się w Waszyngtonie i teraz mieszkamy w jej rodzinnym mieście. Anne pracuje w Radzie Redakcyjnej „Washington Post”, a ja w American Enterprise Institute.

– Porozmawiajmy o Pana życiu. Urodzony w 1963 r. w Bydgoszczy, tam skończył Pan szkołę podstawową i średnią. W okresie „Solidarności” był Pan przewodniczącym komitetu strajkowego w bydgoskim liceum im. Waryńskiego. W 1982 r. uzyskał Pan azyl polityczny w Anglii i niebawem zaczął studia filozofii i nauk społecznych w Pembroke College na Uniwersytecie w Oksfordzie. Przez trzy lata był Pan korespondentem w Afganistanie, Angoli i Jugosławii.

Jest Pan laureatem World Press Photo ’88. Gdzie i kiedy narodził się Radek Sikorski – fotoreporter?

– My, Polacy, mamy smykałkę do reportażu, może dlatego, że nasza historia jest przesiąknięta cierpieniem i potrafimy wczuć się w ból innych, co u Anglosasów jest rzadsze.

Ta sama wrażliwość sprawia, że Polacy są dobrzy w misjach pokojowych. Byli dobrze przyjmowani na Bałkanach, dobrze tam żyli ze wszystkimi społecznościami, teraz zaś zdobyli zaufanie wielu Irakijczyków.

– Wspomina Pan w swojej książce, że dla Pana szczególnie ważny był rok 1989.

– Tak, był to rok dla mnie przełomowy. W lutym byłem na przedmieściu Kabulu z oddziałem mułły Ezata oglądając ostatnie konwoje wycofujących się wojsk radzieckich. Wiosną byłem z partyzantami UNITY w Angoli i filmowałem ostatnią potyczkę tej fazy wojny.

Tam, w buszu, usłyszałem w BBC, że „Solidarność” wygrała wybory do Sejmu kontraktowego. Pamiętam, że była to dopiero trzecia wiadomość dnia, bo wcześniej podano, że czołgi wjechały na plac Tiananmen i zmarł Ajatollah Chomeini.

W sierpniu byłem w Warszawie na zaprzysiężeniu pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego. W listopadzie pojechałem ze świeżo poznaną amerykańską dziennikarką (moją przyszłą żoną) oglądać obalanie muru berlińskiego.

Boże Narodzenie spędziłem w Timoszwarze i Bukareszcie, podczas rewolty przeciwko Nicolae Ceauş escu. Gdy myślę o 1989 roku, zawsze nasuwa mi się cytat z Williama Wordswortha o czasach rewolucji francuskiej: „Błogo było przeżyć ten świt, a być wtedy młodym, to było zaznać nieba”.

– Jest Pan autorem książki, która ukazała się w języku angielskim i polskim „Prochy świętych. Podróż do Heratu w czas wojny” („Dust of the Saints: A Journey to Herat in Time of War”). Są w niej Pana wrażenia z pobytu w Afganistanie w 1986 r., przedstawia ona okres walk przeciwko wojskom sowieckim.

Czy w obecnej sytuacji, gdy w Afganistanie są Amerykanie, Pana książka może pomóc w zrozumieniu tego rejonu i ludzi?

– Najbardziej zadowolony jestem z wydania perskiego. Sami mudżahedini wydali moją książkę na emigracji, w Iranie. W nowym polskim wydaniu książki wspominam, że w dniach po 11 września 2001 r. wiedza o Afganistanie stała się nagle najcenniejszym towarem na świecie. Wiadomości i dane kontaktowe z mojego notatnika trafiły do Urzędu Ochrony Państwa, a potem dalej do sojuszników.

Były to m.in. numery telefonów satelitarnych do dowódców polowych, których można było wykorzystać w kampanii przeciwko talibom. Nigdy nie sądziłem, że wspomnienia z jaskiń Tora Bora, górskiej kryjówki Hadżi Kadira, gdzie spędziłem miesiąc w towarzystwie „rosyjskich mudżahedinów”, staną się tak aktualne. Zbigniew Brzeziński przekazał sekretarzowi obrony USA mój swojego czasu na gorąco opracowany plan działania, który pokrywał się z wojną błyskawiczną, zakończoną obaleniem talibów.

