Piąta władza 2
Joanna Senyszyn: „UPR, LPR i PR dzieli wszystko prócz dwóch liter. W koalicji dadzą cztery”. Ryszard Czarnecki: „Kończę dzień bardzo pokojowo usposobiony. Na przekór wojennemu otoczeniu…”. Blogi prowadzi wielu polityków, oprócz cytowanych, np. Piotr Gadzinowski, Janusz Korwin-Mikke, nawet były prezydent Lech Wałęsa.
Opowiadają nieistotne historie z życia codziennego, wchodzą w rolę ciętych publicystów, publikują prowokacyjne treści – politycy coraz chętniej piszą w internecie. Jaki wpływ na życie publiczne mają ich blogi oraz blogi internetowych komentatorów sceny politycznej? O wampirach, nawiedzonych oszołomach i poszukiwaczach prawdy, czyli o politycznym wymiarze blogosfery.
Tekst równolegle ukazał się w papierowym „Przeglądzie Powszechnym” (“PP” 1/2008).
Na topie są blogi Czarneckiego i Kazimierza Marcinkiewicza. Informacje z nich trafiały do serwisów informacyjnych jako newsy. Marcinkiewicz, polityk bardzo popularny, ale jednocześnie, dosłownie i w przenośni, oddalony od frontu walk partyjnych, ulokowany od marca 2007 r. w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie, co jakiś czas za pośrednictwem swojego często odwiedzanego bloga wypuszcza do sieci komentarze, które odbijają się szerokim echem w publicznej dyskusji w kraju.
26 stycznia ub. r. napisał: „Wreszcie udało mnie się spotkać Jana – mego przyjaciela z zaprzyjaźnionej partii. Gadaliśmy ze cztery godziny. To aż niewiarygodne, ale zgadzaliśmy się w 99 proc. i co do opisu obecnej sytuacji politycznej, jej najbliższego rozwoju, a nawet działań jakie trzeba podjąć w przyszłości”. Potem długo krążyły domysły i spekulacje o tym, którzy politycy PiS dołączą do „przyjaciół z zaprzyjaźnionej partii”. Zrobił to choćby były minister obrony w rządzie PiS, a potem spraw zagranicznych w rządzie PO, Radek Sikorski.
Były premier 28 sierpnia napisał na swoim blogu zaledwie słownikową definicję degrengolady, ale pod wpisem uzbierał ponad 300 komentarzy internautów. Wcześniej publikowane teksty (według języka używanego w sieci – „posty”) mają ich po 300-400, a nawet grubo ponad 500. Blogi już dawno przestały się kojarzyć z wyznaniami zagubionych gimnazjalistów. Weszły w świat polityki i dziennikarstwa, jako rodzaj medium pośredniczącego w debatach publicznych.
Lewy sierpowy, prawy prosty
W Polsce wykształciła się też pewna grupa najpopularniejszych blogów politycznych niepolityków i niedziennikarzy: „kataryna”, „Prawy Prosty” czy „Free Your Mind”. Bloger „intel-e-gent” (wcześniej tu) wystartował w wyborach z warszawskiej listy LiD.
Polityczni blogerzy komentowali np. telewizyjne debaty Jarosława Kaczyńskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego i Donalda Tuska. „Free Your Mind”: „Cholera, to miała być debata jakaś? Nic dziwnego, że premier dosłownie grał na nosie Kwachowi. Ale pal diabli całą debatę, skoro TAK NAPRAWDĘ nikt jej nie umiał przygotować. Dziennikarze na poziomie uczniów szkoły średniej, zero jakichś fundamentalnych kwestii, klasyczne zapełnianie czasu antenowego. Albo ci dziennikarze nie wiedzieli, że z politykami się ostro rozmawia, albo nie wiedzieli, jakie pytania przygotować, bo są po prostu tacy słabi merytorycznie. To ostatnie obstawiam”.
