Kłopoty z tolerancją 11
Współczesność z jej sztandarowymi hasłami wolności, równości i poszanowania czy wręcz uwielbienia dla różnorodności, kwestionuje prawomocność narzucanych z zewnątrz norm. Twierdzi się, że stanowią one ograniczenie indywidualnej wolności, ponieważ nie pochodzą od danej jednostki, lecz wywodzą się z tradycji lub są wytworem społeczeństwa, w którym jednostka żyje. Pojedynczy człowiek nie ma na nie wpływu, więc owe normy go ewidentnie ograniczają, czemu należy przeciwdziałać, jako że uważa się, iż człowiek powinien mieć prawo do wolnej, autentycznej ekspresji.
Ponadto twierdzi się, że nie da się przekonująco dowieść wyższości jednego systemu norm nad drugim, należy więc uznać, że wszystkie one są jednakowo uprawnione, zaś jednostka może tworzyć swój prywatny zestaw zasad, którymi będzie się kierować. Ważne, żeby były one wybierane w sposób wolny. Jeśli tak jest, to są sobie równe i traktować je należy w sposób równy. Jedyną uzgodnioną i obowiązującą wszystkich zasadą pozostaje wówczas nieredukowalny wymóg tolerancji.
Postaram się wykazać, że wpada się w ten sposób w pułapkę podobną do tej, w którą wpadli sceptycy, twierdząc, że o żadnej rzeczy nie można orzekać nic pozytywnego, bo nieuchronnie popełni się błąd. To twierdzenie sceptyków jest jednak w najwyższym stopniu apodyktyczne: przecież nie pozostawia miejsca dla przeciwnego twierdzenia, że mianowicie da się o jakiejś rzeczy powiedzieć, coś, co jest pewne. A więc głosząc swoje nauki, sceptycy twierdzili, że mają na ten temat wiedzę, tym samym zaprzeczali sami sobie, bo w każdym innym przypadku przekonywali, że nie można mieć tego rodzaju wiedzy.
Jeśli zaś wymaganiem jest to, by być tolerancyjnym wobec wszystkich przejawów autonomicznie podjętych decyzji każdego człowieka, to nieuchronnie wpada się w następującą pułapkę: ponieważ jest to zalecenie kategoryczne, oznacza więc również wymóg tolerancji wobec zachowań nietolerancyjnych, o ile ich podstawą jest autonomiczny wybór. To zaś sprowadza ten postulat do absurdu.
Niedostrzeganie tej konsekwencji sprawia, że, chociaż współcześnie, żeby nie narazić się na groźbę intelektualnego linczu, można w zasadzie twierdzić wszystko pod warunkiem, że nie wystąpi się przeciw postulatowi tolerancji, to przy bliższym przyjrzeniu się, staje się jasne, że właściwie można twierdzić tylko jedno: że jest „wszystko jedno”. A więc tolerancja dotyczy tylko tego jednego poglądu. Toż to szczyt nietolerancji!
Jeśli bowiem nie jest „wszystko jedno”, to trzeba opowiedzieć się po stronie jakichś wartości. To zaś nieuchronnie prowadzi do pochwały jednych zachowań a nagany wobec zachowań im przeciwnych. Tym samym żądana równość traktowania wszystkich przejawów ludzkiej wolności rozpływa się. Jeśli, na przykład, wartością dla mnie jest cisza, to mam za złe sąsiadowi zza ściany, że słucha głośnej muzyki. Ale dla niego wartością jest słuchanie głośnej muzyki. Jemu moja cisza nie przeszkadza, więc to ja jestem nietolerancyjna. Żeby rozstrzygnąć, kto ma rację, muszę dalej powiedzieć, że wartością nadrzędną jest możliwość realizowania własnych dążeń i celów. Moim celem jest kontemplacja w ciszy, gdyby sąsiad miał taki sam cel, moglibyśmy go jednocześnie realizować, lecz gdybym ja miała taki cel jak on: słuchanie głośnej muzyki, słuchalibyśmy jednocześnie dwu utworów i żadne z nas nie osiągnęłoby swojego celu, bo oboje pogrążeni bylibyśmy w kakofonii dźwięków. To jeszcze jednak nie jest żaden dowód, bo stoi za nim ukryte założenie, że korzyść dwóch osób jest czymś bardziej wartościowym niż korzyść jednej osoby. Mój sąsiad mógłby takiego założenia nie chcieć przyjąć, a ja w imię tolerancji powinnam mu na to pozwolić.
Stąd wynika nieuchronnie, że jakieś normy współżycia muszą być przyjęte za obowiązujące, aby ludzie mogli żyć obok siebie. Zwróćmy uwagę, że wypowiadając takie zdanie również przyjmujemy pewne niejawne założenie: że życie jest wartością, bo jeśli nie, to cóż za znaczenie miałoby to, że nie można byłoby żyć obok siebie.