– Prof. Władysław Tatarkiewicz w swojej autobiografii napisał, że jeżeli w młodym wieku wiele się osiągnie, potem życie zwalnia tempo i po jakimś czasie wszystko samoistnie się wyrównuje.

– Zbigniew Brzeziński powiedział mi, że czterdziestka jest ważną granicą w życiu mężczyzny, bo już nie może udawać, że jest się „młodym i zdolnym”. Już więc nie mogę udawać.

– Ma Pan swoistą zachłanność na świat, rozumuje w kategoriach polityki międzynarodowej. Czy widzi Pan siebie jako polityka analizującego sytuację międzynarodową, zwracając uwagę na pewne regiony świata i piszącego na te tematy?

– Jestem przeciwny XIX-wiecznemu szufladkowaniu. Uważam się za człowieka, który czasami czuje się powołany do służby publicznej, a czasami chce napisać artykuł czy książkę.

– Kogo Pan podziwia, kto jest Pana bohaterem historycznym?

– Prezydent Ronald Reagan był postacią wielkiego formatu. Widać to po tym, że im dalej od jego prezydentury, tym wydaje się ona większa. Myślę, że my Polacy mamy szczególny dług wobec Reagana, bo on pierwszy wyłożył, że tak powiem, kawę na ławę o imperium sowieckim. Pomagał politycznie i materialnie „Solidarności” i dysydentom rosyjskim. Pomagał także powstańcom afgańskim.

To wszystko przyczyniło się do upadku komunizmu i do tego, że mamy dziś wolną Polskę. Drugą postacią, którą podziwiam, jest premier Thatcher.

– I Ronald Reagan, i Margaret Thatcher przydaliby się w Polsce.

– Obie postacie przejmowały rządy, kiedy gospodarka ich państw była w rozkładzie, gdy ich kraje były niemal na marginesie polityki zagranicznej i przeżyły w niej upokorzenia. Oboje przywrócili swym narodom wiarę w siebie.

Wydaje mi się, że takich przywódców bardzo potrzeba w Polsce. Wychodzimy bowiem z okresu 300 lat, gdy przeważnie nam się nie udawało i naród jest bardzo obolały. Polacy nie wierzą w siebie. I pani, i ja, mieszkający teraz w Ameryce, widzimy, że nasi krajanie są nie mniej utalentowani, nie mniej pracowici i nie mniej zdolni niż Amerykanie, tylko ostatnio mieli pecha. Nie mieli także właściwych instytucji. Mijające 15 lat to dekada porównywalna tylko z odbudowaniem państwowości w latach dwudziestych XX w.

– W 1992 r. został Pan wiceministrem obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, później wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Jerzego Buzka. W latach 1998-2002 przewodniczył Pan radzie fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Jest Pan laureatem nagrody literackiej „The Sunday Telegraph” i „The Spectator”.

Komu i czemu zawdzięcza Pan swoją błyskawiczną karierę?

– Mówiąc trochę przewrotnie, to wszystko zawdzięczam komunizmowi. Bo chłopak z osiedla Leśnego w Bydgoszczy, który wyjeżdżał z 400 dolarami w kieszeni (stanowiły one całe oszczędności naszej rodziny) w życiu by nie skończył studiów za granicą.

Byłem w Wielkiej Brytanii, aby nauczyć się języka i zarobić parę groszy, gdy gen. Jaruzelski ogłosił stan wojenny. Wybrałem wolność, jak się to wtedy mówiło. A więc Oksford skończyłem dzięki Jaruzelskiemu, co mu zresztą kiedyś powiedziałem. Pierwszą książkę o Afganistanie napisałem dzięki Armii Radzieckiej, z żoną zaprzyjaźniłem się podczas obalania muru berlińskiego.

