Nadzieja i sprawiedliwość 19
Jakieś dwa lata temu na czas adwentu wypadło mi napisanie recenzji książki Brunona Fortego “Trójca Święta jako historia”. Czas przedświątecznego zabiegania raczej nie sprzyja ani wnikliwej lekturze, ani pisaniu. Ale wysiłek się opłacił, bo książka, dotycząca samego sedna wiary chrześcijańskiej, przy tym napisana przez bardzo dobrego teologa, stała się okazją do porządnego zastanowienia się nad istotą wydarzenia, którego przypomnieniem jest Boże Narodzenie. Niechcący zrobiłem więc sobie bardzo solidne rekolekcje. Odtąd staram się zapewniać sobie podobne lektury przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. W ten adwent postanowiłem wrócić do swoich teologicznych korzeni, czyli twórczości ks. Wacława Hryniewicza, tym bardziej że od wiosny na półce stoi jedna z jego ostatnich książek “Teraz trwa nadzieja”. I po raz kolejny przekonałem się, że warto go czytać.
Już od dawna wiem, że u mojego ulubionego polskiego teologa, znanego przede wszystkim z głoszenia nadziei zbawienia dla wszystkich, nie znajdę jakichś radykalnie nowych tez. Że będzie to tylko dopowiadanie, wyjaśnianie wątpliwości, wzmacnianie wcześniej sformułowanej argumentacji – słowem, bronienie nadziei. I tak jest też w tej książce. Po co więc czytam kolejne prace Hryniewicza?
Po to, by znaleźć się w świecie wiary pogodnej i ufnej, przepełnionej nadzieją i miłością. Takiej, w której jest obraz Boga kochającego człowieka i robiącego wszystko, by ocalić grzesznika, nawet wtedy, gdy ten się opiera, nie zaś Boga czyhającego na każde nasze potknięcie, gotowego zapałać gniewem, ukarać i potępić na wieki. Ale przede wszystkim po to, by nie myśleć o Bogu w kategoriach prawnych, nie przypisywać Mu po ludzku rozumianej sprawiedliwości. Hryniewicz jest mistrzem w demaskowaniu wpływu takiego rozumienia sprawiedliwości Boga na to, co sądzimy o naszym losie po śmierci, zwłaszcza losie potępionych, co do których uważamy, że muszą ponieść stosowną karę, w tym przypadku wieczną, i bezlitośnie obnaża braki takiego pojmowania tej sprawiedliwości. To, co sam proponuje, czyli kara służąca poprawie grzesznika, nie tylko radykalnie zmienia nasze wyobrażenia o sprawiedliwości Boga, ale i skłania do zastanowienia się nad wpływem jurydyzmu na nasze myślenie religijne w ogóle. A często jest ono typowo prawnicze: skoro nie przekroczyłem żadnego przepisu, to mogę spać spokojnie, jeśli zaś przekroczyłem, to jestem przestępcą zasługującym na karę, którą wymierzy mi sam Bóg. Takie myślenie sprawia, że chrześcijaństwo staje się religią strachu i że wielu chrześcijan staje się religijnymi defetystami. Lektura książek Hryniewicza uwalnia od takiego myślenia. To zaś powoduje, że zawsze można mieć nadzieję, w każdej sytuacji być przekonanym, że nie wszystko stracone. Dlatego lubię twórczość Wacława Hryniewicza.





Też myślę, że jak już w coś wierzyć, to niech to będzie coś optymistycznego. Wyobrażenie Boga jako Sędziego zużyło się i zastąpiło je wyobrażenie Boga jako Miłosiernego Ojca – znak czasu!
Nie jestem fachowcem, więc tylko drobna wątpliwość i związane z nią uściślające pytanie: czy nie jest tak, że zawsze, PÓKI SIĘ ŻYJE, można i trzeba mieć nadzieję? Jednak jeśli nie wykorzysta się szansy danego czasu, szansy, jaką jest życie i aż do śmierci trwa się w złu, to nie ma już dla takiego kogoś przyszłości, czyli nadziei? Czyli, że jednak nie dla wszystkich zbawienie?
Wydaje mi się, że nasze odwieczne poszukiwania Boga, jako celu (ku któremu mniej lub bardziej świadomie dążymy)można “usprawiedliwić” właśnie tym zwyczajnym pragnieniem poznania i doświadczenia Boga, który jest miłosierny. Miłosierdzie zakłada sprawiedliwość. Sama zaś sprawiedliwość może być bez miłosierdzia.
Problem jest szerszy – nasze myślenie religijne jest po prostu zbyt ludzkie. Nie da się tego przeskoczyć – bo jak inaczej mielibyśmy rozumować, jeśli możemy poruszać się jedynie w obrębie świata pojęć, które są nam dostępne?