Blogerzy – osoby o mocno sprecyzowanych poglądach politycznych – komentują albo weryfikują wszystko, co wychodzi od mediów, by w razie potrzeby rozpętać burzę (przeważnie jednak problemy wyolbrzymiając). Jedną z konsekwencji okazało się upowszechnienie negatywnego stereotypu blogów. Krzysztof Urbanowicz, autor bloga „Media Café Polska” i prezes Mediapolis, uważa, że obecnie za takie wrzaskliwe blogi można uznać te – jak same siebie nazywają – prawicowe, niekoniecznie związane z partiami politycznymi: – Podnoszą one krzyk i robią afery. A niewiarygodny wręcz blog prowadzi Wojciech Wierzejski z LPR. Widać, że traktuje go jak zsyp. Tymczasem blog nie służy do obrażania ludzi, ale do komunikowania.
Wierzejski pisał o rzekomej nagonce na LPR: „Biegną nawiedzone oszołomy, aby nie przymierzając – jak za rewolucji, wyrazić czym prędzej ideowe oburzenie i potępienie” (dot. krytycznych komentarzy na temat antywojennego spotu LPR uznanego przez osoby z różnych środowisk za antyżydowski).
Ale przeglądając blogosferę lewicową, nie zwiedzamy krainy łagodności. Gadzinowski tłumaczył np., że prezydent Lech Kaczyński „żywi się krwią”: „Nie jako człowiek, choć prywatnie uwielbia »pomidorówkę«, czyli zupę czerwoną. Jako byt polityczny wyrósł na krwi. Polskiej, choć nie tylko. Nieświeżej, bo przelanej w przeszłości. Swą karierę polityczną, fotel prezydencki, Lech Aleksander Kaczyński osiągnął dzięki krwi. Przelanej przez powstańców warszawskich. Stację takiego krwiodawstwa zbudował w czasie prezydentowania miastu stołecznemu Warszawie”. Chodzi oczywiście o Muzeum Powstania Warszawskiego.
Według Urbanowicza, blogów pisanych przez polityków jest jak na lekarstwo, a częściej autorami zostają dziennikarze oraz ci, którym pisanie w internecie przyniosło sławę: – Blogi polityków piszą zarówno oni sami, jak pracownicy ich biur. Najbardziej czytane są oczywiście te prowadzone przez polityków. Odróżnia się je po stylu. Sztywne posty pisane przez PR-owców jak komunikaty do prasy są przez ludzi odbierane negatywnie. Użytkownicy oceniają blogi po tym, czy autorzy z nimi rozmawiają. Piszący politycy czasem sami rzucają sobie kłody pod nogi angażując w komentowanie postów własnych pracowników. Sztaby podchodzą do tego falami, przy okazji niektórych wydarzeń. Dlatego użytkownicy bloga wychwytują ich działalność i mogą się do takiego serwisu internetowego zrazić.
Z kolei Korwin-Mikke 16 października pisał: „Zaobserwowałem ciekawe zjawisko: blog czyta coraz więcej osób (ostatnia średnia to 60 tys. dziennie) – a coraz mniej jest sensownych komentarzy. Co oznacza, że ludzie poważni zniechęcili się do komentowania. Po wyborach trzeba będzie coś z tym zrobić – czyli przywrócić elitarny poziom komentarzy!”
Kamyk i lawina
Czy blogosfera wpływa na polskie życie polityczne? Nie wyklucza tego Michał Piotr Pręgowski, który w Instytucie Dziennikarstwa UW prowadzi zajęcia o znaczeniu blogów w pracy dziennikarza: – W ubiegłorocznej kampanii wyborczej spodziewałem się raczej aktywności blogerów-obserwatorów niż blogujących polityków; że przy sprzyjających okolicznościach ktoś z tzw. zwykłych blogerów zacznie bardzo celnie obnażać kłamstwa. To mogło trafić do mediów i wpłynąć na opinię publiczną. Jednak okazało się, że blogi nie odegrały większej roli. – Użytkownicy internetu mobilizowali się raczej, wysyłając sobie dowcipy na temat ówczesnej władzy.