Zabytkowy dwór odbudowałem tylko dlatego, że go kiedyś komuniści skonfiskowali i zniszczyli. Niedawno – w 2001 r. – moja formacja polityczna przegrała z SLD i dlatego jestem w Waszyngtonie. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał nieboszczce PZPR wystawić kapliczkę dziękczynną…

– Jak się kształtowały Pana wyobrażenia o Ameryce? Jak wyglądała konfrontacja z tymi wyobrażeniami po pierwszym przybyciu do Stanów Zjednoczonych?

– Przez lata Ameryka była obecna w naszym dwupokojowym mieszkaniu w blokowisku w Bydgoszczy, gdzie mieszkałem z rodzicami. Ściany były cienkie i dzięki temu, gdy ojciec słuchał Radia Wolna Europa, ja mogłem podsłuchiwać w drugim pokoju. Wiedziałem, co się dzieje w Ameryce, na świecie, a także w Polsce właśnie dzięki tym audycjom.

Jako młody człowiek czytałem o Tomku Sawyerze, Huckerberry Finnie, a każde polskie dziecko zna przygody Winnetou, nawet jeżeli nie był on oryginalnym amerykańskim bohaterem. Amerykańska kultura masowa jakoś docierała do nas w PRL. W latach siedemdziesiątych oglądałem seriale „Bonanza”, „Columbo” i później „Dallas”.

– Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe do Ameryki?

– Trzeba tu przyjechać, aby zrozumieć, jaki to olbrzymi kraj. Że to cały kontynent i wszystko jest na większą skalę. Pierwszy raz byłem zaproszony do Ameryki z wykładami w 1986 r. po powrocie z Afganistanu. Byłem m.in. na uniwersytecie Rice w Houston w Teksasie, na Baylor University, w Detroit, w Waszyngtonie i na uczelni wojskowej Carlyle Barracks w Pennsylvanii. Mieszkałem wtedy w Anglii i Ameryka wydała mi się po prostu jej powiększoną kopią, co jest bardzo mylące.

– Jaki stosunek do Ameryki mają według Pana Anglicy?

– Powiedziałbym, że schizofreniczny. Anglicy wiedzą, że strata tych kolonii była ich największą porażką. Pewnie nigdy nie pogodzą się do końca z faktem, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zamieniły się rolami. Z drugiej strony lubią grać rolę mądrych Greków wobec potężnych Rzymian.

– Jakie podstawowe różnice dostrzega Pan w narodzie brytyjskim i amerykańskim?

– Anglicy mają przewagę nad Amerykanami w używaniu języka, w elokwencji. Widać to choćby po wystąpieniach Tony’ego Blaire’a i George’a Busha. Edukacja brytyjska jest silniej zakorzeniona w tradycji klasycznej, młodzi ciężej pracują akademicko w szkole średniej.

Poprawność polityczna poczyniła już straszliwe spustoszenia w amerykańskim systemie szkolnictwa publicznego. Amerykanie mają z kolei najlepsze uniwersytety na świecie. Elita brytyjska po studiach idzie pracować w mediach, tymczasem najzdolniejsi Amerykanie idą w biznes.

– Wizyta prezydenta George’a W. Busha w Polsce w 2003 r. była podziękowaniem za wsparcie w czasie wojny w Iraku. Brytyjczycy nie zrobili takich gestów podziękowania po zakończeniu wojny. Do parady zwycięskiej nie zaproszono Polaków.

– To prawda, Brytyjczycy nieładnie się zachowali m.in. wobec lotników, dzięki którym wygrali Bitwę o Anglię, ale pamiętajmy, że w Jałcie to Churchill walczył o Polskę, a Roosevelt dość ochoczo oddał nas w objęcia Stalina. Roosevelt uważał, że większym zagrożeniem dla świata jest imperium brytyjskie niż sowieckie. Churchill był antykomunistą, wiedział, co czeka naszą część Europy i zdawał sobie sprawę, że naruszy to równowagę.