Można by się jednak spróbować wystrzegać niedobrych konsekwencji takiego stanu rzeczy. Np. po co budować kościoły na wzór zamków czy pałaców? Im bardziej wprzęgamy Boga w ziemską rzeczywistość (np. właśnie przed dodawanie mu atrybutów władcy), tym bardziej oddalamy się od Tajemnicy.
Kubo,
jednym zamaszystym gestem chcesz wrzucić do kosza lwią część dorobku kulturowego i artystycznego ludzkości!
Jakby człowiek nie mówił o Tajemnicy, ani nie dawał materialnego wyrazu swojemu zachwytowi i bojaźni dla Niej, to o wielu kulturach nie wiedzielibyśmy nic. Nie wiedzielibyśmy też, czy inni nam współcześni też mają odczucie Tajemnicy.
Proponuję więcej szacunku dla naszych przodków i dla odczuć ludzi nam współczesnych. Ja na przykład mam poczucie, że Bóg jest Panem. Może słowo “Pan” nie oddaje tego, co należy, bo Bóg wszystko przekracza i jest całkowicie Inny, ale mam tylko ludzkie słowa i z konieczności nimi się posługuję.
Pozdrawiam
Nie, uważam tylko, że czas przepychu i budowania świątyń niczym siedzib władców minął. Słysząc grę organów na pl. Św. Piotra czuję poruszenie i wzruszenie. Ale kiedy słyszę zapowiedź proboszcza, że pieniądze zebrane podczas kolędy pójdą na wyłożenie granitowego chodnika wokół całego kościoła, to mam wrażenie, jakbym przenosił się w przeszłość. Budowanie, by potomni pamiętali o naszej wielkości jako aspekt dzisiejszej misji Kościoła mnie nie przekonuje.
Małgorzato,
tak, nadzieję można i trzeba mieć zawsze, ale w sytuacji, gdy o grzechu myśli się w kategoriach prawniczych, można z niej zrezygnować. Bo skoro ciągle jest się przestępcą zasługującym na karę, to czy warto w ogóle się starać? Tak może się zdarzyć, chociaż oczywiście nie musi.
A jeśli chodzi o pytanie, czy dla kogoś, kto do śmierci trwa w złu, nie ma już przyszłości, to dotykasz sedna sporu teologów w sprawie nadziei zbawienia dla wszystkich. Hryniewicz i inni teologowie głoszący nadzieję stanowczo twierdzą, że taki ktoś ma szansę, bo możliwa jest zmiana decyzji w momencie śmierci albo nawet po niej – co do tego różnią się miedzy sobą – a ich przeciwnicy uważają, że nie jest to możliwe, bo decydujące są wybory dokonane w życiu ziemskim. Co więcej, zwolennicy nadziei twierdzą, że Bóg jest w stanie wyprowadzić człowieka z piekła, co dla ich przeciwników jest nie do przyjęcia, bo ma kwestionować istnienie infernum. Hryniewicz uważa, że można i trzeba mieć nadzieję zbawienia wszystkich, i mnie przekonuje.
Kubo,
tak, nasze myślenie religijne musi się opierać na dostępnych nam pojęciach, ale może się opierać na takich, a może się opierać na innych. Hryniewicz przekonujaco pokazuje, że wykorzystywanie w nim kategorii prawniczych nie prowadzi do niczego dobrego, że lepiej odwoływać się w nim do takich pojęć, jak miłość, miłosierdzie itd. Jeśli są więc złe konsekwencje konieczności opierania myślenia religijnego na dostępnych nam pojęciach, to tak naprawdę są to konsekwencje opierania się na niewłaściwych ludzkich pojęciach. Ale zgadzam się, że jeśli dzisiaj trochę inaczej widzimy Boga niż kiedyś, to inne powinne być nasze świątynie. Daleki jestem jednak od tego, by zabraniać komukolwiek budowania świątyń odpowiadających jego wyobrażeniu Boga, oczywiście jeśli mieści sie ono w granicach wyznaczonych przez katolickie wyznanie wiary.
Przy okazji, jestem bardzo ciekaw, co myślicie o nowej encyklice papieża – piszę, bo porusza ona podejmowane wyżej wątki. Może ktoś skusi się na wpis poświęcony “Spe salvi”? :)
Trafilem tutaj całkiem przypadkiem i jestem zaskoczony – młodzi ludzie (jak przypuszczam), a wypisują takie dziwne rzeczy. Teologia Hryniewicza jest, jak mi się zdaje, odpowiedzią na największą bolączkę teologii dogmatycznej – skostnienie w jakich scholastycznych, średniowiecznych (bez negatywnych konotacji) horyzontach, bez żadnej rzeczywistej nadziei dla człowieka. Jest do wyboru albo niebo albo piekło oraz wymyślony w celach merkantylnych przez kościół czyściec. Hryniewicz tworzy więc jakąś alternatywę, ale dosyć mglistą. Nadzieja, poprawa nawet po śmierci – dosyć absurdalne! To jakieś szukanie alternatywy w skostniałej doktrynie.