Urbanowicz twierdzi, że blogosfera oddziałuje głównie na ośrodki opiniotwórcze, natomiast zwykli internauci nie szukają blogów politycznych. Alan, finalista konkursu serwisu „Wiadomości24” Bloger 2006 w kategorii Życie, autor bloga „2UP”, także uważa pisanie o polityce za błąd. Ale z innego powodu – swój post „Źle się w państwie polskim dzieje” zaczął od słów: „Rzucając małym kamykiem można wywołać niepotrzebną lawinę. Na iluż znajomych patrzę inaczej odkąd się dowiedziałem, że dwa lata temu głosowali na Kaczyńskiego i jego świtę. Zupełnie inaczej”.
Przed wyborami nabrał jednak ochoty, aby wypowiedzieć się w sprawach publicznych. W ostrym tonie, jak na blogowe teksty przystało, pisał: Ludzie i partie prawie że te same (drobnych zmian osobowych, jak i przeróbek nazewnictwa na lewicy nie liczę), nie mniej jednak Polska i Polacy o dwa lata rządzenia prawicy mądrzejsi”.
Posty na „2UP” mają zwykle po kilkanaście komentarzy. Ten, polityczny, zebrał ich ponad 70, również rozbudowanych, wypowiedzi. „Ruszasz temat o którym za mało wiesz, chyba tylko dlatego że gnojenie PiS od zawsze było trendi”, pisał użytkownik podpisujący się „niedobrze”. „ac”: „Nie czekam na utopię, czekam na partię (…), której program będzie zgodny z moim oczekiwaniami i będzie poparty planem wdrożenia, realizacji tych postanowień – ja strasznie dużych wymagań nie mam, jednak na dzień dzisiejszy żadna z partii nie jest w stanie nawet w 50 proc. mnie do siebie przekonać. (…) Nie ukrywam, w każdej partii są ludzie rozsądni, jednak w każdej, w moim odczuciu, są w mniejszości i to niestety w zdecydowanej mniejszości”.
Niespodziewanie dla inicjatora dyskusji, zmieniła się ona w roztrząsanie dylematu – iść na wybory czy nie. Alan o niegłosujących: „próba przekonania mnie zaciekle, że Wasze lenistwo i brak własnego zdania zasługuje na szacunek i wyrozumiałość, mnie osobiście rozczula. (…) Każdy dzięki wyborom wybiera sobie kraj w jakim chce żyć. Wy tego wyboru nie dokonujecie, co za tym idzie sami pozbawiacie się wyboru decyzji co do przyszłości państwa w którym będą się chowały Wasze dzieci i wnuki”.
Wpływ na formowanie opinii w obrębie politycznej blogosfery nie ogranicza się tylko do śledzenia nowych wpisów, komentowania. Świadczy o tym choćby szybkość rozpowszechnienia reklamówki wyborczej PiS przerobionej przez Monikę Olejnik. To ją, a nie PiS-owski oryginał, przesyłali sobie internauci i blogerzy; zadziałał tzw. marketing wirusowy – przekazywanie ciekawostek z komputera na komputer.
Monolog czy dialog
Post Marcinkiewicza o spotkaniu z Rokitą wskazuje pewien trop: polityk, który znajduje się poza głównym nurtem albo chce jakąś informację szybko rozpowszechnić w mediach, używa bloga jako narzędzia prowokacji, czyli do sztucznego wywoływania społecznych zdarzeń, reakcji, zmiany opinii czy decyzji politycznej, nadrabiania strat, osiągania celów, które dotychczas znajdowały się poza zasięgiem czy podstępnego zdobywania przewagi nad przeciwnikiem.