Z kolei w latach osiemdziesiątych XX w. brytyjscy ministrowie byli pierwszymi, którzy ustanowili zwyczaj spotykania się zarówno z władzami komunistycznymi jak i z demokratyczną opozycją. Wizyta Margaret Thatcher u Lecha Wałęsy była jednym z tych wydarzeń, które przekonały komunistów, że władzy na wieczność nie utrzymają.

– Słyszałam, że ludzie polskiego pochodzenia, lub po prostu przyjaźni Polsce, zajmują obecnie wiele czołowych stanowisk w rządzie amerykańskim.

– Jest spora grupa Amerykanów polskiego pochodzenia. Ian Brzeziński, syn Zbigniewa, zajmuje wysoką funkcję w Pentagonie. Jest odpowiedzialny m.in. za rozmieszczenie baz amerykańskich w Europie. Matthew Brysa jest dyrektorem w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa, Steven Biegun jest szefem sztabu klubu republikanów w Senacie, Dan Fried, były ambasador w Polsce, jest jednym z zastępców Condoleezy Rice.

W mediach amerykańskich jest też sporo dziennikarzy, którzy zdobywali ostrogi w Polsce, takich jak Jackson Diehl czy David Ensor, też bardzo Polsce życzliwych. Wobec przyjaciół nazywam tą grupę Polinternem.

– Czy mając przyjaznych Polsce ludzi, mamy jakiś zalążek lobby w Ameryce?

– Z tym jest źle. To nie jest lobby, a jedynie grupa ludzi dobrej woli. By stworzyć lobby, trzeba się uczyć od innych, którzy to robią najlepiej. To, że sprawa nie posunęła się do przodu, poczytuję sobie za porażkę okresu, gdy odpowiadałem za politykę polską wobec Polonii. Niestety, podziały w samej Polonii i nieporozumienia między Polonią a krajem są zbyt głębokie. Bardzo nad tym ubolewam.

– Czy uważa Pan, że przyjeżdżający Polacy zmieniają swój punkt widzenia Ameryki?

– Widzę, że młodzi ludzie z Polski przyjeżdżają w konkretnym celu – by się nauczyć języka, zarobić trochę pieniędzy, ale przeważnie wracają. Wcale nie czują, że przyjechali do raju czy do Eldorado.

Przy okazji powiem Pani, że zauważyłem u Amerykanów ciekawą reakcję, gdy im się mówi, że owszem, miło być w Ameryce, ale zamierzam wrócić do Europy, są po pierwsze zdziwieni, a po drugie, lekko obrażeni. Wydają się zakładać, że każdy, kto ma szansę zostania Amerykaninem, zechce z tej szansy skorzystać. Uważają swój kraj za najlepszy na świecie. Trochę im tej dumy zazdroszczę.

– Jaka się Panu wydaje Ameryka, od kiedy Pan w niej mieszka? Co się Panu w tym kraju podoba?

– Ameryka jest mniej europejska niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Dopiero mieszkając tutaj, nawet patrząc na Amerykę z perspektywy Wschodniego Wybrzeża, jakby bliższego Europie, widzę więcej różnic cywilizacyjnych, charakterologicznych i w stylu życia. Wiele mi się podoba: optymizm, brak zawiści, energia i założenie, że każdy problem ma rozwiązanie.

Po tragedii 11 września narodził się tutaj nacjonalizm, którego przedtem nie było. Jak to ujął pewien brytyjski przyjaciel: „Kiedyś przyjeżdżałem do Waszyngtonu jak do wspólnej kwatery głównej wolnego świata. Teraz czuję się tu jak obcokrajowiec”. Napięcie muskułów i wzrost patriotyzmu to zrozumiała reakcja na upokorzenie i ból, który zadano temu narodowi. Wydaje się, że Europejczycy tego nie rozumieją, że to był najbardziej dotkliwy atak na terytorium Stanów Zjednoczonych. Niby to wiedzą, ale nie czują i z tego płynie wiele nieporozumień transatlantyckich.

– Może myślą, że „myśmy to też przeżywali”?