Oczywiście pokazując absurdalne konsekwencje bezwzględnej tolerancji nie chcę zdyskredytować tolerancji w ogóle. Nie sposób odmówić naszym czasom tego, że w skali dotąd niespotykanej umożliwia życie w komforcie psychicznym i prawnym wielu mniejszościom i jednostkom, które dawniej byłyby prześladowane lub dyskryminowane. Jest to dla mnie wielką wartością, ponieważ bliską mi wartością jest szacunek dla innego człowieka. Chcę tylko pokazać, że nie da się zrealizować tolerancji w oderwaniu od jakiegoś systemu wartości i dlatego nigdy nie będzie to tolerancja totalna. I że zamiast pomstować, że komuś brak tolerancji, należy raczej przyglądać się, jakie są wyznawane przez niego wartości, które totalną tolerancję – czytaj indyferentyzm – ograniczają.


Powiem szczerze, że już mam trochę dość tematu tolerancji, bo większość daje się załatwić zdrowym rozsądkiem i kierowaniem się miłością w życiu.
W powyższym poście wiele niekonsekwencji i krętego tłumaczenia. Z prostego powodu. Jest za krótki. Tekst to omawiający powinien mieć zapewne rozmiar książki.
Jasne, że powinien być jakiś w miarę stały system wartości. Z resztą każdy normalny człowiek go ma. A piszesz tak, jakby tak wcale nie było. Przejdź się na ulicę i zapytaj się przechodniów, czy mogliby teraz bez powodu zastrzelić osobę przechodzącą obok. Powiedzieli by pewnie “Pani zdrowa?” I mieliby rację.
Temat jest wiecznie żywy bo Kościół krytykuje pewne postawy (jak np. homoseksualizm) a inne pielęgnuje (obrona życia od poczęcia). A za tę krytykę Kościół obrywa, że jest nietolerancyjny. Ludzie krytykujący wykazują się głupotą, bo to nie ma związku z tolerancją, natomiast krytykujący krytykujących (czyli ludzie silnie utożsamiający się ze światopoglądem katolickim) zapominają jednak, że inni też mają prawo do własnego zdania i nie ma w tym nic złego.
W Tygodniku niedawno pojawił się tekst o tolerancji, że ma złe konotacje – toleruję Cię, ale nie lubię. A to wszystko powinno opierać się na miłości.
Mogę nie zgadzać się z niektórymi poglądami Kościoła Katolickiego, ale je toleruję, czyli je szanuję i nie mam nic przeciwko ludziom te wartości wyznającym. Nie utożsamiam się z homoseksualistami, ale ich toleruję, czyli ich szanuję i wierzę, że każdy ma prawo do szczęścia. A w szczególności staram się nie osądzać, co też, wydaje mi się, jest elementem tolerancji.
Tolerancja jest piękna, ale ludzie ją popsuli. Kwintesencją jest stwierdzenie: nie lubię Żydów, ale ich toleruję, przecież żadnego na ulicy nie zlałem. O rany…
À propos, wysiadasz w Krakowie z tramwaju na przystanku Sanktuarium Bożego Miłosierdzia i pierwsze, co widzisz, to wielki napis nad wejściem do przejścia podziemnego:
Nie chcę generalizować na temat antysemityzmu, ale powyższe to skandal. Zresztą nie widziałem w Warszawie takich tekstów na murach jak w Krakowie…
Wracając do tolerancji, jest takie zdanie prof. Kołakowskiego, bardzo je lubię, że wartości doprowadzone do skrajnej postaci zamieniają się w swoje przeciwieństwo. Niby banał, ale warto mieć na uwadze.
Z tolerancją jest podobnie. Twierdzenie, że absolutna tolerancja grozi nietolerancją nie jest świeże. Ale nie widać też niczyich dążeń do takiego stanu rzeczy. Myślę, że nie grozi nam panowanie zasady “wszystko jedno”.
Uważam też, że nie jest tak, iż “współcześnie, żeby nie narazić się na groźbę intelektualnego linczu, można w zasadzie twierdzić wszystko pod warunkiem, że nie wystąpi się przeciw postulatowi tolerancji”. W Polsce, której społeczeństwo jest dość konserwatywne, również normy politycznej poprawności i ogólnie dyskursu także są konserwatywne. Jest wiele środowisk kwestionujących zasady political correctness wykształconych przez liberalną demokrację; ktoś ciekawie zauważył, że ci, którzy obawiają się zasady “wszystko jedno” powołują się na przykłady z Zachodu – a Polskę raczej trudno do nich przyłożyć.
Podobnie jak Andrzej, myślę, że ważny jest wzajemny szacunek. A granice tolerancji – by nie było “wszystko jedno” – wyznacza precyzyjnie nasza konstytucja:
Tolerancja – tak, owszem wobec różności, rozmaitości, odmienności, odrębności dobra, ale nigdy, przenigdy wobec jednoznacznego,oczywistego, a nawet sprytnie ukrytego, zakamuflowanego zła !