Jak twierdzi prof. Mirosław Karwat, który na UW zajmuje się m.in. zagadnieniem prowokacji w polityce, może ona przybrać kształt rekonesansu – rozpoznawania politycznego układu sił, podpuszczania rywala lub przeciwnika do ujawnienia ukrywanych zamiarów, przedwczesnego zdradzenia się i spalenia własnych planów. Można w ten sposób badać czyjąś odporność, stanowczość i gotowość do przeciwdziałania, sondować granice wytrzymałości, opanowania oraz zachowania i zamiary otoczenia (np. lojalność sprzymierzeńców).
Klasycznym i dosłownym przykładem prowokacji rozpoznawczej, jakie przytacza prof. Karwat, są wojenne działania zwiadowcze, w tym tzw. rozpoznanie bojem. W blogosferze – gdy Marcinkiewicz „zdradza”, że spotkał się z Rokitą, rozmawiali cztery godziny i zgadzają się w 99 proc.
Czy właśnie ten sposób korzystania z blogów utrzyma się w przyszłości – pisania dla wzbudzenia sensacji i prowokowania otoczenia (miejmy na uwadze, że polityk musi być do pewnego stopnia wiarygodny; blogerzy są na tę wiarygodność, lub jej brak, wyczuleni, o czym świadczą choćby opisane poniżej sprawy Dana Rathera czy Elizy Michalik)? Czy raczej nastąpi profesjonalizacja w internecie, podążanie śladem Amerykanów, w tym „kupowanie” przez polityków zawodowych blogerów, którzy wesprą ich kampanie, a zaszkodzą oponentom?
W Stanach Zjednoczonych, modelowym rynku blogerskim, zwłaszcza podczas kampanii wyborczych, politycy zatrudniają blogerów albo do relacjonowania ich przebiegu, informowania o kandydacie i bronienia go przed blogerami przeciwników (wtedy pracownik nie odstępuje pracodawcy na krok), albo do komentowania politycznych wydarzeń na korzyść swoich szefów-kandydatów (wówczas pracują w domach). Na konwencji wyborczej tworzy się nawet specjalną aleję blogerów, rodzaj loży prasowej przedstawicieli nowych mediów.
Pręgowski woli nie ryzykować jednoznacznych twierdzeń: – To przykład działania, które można próbować podjąć, ale trzeba liczyć się z surowymi konsekwencjami. Koniec końców, jeżeli chce się „kupić człowieka”, trzeba mieć pewność, że on się kupić da; jeśli się nie da, będzie ogromna afera.
Urbanowicz uważa natomiast, że profesjonalizacja nastąpi, mimo że nie było jej widać w kampanii wyborczej: – Politycy nie mieli czasu przygotować się do nowych środków komunikacji.
Wydaje się, że nie nauczyli się oni korzystać z tego nowego (taniego zresztą) narzędzia. Prowadzą blogi raczej z myślą o autoprezentacji, a nie jako rodzaj dyżuru poselskiego połączonego z poszukiwaniem dialogu z wyborcami, zwłaszcza z tymi niezdecydowanymi. Dla nich blog to jedynie rozciągliwa ulotka.
Tymczasem w USA blog służy politykowi do komunikowania się z wyborcami, do interakcji. To kolejny element kampanii uściskiwania rąk – można traktować ten gest instrumentalnie, ale osoba ściskana musi czuć, że jest szczery. Polscy politycy tej z pozoru banalnej korzyści jeszcze nie dostrzegają.
Jak blogerzy utrącają kariery
Afera Rathergate
Wymierny wpływ blogów na życie polityczne ujawniła tzw. afera Rathergate – skandal w najgorętszym okresie kampanii prezydenckiej w USA we wrześniu 2004 r.