– Zapewne, ale mnie się podoba ta świeżość Amerykanów. To był szok psychologiczny, po którym wydaje się, że Amerykanie zwarli się bardziej jako społeczność, ale też utworzyły się większe bariery między „nami a obcymi”.

Podoba mi się patriotyzm Amerykanów, bo jest niewymuszony, autentyczny. W Polsce, niestety, przez 45 lat komunizmu, reżim używał patriotycznej frazeologii do pokrycia rzeczywistości, która była jej odwrotnością. Nasz patriotyzmu skostniał, a jego obrządkowość stała się zbyt sztywna.

– Jak Pan myśli, w jakim kierunku będzie szedł polski patriotyzm?

– Wydaje mi się, że odnajdziemy polski patriotyzm, paradoksalnie, w procesie zabiegania o swoje interesy w ramach Unii Europejskiej. Bo nasi dyplomaci, biznesmeni i politycy będą widzieć, jak inni walczą o swoje interesy. I zrozumieją, że to jest gra, w której nikt nas nie zastąpi.

– Amerykanie nie mają jakby „z tyłu głowy” wiadomości, które by im dziadek opowiadał, o klęskach powstań, obozach zagłady, o Gułagu. Nie przeżyli tego, są jakby ubożsi o to uczucie.

– Opowiadał mi zaprzyjaźniony polski dyplomata, że 11 wrześniarano siedział w pokoju z amerykańskim urzędnikiem. Z jakiegoś powodu był włączony telewizor. Gdy zobaczyli ataki, Polak natychmiast zrozumiał, że stało się coś strasznego, że zaatakowano, że są ofiary, będzie tragedia, może być z tego wojna.

A do Amerykanina przez pierwsze kilkadziesiąt minut to po prostu nie docierało. Bo takie rzeczy Amerykanom się nie przydarzają. Takie rzeczy się przydarzają innym. Gdzieś tam, na innych kontynentach. Gdyby nas i naszych rywali geopolitycznych dzieliły dwa oceany, to też mielibyśmy poczucie bezpieczeństwa, którego naruszenie byłoby szokiem.

– A co się Panu nie podoba w Ameryce?

– Jest parę spraw, które mnie irytują. Na przykład system bankowy, który z jednej strony jest najpotężniejszy na świecie, a z drugiej jakby stoi jedną nogą w latach pięćdziesiątych XX w.

Jako nowo przybyły obcokrajowiec nie mogłem przez rok dostać karty kredytowej. Zupełnie jakbym dopiero co wyszedł z więzienia! System polega na tym, że aby dostać kredyt, trzeba najpierw być zadłużonym i ten kredyt spłacać. I referencje renomowanego banku europejskiego nikogo nie obchodzą.

Ale paradoksalnie, nie mogąc dostać karty kredytowej, można w czasie weekendu, gdy banki są zamknięte, wejść do salonu samochodowego, wystawić zwykły czek i wyjechać nowiutkim samochodem. Co kraj, to obyczaj. Teraz, gdy jestem bombardowany propozycjami nowych kart kredytowych, wyrzucam je do kosza.

Kompletną katastrofą jest amerykańska szkoła publiczna, przynajmniej tam, gdzie mieszkamy, na przedmieściach Waszyngtonu. Zajęcia są odwoływane z byle powodu, bo np. spadło kilka centymetrów śniegu albo nawet deszcz. Przygotowany byłem na wielokulturowość w szkole, ale nie na to, że dzieciom nie wspomni się słowem o Bożym Narodzeniu, natomiast zmuszać się je będzie do nauki o Kwanzie, święcie wymyślonym przez murzyńskich marksistów w 1966 r.

– Od kwietnia 2002 r. pracuje Pan w waszyngtońskim American Enterprise Institute, który ja kojarzę np. z Michaelem Novakiem, konserwatystą, autorem książek. Jest Pan dyrektorem wykonawczym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej. Proszę przybliżyć działalność tego stowarzyszenia.