Niedowiarku, a jaka jest Twoja nadzieja? Gdzie ją znajdujesz, skoro nie w “skostniałej doktrynie”?
Mnie to co mówi Hryniewiecz pociąga, ale nie przekonuje.
Najbardziej nie zgadza mi się z jego nauką przypowieść o bogaczu i Łazarzu, mówiaca o tym że połączenia między śwatem potępionych, a innymi nie ma.
Jest taka tendencja do infantylizacji nauki o ‘niebie, piekle i czyśćcu’, zarzucaniu że jest to prymitywne straszenie ludzi karą. Natomiast jak może isenieć miłość, bez delikatność i poszanowania wolności, do takiego stopnia, że pozwala innemu wybrać brak miłości.
Kiedyś nad tym się dużo zastanawiałem, ale to porzuciłem, co jest to sprawa nierozstrzygnięta, umrę to zobaczę…
Odpowiadam Robertowi – odnajdę ją w wolnej woli, którą obdarzył mnie bóg i we własnym rozumie, lub sumieniu – jak kto woli – wydaje mi się, że to wystarczy. To co proponuje Hryniewicz przypomina mi Komunizm z ludzką twarzą (myslę, że jeszcze to pamiętamy). To jakby inna, bardziej ludzka twarz, doktryny, która, mam nadzieję, toczy się juz tylko bezwładnie ku swemu koncowi.
Cypisku,
zapewne wielu ma podobne odczucia jak Ty: poglądy Hryniewicza pociągają, ale nie przekonują. No i nic dziwnego, bo mocnych, 100% argumentów za ich słusznością nie ma. Jest w nich jednak coś, co jak sądzę, warto sobie wziąć do serca niezależnie od tego, czy się je podziela, czy nie. Otóż Hryniewicz uważa, że nadzieja powinna dotyczyć innych, nie zaś mnie samego. No, niestety, tak to jakoś jest, że bardzo łatwo przychodzi nam wysyłanie innych do piekła, najlepiej na karę wieczną, na takie wieczne dożywocie, które w gruncie rzeczy nie służy niczemu innemu jak tylko zaspokojeniu pragnienia zemsty. Hryniewicz skłania do tego, by pomyśleć o tym w trochę inny sposób. Sądzę więc, że nie warto porzucać myślenia o tych sprawach, skoro myślenie o nich może wpływać na nasz stosunek do innych.
Co do przypowieści o bogaczu i Łazarzu to Hryniewicz pisał w którymś miejscu, że brak takiego połączenia wcale nie jest oczywisty.
Niedowiarku,
skoro przyjmujesz, że to Bóg obdarzył Cię wolną wolą, rozumem i sumieniem, to czy masz nadzieję na jakieś spełnienie w Bogu (a może poza Nim)?
Robercie chyba się nie rozumiemy – nie chodzi mi o spelnienie w Bogu, tylko o kwestię teologii. Rzeczy te wyraxnie rozgraniczam – teologia jest według mnie calkowicie tworem ludzkim i to zupełnie poronionym i nie ma nic wspólnego z Bogiem, dlatego nie przemawia do mnie to, co proponuje ks. Hryniewicz a co Ty tutaj przynajmniej lansujesz, jako nadzieję. Ja jej po prostu w zinstytucjonalizownej ludzkiej konstrukcji nie widzę.
Niedowiarku,
skoro nie teologia, która Twoim zdaniem nie ma nic wspólnego z Bogiem, a więc i nie Hryniewicz, to co proponujesz w zamian? Napisz coś więcej o swoich poglądach na relację Bóg – człowiek i to, co i w jaki sposób człowiek może o nich powiedzieć.
Robercie – czy nieco podstępnie chcesz namówić mnie do przedstawienia własnej teologii? Nie dam się w to wciągnąć, wydaje mi się, że żadnych wyjaśnień tu nie trzeba – odrzucam doktrynę, bo skostniała i szukam własnej indywidualnej drogi ku Bogu, kierując się jedną zasadą, którą streszcza hinduskie ahimsa – nie krzywdź.
Niedowiarku,
pewnie dałoby się i pokazać, że masz własną teologię, i spróbować przekonać Cię, że oficjalna teologia nie jest taka skostniała, jak sądzisz, że w istocie jest poszukiwaniem drogi do Boga, często indywidualnej, ale pytanie, czy to Cię interesuje…
Niezwykle ciekawe, nie jestem pewien swoich kompetencji językowych, ale wydaje mi się, że dogmat i indywidualizm jakoś się wykluczają już na poziomie semantyki, ale niech tam. Proszę o jakiś przykład lub wskazówkę, bo nie bardzo wiem w jaki sposób w ramach ustalonej odgórnie doktryny mam odnaleźć własną drogę do Boga.
Niedowiarku,
ponieważ chciałbym ten problem przedstawić solidnie, daj mi, proszę, trochę czasu. Może uda mi się napisać większy post.