Polityczni blogerzy zwichnęli karierę Dana Rathera, legendarnego dziennikarza telewizji CBS. Wykazali oni, że program „60 minut”, który oskarżał prezydenta George’a W. Busha o unikanie służby wojskowej w latach 60., jest oparty o sfałszowane dokumenty. Raban podniesiony przez blogi przeszedł do mediów tradycyjnych. Rather, autor programu, i jego stacja podtrzymywali wiarę w prawdziwość dokumentów (choć od początku mogły budzić niepewność – nie powstały na maszynie do pisania z lat 70., ale w komputerowym edytorze tekstów). CBS przeprosiło telewidzów i prezydenta. Rather zaś ogłosił, że kończy karierę i odchodzi na emeryturę.
Dziś, jak pisze na swoim blogu „Media Café Polska” za „Le Figaro” Krzysztof Urbanowicz, Dan Rather „domaga się od swojego byłego pracodawcy 70 milionów dolarów odszkodowania za nadszarpnięcie reputacji i straty finansowe”. Sądowi nowojorskiemu tłumaczy, że padł ofiarą CBS, która zwolniła go, żeby przypodobać się prezydentowi Bushowi.
Plagiaty Elizy Michalik
W Polsce blogerzy skompromitowali publicystkę Elizę Michalik. Piszącą bloga na Niezależnym forum publicystów Salon24.pl dziennikarkę oskarżano o plagiaty. Autorka usuwała niekorzystne komentarze pod swoimi postami, co opisał inny bloger, Gniewomir Świechowski. W końcu powstał „Eliza Watch” – blog, na którym publikowano plagiatorskie wypowiedzi Michalik i konfrontowano je z prawdopodobnymi źródłami. Na początku bieżącego roku Igor Janke, szef Salonu24.pl, zakończył z nią współpracę.
Na „Eliza Watch” znalazł się np. fragment z książki amerykańskiego ekonomisty Miltona Friedmana „Wolny wybór”: „Dzieci z ubogich rodzin zwykle zaczynają pracować, a więc i płacić podatki, w stosunkowo wczesnym wieku, dzieci z rodzin o wyższych dochodach w znacznie późniejszym. A patrząc z drugiego końca, osoby o niższych dochodach żyją przeciętnie krócej od ludzi z wyższymi dochodami. W rezultacie jest tak, że biedni płacą podatki dłużej od bogatych, a krócej od nich otrzymują świadczenia”.
Pod nim fragment artykułu Michalik „Emerytury pod znakiem zapytania” z „Gościa Niedzielnego”: „Dzieci ubogich rodzin zwykle zaczynają pracować, a więc i płacić podatki w postaci składki, w stosunkowo młodym wieku, a dzieci z rodzin o wyższych dochodach – znacznie później. Osoby o niższych dochodach żyją przeciętnie znacznie krócej od ludzi z wyższymi dochodami. W rezultacie biedni płacą podatki dłużej niż bogaci, a krócej od nich otrzymują świadczenia”.
Po pożegnaniu się z Michalik, użytkownicy serwisu Salon24.pl dziękowali Jankemu. „Dydek”: „Po tym wszystkim co się wydarzyło w Salonie24, była to jedyna akceptowalna dla wszystkich (dla p. Michalik też) decyzja. Sprawa nabrała już zresztą takiego rozgłosu, że zainteresowani sami chyba widzą, że przeciąganie podobnego rozwiązania tylko im zaszkodziło”. „MacSieniel”: „Pani Elizie życzę powodzenia, może za 10-15 lat ktoś zapomni o tym, jaki miała »warsztat twórczy«”.
Warto przeczytać:
A kiedy Pan znajduje czas na życie w prawdziwym świecie?
Krótki tekst o narzędziach i źródłach informacji na Media Cafe Polska dla „Życia Warszawy”


W treści pojawiają się informacje o spotach:
Moniki Olejnik i Ligi Polskich Rodzin. Dla przypomnienia:
Antywojenny spot LPR:
Spot PiS przerobiony przez Monikę Olejnik:
[...] Być może podobne badania przyczynią się do rozbicia stereotypu bloga jako pamiętnika nastolatki. O profesjonalizacji blogów, konkretnie politycznych, pisaliśmy już w PP: Piąta władza. [...]