– Nowa Inicjatywa Atlantycka powstała w 1996 r. na Zamku Królewskim w Pradze pod patronatem prezydenta Vaclava Havla. Postawiła sobie za cel przekonanie elit zachodnich do otwarcia zachodnich instytucji dla nowych demokracji.

To, co wydaje się nam teraz oczywiste, rozszerzenie NATO i Unii Europejskiej, jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych wcale oczywiste nie było. Trzeba było o to walczyć. Nowa Inicjatywa Atlantycka była dość skuteczna w przekonaniu elit amerykańskich do rozszerzenia NATO, a za tym poszło rozszerzenie Unii Europejskiej.

Dzisiaj pojawiły się nowe problemy. Nie ma już Związku Radzieckiego, ale są dyktatury na terytorium postsowieckim i terroryzm emanujący z Bliskiego Wschodu. Uważamy, że to, co łączy Europę i Amerykę jest ważniejsze od tego, co nas dzieli. Ustabilizowanie świata postkomunistycznego czy demokratyzacja świata muzułmańskiego to ważne wspólne cele.

Organizujemy spotkania i wykłady europejskich polityków w Waszyngtonie, i amerykańskich w Europie. Szczególnie dumny jestem z konferencji, jakie zorganizowaliśmy na temat Białorusi, Czeczenii i konstytucji europejskiej. Na zamku Windsor dyskutowaliśmy o przyszłości Organizacji Narodów Zjednoczonych. Mamy bogaty program kontaktów międzyludzkich i debaty intelektualnej.

– A co dalej, Panie Radku?

– Marzę o napisaniu powieści o czasach „Solidarności”, ale nie wiem, czy starczy mi talentu. Dorastając w Bydgoszczy nigdy bym nie przypuszczał, że będę mieszkać i studiować w Anglii; w latach osiemdziesiątych nie śmiałem marzyć, że wrócę do wolnej Polski; a w latach dziewięćdziesiątych nie przyszło mi do głowy, że zamieszkam w Ameryce. Wypada mi więc jedynie z pokorą wyznać ograniczenia mojej wyobraźni.

RADEK SIKORSKI, ur. 1963; absolwent Wydziału Filozofii i Nauk Społecznych w Pembroke College na Uniwersytecie w Oksfordzie; dziennikarz, fotoreporter, dyplomata. Publikował w „Tygodniku Powszechnym” (Kraków), „Zeszytach Historycznych” (Paryż), „National Review” (Nowy Jork). Autor m.in. książek: „Full Circle. A homecoming to free Poland” (1997), „Prochy świętych. Afganistan – czas wojny” (2002). Pracownik American Enterprice Institute. Minister obrony narodowej w latch 2005-2007 (rząd Prawa i Sprawiedliwości) i spraw zagranicznych od 2007 r. (rząd Platformy Obywatelskiej).

ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM, ur. 1949; pisarka, doktor nauk humanistycznych, członek ZAIKS-u, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (Warszawa), Związku Pisarzy na Obczyźnie (Londyn) i amerykańskiego PEN CLUB-u. Autorka kilkunastu książek, m.in. „Na tropach Wańkowicza” (1989), „Ulica Żółwiego Strumienia” (2004). Współpracuje m.in. z „Odrą” (Wrocław), „The Polish Review” (Nowy Jork), „The Sarmatian Review” (Houston).

Wywiad ukazał się w „Przeglądzie Powszechnym” nr 3/2005.

Komentarze przez RSS

111 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. Edwin says:

    JAKI MINISTER – TAKIE PKP
    W sejmie, rządowa koalicja,
    wybroniła “kolesia” ministra:
    Cezarego Grabarczyka,
    od dymisji z fotelika.
    A, zamiast należnych batów,
    dostał.. piękny bukiet kwiatów.
    Ponad 3 lata, ministrował.
    Polską Kolej demontował.
    To, co zastał, na początku,
    teraz, z tego tylko szczątki:
    Pociągi, krótkie, jak tramwaje,
    3 wagony, mają w składzie;
    zimne, stare, odrapane,
    kible brudne i ..zas…
    Po dworcach, ludzie biegają,
    jeden – drugiego, się pytają:
    Czy pojedzie? A o której?
    (bez rozkładu – każdy dureń).
    Jak już pociąg, jakiś wjedzie,
    ścisk taki, jak w beczce śledzie.
    Szturmem, oknem, i na chama,
    inaczej , noc przekichana.
    Poczekalnia? – wiecie jaka;
    - w zimnym holu, na stojaka.
    W resorcie, dziadowski system,
    bo adwokat, jest ministrem.
    I, Grabarczyk, tym razem,
    będzie PKP > “grabarzem”.
    (Inowrocław 5.01.2011.)