Co to za retoryka, wykrzykiwanie o zakamuflowanym złu? Mamy prawo, normy etyczne i zwyczaje regulujące nasze społeczne stosunki. W tym wszystkim straszenie złem nie tylko nic dobrego nie przynosi, ale samo w sobie jest niebezpieczne. Jak ktoś mi mówi, żebym uważał na ukryte zło, to pukam się w głowę. Nie bądźmy naiwni, jasne, na świecie są i ciemne zaułki. Ale nie popadajmy w obsesje.
Ojciec Dariusz 18-tego stycznia pod postem “Palikot iRydzyk …” pisał o tym, żeby uważać z oceną zdolności do okazywania tolerancji, bo może być tak, że jesteśmy znacznie bardziej tolerancyjni, jeśli czyjeś poglądy w zasadzie mieszczą się wewnątrz naszego własnego światopoglądu, a nie zauważamy nawet, że zupełnie inną miarę stosujemy wobec poglądów nam dalekich. To mądre.
Wyczulił mnie na to i zauważyłam, że powyższe dwa komentarze są tego ilustracją: Jeśli Zibik ma jakieś poglądy, które są mi obce, to czy mam prawo mu swobodnie powiedzieć, “co to za retoryka, wykrzykiwanie o zakamuflowanym złu” i że jak ktoś mi coś takiego jak on mówi, to “pukam się w głowę”? To chyba nie sprzyja dyskusji. A przecież,w swoim komentarzu (abstrahując od innych jego wypowiedzi), Zibik nie powiedział nic dziwnego. Gdyby nie napisał tego właśnie on i gdy nie mieć fantazji na temat tego, co przez to rozumie, do czego to prowadzi i jakim typem w ogóle jest, trzeba by się z tym, co napisał zgodzić. Nie zdziwiłabym się, gdyby uznał, że jest bez powodu traktowany nieproporcjonalnie ostro, do tego, co powiedział. Raczej lepiej by było zapytać, o jakie zakamuflowane zło mu chodzi, niż z kolei na niego pokrzykiwać, w imię tolerancji oczywiście. Przy założeniu, że chcemy rozmawiać.
Nie zgadzam się z demagogią i pokrętnym tłumaczeniem na temat podskórnego zła; uważam, że nie warto o tym rozmawiać, dlatego o nic nie pytam (zresztą, skoro rzeczone zło miałoby być ukryte, trudno oczekiwać jasnego wytłumaczenia jego natury). Brak sprzeciwu oznaczałby poniekąd zgodę z powyższym poglądem, więc napisałem, co myślę, bez pokrzykiwania.
Rozumiem, że nie chcesz rozmawiać. OK. Ale, czy naprawdę nie widzisz, że Twoja reakcja była ostra? Jeśli nie chcesz rozmawiać, to nie ma większego znaczenia, ale gdybyś chciał, to zniechęcałbyś do rozmowy.
Czy niektórzy rzeczywiście mają “kłopoty z tolerancją”?..
Pani Małosiu dzięki za próbę mediacji i kobiecą delikatność.
@Kuba – ja też nie zgadzam się z osobami, które głoszą demagogię lub redukują myślenie, pokrętnie coś tłumaczą, ale według mnie n.t.zła trzeba i warto nie tylko rozmawiać, ale spierać się, bo zbyt często zachowujemy się tak, jakby ono nie istniało lub nie stanowiło zagrożenia. Przepraszam uprzednio napisałem n.t. zła bezosobowo i przez to może stałem się mało czytelny, dlatego ujmę to inaczej, osoby najbardziej groźne, szkodliwe i niebezpieczne to ukryci lub zamaskowani złoczyńcy.
“Szatańska zdolność perswazji” – była i nadal jest zbyt powszechnie tolerowana i lekceważona !
Ku przestrodze nam wszystkim !!! – “natury niskie, podłe i nikczemne, gotowe czynić zło czują się wybornie, wśród osób uczciwych i szlachetnych, nazbyt taktownych, milczących, bądź spolegliwych, ponadto owe natury łudzą się, że nie mają już nikogo, kto by je mógł zdemaskować, osądzić i napiętnować tak, jak na to zasługują” E.Delacroix
Pani Małgosiu – przepraszam za chochlik drukarski !
Przepraszam, jeżeli moja wypowiedź była za ostra. Sam bardzo sobie cenię kulturę na blogu i nie podoba mi się, gdy pisze się o wypowiedziach innych np. że są głupie. Dlatego przepraszam.
Jeśli jednak dalej rozmawiamy, to fragment
pozostaje niejasny.
@Kuba
Jesteś wielki! Chapeau bas.:))