Biedni wśród nas 3
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Czekamy na Wigilię, spotkanie w gronie rodzinnym, kolędy. W tym okresie robi się między ludźmi jakby nieco cieplej i przyjaźniej, więc wyjątkowo żywy oddźwięk wywołują rozliczne akcje charytatywne. Przyznam, że mam na ich temat mieszane odczucia.
Kiedy na przykład dochód z balu dla bogaczy zostaje przeznaczony na pomoc dla hospicjum, to niby wspaniale, a jednak pozostaje mi jakiś nieokreślony niesmak. Przed oczami przelatują dwuznaczne obrazy: oto ktoś robi majątek pod przykrywką fundacji dobroczynnej, oto ktoś dłonią ubraną w brylanty wrzuca do kosza sto złotych na biednych, oto ktoś poprawia sobie wizerunek firmowy lub osobisty sponsorując to czy tamto.
Zastanawiam się w związku z tym, jak należy się zachować, żeby jałmużna nie powodowała upokorzenia dla tego, kto dostaje i nie powodowała rozdymania ego u tego, kto daje. Tak, ten nieokreślony niesmak, o którym wspominałam przy okazji bali charytatywnych, bierze się chyba z podejrzenia, że udzielenie pomocy biednemu nie jest już aktem współczucia i miłosierdzia, lecz zaspokojenia potrzeby władzy. W myśl zasady: stać mnie na dawanie, więc jestem kimś.
Skąd to podejrzenie? Może z obserwacji, że mimo dobroczynnego gestu, bogaty nawet na chwilę nie zatrzymuje się przy biednym, lecz z błędnym wzrokiem pędzi dalej w poszukiwaniu dalszych satysfakcji? Wydaje się, że bogaty za bardzo wziął sobie do serca i źle zrozumiał pouczenie: „niech nie wie lewica co czyni prawica”. Sens tego pouczenia jest przecież nie taki, żeby nic o biednym nie wiedzieć, ale żeby mieć do niego w dalszym ciągu taki stosunek, jakby nic bogatemu nie zawdzięczał.
Przychodzi mi na myśl Matka Teresa. Jednak nie dlatego, żeby moralizować i podawać ją za wzór do naśladowania. Mam poczucie proporcji i świadomość, że nie każdemu dane jest takie życie i taki charyzmat. Chodzi jedynie o to, że z jej działalności widać, jakie warunki muszą być spełnione, by dawanie nie było upokarzaniem. Po pierwsze, ona biednego widziała i znała, nie prześlizgiwała się wzrokiem nad jego twarzą. Żyła jego życiem. Po drugie, nie od każdego przyjmowała pomoc. Wyobraźmy sobie: ktoś idzie z grubą kasą spełnić dobry uczynek, a tu czeka go prztyczek w nos – słyszy od drobnej, pochylonej kobiety: „Nie chcę twojej jałmużny, popracuj nad sobą, twoje intencje są nieczyste”. Ho, ho, to twarda szkoła.
A więc jak brzmi lekcja? Chyba tak, że biednego trzeba zobaczyć, trzeba chcieć go poznać, trzeba spojrzeć mu w oczy, trzeba poczuć się w jego skórze, trzeba pomyśleć: „On jest mną, innym mną i tylko z niewiadomych powodów zajmujemy te, a nie przeciwne miejsca”.
Levinas mówił o etyce twarzy i odpowiedzialności – aż do substytucji – jaka rodzi się ze spotkania z twarzą drugiego człowieka. Chrześcijanin mówi o braterstwie.
Dziś nie używa się słowa „jałmużna”, lecz mówi się o pomocy, o dzieleniu się, o tym, że dawanie daje więcej satysfakcji niż branie. Słowo „jałmużna” źle brzmi, bo konfrontuje nas z niepokojącą dysproporcją między „królem” a „żebrakiem”. Poczucie sprawiedliwości i posiadane ideały równościowe stają naprzeciw dumny wypływającej z szacunku dla zaradności.