  2. Edwin says:

    DLACZEGO, CO MIESIĄC SĄ POD PAŁACEM?
    Dlaczego pod Pałac, idą co miesiąc,
    a nie, na Wawel, gdzie leży Lechu?
    W Krakowie, trudniej o “nawiedzonych”:
    PiS-oszołomów , obrońców krzyżowych.
    Jarosław Kaczyński, leniwy z natury,
    nie musi znosić , trudów podróży.
    Wygodniej, koło Pałacu prezydenckiego,
    zrobić zadymę, > “Dnia 10-go”.
    Tam, krzyże w dłoń, albo pochodnie
    i pieśń, (jak za cara): “Boże, coś Polskę”.
    O jakiej, “Wolnej Ojczyźnie”, marzą?
    Oczywiscie, że Polską , tą… RP IV-tą.
    (Inowrocław 10.01.2011.)

  3. Edwin says:

    DLACZEGO BYŁ TO OSTATNI LOT ?
    Co tu gadać, co tu kryć,
    Widać, tak musiało być:
    Wylot, 2 godziny opóźniony,
    mogli spóźnić się na groby
    zaś, nadrzędnym priorytetem;
    msza w Katyniu, razem z Lechem.
    Nie chciano, lidera ruskiego,
    a w Smoleńsku, mgła, jak mleko
    Prezydent, się denerwuje;
    tam lądować.. sugeruje,
    (w jednej, drugiej..Kancelarii,
    awaryjnych, nie obrali).
    VIPy z salonek, wybiegają,
    do pilotów, zaglądają.
    a, tamci .. spanikowani,
    więc generał, za plecami,
    stara się, wesprzeć ich duchem,
    (i..podobno.. własnym “chuchem”)
    By Lecha usatysfakcjonować,
    zawzięli się, we mgle lądować,
    Piloci JAK-a, niby ostrzegali,
    (pogmatwanie coś paplali)
    “Wieża” kontrolerów, to garaże,
    “TU”, nie widzieli, na radarze,
    Zamiast zakazu lądowania,
    wzięli się do naprowadzania.
    Słaba gadka, była z nimi,
    (…polskiego się nie uczyli ?).
    Wysokościomierz..czynił cuda,
    pilot liczył, że..znów się uda.
    Czemu, na autopilocie, lądował?
    No.. bo w Moskwie, nie trenował,
    MON, na to funduszy nie miało,
    więc, teorią się .. obleciało.
    Wyje alarm, czerwień błyska,
    “TU” ląduje. Prędkość 300.
    Presja. Brawura. ..musiało się stać
    głos ostatni: Q…. maa.aać
    (Edwin, Inowrocław 13.01.2011.)

  4. Edwin says:

    DLACZEGO WSZYSTKIEMU WINNI ROSJANIE:
    Jak się tyle słucha o winnych tragedii,
    to stronę polską , należy .. wybielić.
    BO: >
    Rosjanom, nasz Lech, był dobrze znany.
    Z pietyzmem, winien być traktowany!
    Na wieść , że poleci do Smoleńska,
    Lotnisko powinni zrobić, “na medal”:
    Pasy – wydłużyć , poszerzyć,
    oznakować, dobrze oświetlić.
    A tą mgłę, to rozproszyć szybko,
    by nieszkoleni piloci, widzieli czysto,
    albo, zamontować, takie namierniki,
    żeby i we mgle, lądowali.. neptyki.
    Wokół, powinno być wyrównane;
    drzewa ścięte, wąwozy zasypane.
    Wybudować – nową wieżę kontrolną,
    i wyposażyć w technikę światową.
    Dać kontrolerów, mówiących po polsku,
    naszych pilotów, nie stresować, po prostu.
    A czy tak było, jak być powinno?..
    > Dlatego, Rosjan, obarcza się winą.
    (Edwin, Inowrocław 13.01.2011.)

  5. Edwin says:

    ZIĘĆ PREZYDENTA czyli “PO TRUPACH, DO CELU”

    Nachalnie, jak mucha natrętna,
    kręcił się, wśród polityków znanych,
    aż dorwał się do córki Lecha,
    by ziścić, swe niecne plany.
    Ta Marta, też dobre ziółko,
    bo mając męża i córkę,
    rozbiła swoje małżeństwo,
    i.. poleciała na szuję.
    Kiedy, do Kaczyńskich się wżenił,
    zagnieździł się zaraz w pałacach
    i jako zięć – Lechem kręcił,
    (kukiełką , się łatwo obraca).
    Prezydent w wypadku ginie.
    Zięć, wykazał się ..otwartą głową;
    za “skórkę”, wykombinował polisę,
    na kwotę … trzymilionową.
    Co do pazerności Marcina,
    to innych odstawia w biegu.
    Sprawdza się stara maksyma:
    “Po trupach – a dążyć do celu”;
    apartament, “porsche”, “ferrari”
    to Dubienieckiemu za mało,
    już kręci “Zamach smoleński”,
    w oszołomstwie, lepszy od Jaro.
    (Inowrocław 16.01.2011.)

  6. Edwin says:

    CO TO JEST RADA POLITYCZNA PiS ?

    PiS się wykazał, zagrywką taktyczną;
    Kamińskim doszołomić, Radę Polityczną.
    Rada się zajmie polityczną “oświatą”,
    oszołomstwem o smoleńskim zamachu.
    A cóż innego, Kaczyńskiemu pozostało,
    “Zbrodnia smoleńska” – kampanii hasło.
    Zebrać klakierów , PiS oszołomów,
    i “po trupach, do celu”, pójść do wyborów.

  7. Edwin says:

    RADA POLITYCZNA PiS

    PiS się wykazał, zagrywką taktyczną;
    Kamińskim doszołomić, Radę Polityczną.
    Rada się zajmie polityczną “oświatą”,
    oszołomstwem o smoleńskim zamachu.
    A cóż innego, Kaczyńskiemu pozostało,
    “Zbrodnia smoleńska” – kampanii hasło.
    Zebrać klakierów , PiS oszołomów,
    i “po trupach, do celu”, pójść do wyborów.

  8. Edwin says:

    TEORIE NAWIEDZONEGO MECENASA
    Mecenas partii nawiedzonych,
    teorie spisku i mordu wymyśla;
    od sztucznej mgły, do bomb próżniowych,
    po dziury helowe, co “IŁ” miał napryskać.
    Pożywką dla PiSu, każda sensacja,
    bo to woda, na młyn nienawiści.
    Choć każda teoria, jest taka płaska,
    .. jak twarz tego , co je wymyślił.

  9. chris says:

    szkoda ze ukrainski cabernet souvignon nie zdobyl tytulu nr1 wsrod win ktore reprezentowaly by prezydencje polska w eu. to doskonale wino. francuzi znowu chetnie wykozystuja ten teren do produkcji doskonalego wina. tam panuje wspanialy klimat do tej produkcji.

  10. chris says:

    ps. wegrzy sa juz w eu dla ukrainy bylaby to swietna promocja i poparcie! bydgoszczak :) kiedys z ul. ogrody na wyzynach

  11. barwa says:

    A fe, co to ma być, towarzystwo wzajemnej adoracji?
    Od tej wazeliny i kretyńskich teorii rodem z TVN i GW robi mi się nie dobrze .
    Włączcie myślenie. Może trochę więcej obiektywnych analiz pracy tego rządu.

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com