Tak sobie myślę, że kiedyś sprawa była prostsza, a ta dysproporcja nie była tak przepastna, bo w zamian za jałmużnę ubogi odpłacał się modlitwą. Miał czym płacić i rachunki wyrównywały się, a nawet pozostawała niepewność, kto dostał więcej. I obie strony miały tego pełną świadomość. Dziś „dziękuję” biednego pozostaje nie dosłyszane, gdyż modlitwa również – podobnie jak jałmużna – wyszła z mody i pozostała nam tylko wymiana towarowa.




We mnie mieszane uczucia wzbudzają podobne opinie. Można rozpisywać się i krytykować akcje charytatywne, ale co proponuje się w zamian, jaką formę pomocy? Pisanie o tym, że
to tylko dorabianie ideologii. Na paplaninę urzędników ONZ Bono zareagował słynnym “Przestańcie gadać i kupujcie te pieprzone orzeszki”.
Moja koleżanka angażuje się w mikolaje.com (o czym pisałem tu w zeszłą niedzielę), akcję, która skończyła imprezą ze “świątecznymi piernikami i dobrym zimnym piwem”. Co w tym złego, że zabawą zachęca się uczestników do wspomagania uboższych?
W tym roku z Olą zdecydowaliśmy, że pomożemy akcji kościelnej i zrobimy zakupy dla nieznanej, ubogiej rodziny z parafii. Nie twierdzę, że czuję się usatysfakcjonowany i z siebie zadowolony; nie da się pomóc wszystkim, ale bardziej przekonany jestem do formy skromnej pomocy niż do prób racjonalizowania jej krytyki.
@ Kuba
1. No, cóż jeśli nawet masz mieszane uczucia, to musi być to mieszanka uczuć negatywnych, bo ocena tego tekstu jest jednoznaczna. Muszę go bronić, bo moim zdaniem to nie “dorabianie ideologii” ani “paplanina” ani “próba racjonalizacji krytyki skromnej pomocy”. Jest to tekst, w którym zwracam uwagę na NIEKTÓRE ujemne zjawiska towarzyszące NIEKTÓRYM akcjom charytatywnym.
2. Ponieważ posługujesz się przykładem własnego działania, to mimo, że wolę nie omawiać przykładów osobistych, odniosę się do niego. Otóż Wasz udział w akcji robienia zakupów nie zalicza się do przypadków krytykowanych w moim tekście, ponieważ właśnie był skromny, osobisty, angażujący czas i myślenie a nie tylko pieniądze, dodatkowo był skierowany do konkretnych osób, z którymi mogliście nawiązać międzyludzki kontakt.
Natomiast przyznam, że wolę czytać o tym, jakiego dobra ktoś doświadczył niż jakiego jest autorem. Bo włącza mi się podejrzliwość.
Pozdrawiam :))
Małgorzato,
jeżeli do obrony tekstu wystarczy zanegowanie mojego komentarza, to znaczy, że pewnie użyłem zbyt słabych argumentów, poprawię się.
Piszesz, że zwracasz uwagę na
Rozumiem, że nawiązujesz do swojej krytyki “balu dla bogaczy”. Moim zdaniem, walenie w “bogaczy” (do tego – hipokrytów) zaciemnia obraz i brzmi nieco populistycznie.
Wobec ubogich i Ty, i ja jesteśmy bogaczami (dlatego moje przykłady pasują; wcale nie chcę pisać o sobie). Zakładam, że masz dobre intencje, ale założę się, że chodząc ulicami Warszawy, Krakowa czy innego popularnego miasta nie patrzysz w oczy każdemu żebrakowi i nie cytujesz w myślach Levinasa. Zresztą, czy biedny tego oczekuje?
Rozumiem Twoją wrażliwość, chęć dania czegoś z siebie, nie tylko spełnienia “obowiązku” np. podczas zbiórki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Sam często myślę o tym, jaką formę społecznego działania podjąć. Ale nie rozumiem krytyki czyjejś inicjatywy.