Rok od rezygnacji abp. Wielgusa. Odłożone rozmowy 4
W uroczystość Objawinia Pańskiego, czyli Trzech Kóli, kardynał Józef Glemp, który jako arcybiskup senior warszawski przeniósł się do Wilanowa, odprawił poranną mszę, mówił o Mędrcach ze Wschodu, spotkaniu chrześcijaństwa ze światem pogan, uniwersalizmie wiary dotąd łączącej się z narodem wybranym.
Minął rok od wstrząsu związanego z rezygnacją abp. Stanisława Wielgusa z funkcji metropolity warszawskiego. Niedoszły ingres 7 stycznia 2007 r. zmienił się w mszę dziękczynną za 25-letnią posługę kard. Glempa w stolicy. Powiedział on wówczas:
Cóż to za sąd na podstawie świstków, dokumentów trzeci raz odbijanych? Jeżeli przeciw osobie ma się konkretne zarzuty, to trzeba je sformułować i ona musi się do nich ustosunkować. Nadto muszą wystąpić obrońcy, muszą być świadkowie, dokumenty muszą przejść ocenę prawidłowości, zgodności. Wszystkiego tego w osądzie Biskupa Wielgusa zabrakło. To nie był sąd!
Z notki w Wikipedii:
Uroczysty ingres do archikatedry św. Jana, zaplanowany na dzień 7 stycznia 2007, nie odbył się z powodu rezygnacji z funkcji metropolity warszawskiego zgodnie z przepisami kan. 401 § 2 Kodeksu Prawa Kanonicznego, po oskarżeniach o jego uwikłanie w kontakty z SB w latach 1973-1978.
Czy tylko tyle zostanie zapamiętane z burzy, która rozpętała się rok temu? Czy można ją podsumować prostym „Abp. Wielgus nie został metropolitą, bo był agentem SB?” To za mało. Właściwie, nie odbyła się rozmowa o tym, czy uwikłanie we współpracę z SB, trudne do oceny z perspektywy lat, dyskwalifikuje – w jakim stopniu? – księdza (polecam np. lekturę przedmowy do książki Stanisława Krajewskiego „Tajemnica Izraela a tajemnica Kościoła”, Warszawa 2007, poświęconą osobie ks. Michała Czajkowskiego). Dyskwalifikuje go powtarzane publicznie kłamstwo, a tego dopuścił się abp. Wielgus, zaprzeczając współpracy i nadwerężając zaufanie wiernych.
Dlaczego to zrobił? Czy podobna sytuacja powtórzyłaby się i dziś? A może wypłynęła jakaś nauka z wydarzeń minionego roku? Nie jestem optymistą. Uwidocznił się bowiem problem komunikacji duchownych (którzy należą do hierarchicznego porządku instytucji Kościoła) z wiernymi (tworzącymi więzi oparte na demokratyzujących się relacjach). Ksiądz powie coś ex cathedra, ale słuchacz niekoniecznie to przyjmuje. I na razie nic z tego nie wynika – mimo, że taki stan rzeczy nie sprzyja dialogowi. Dlatego zamiast rozmowy, w pierwszych dniach stycznia ub. r., innemu duchownemu wystarczyło, gdy powiedział z ambony: „Abp Wielgus będzie metropolitą warszawskim, Bóg wie, kogo wybierać”, chociaż następnego dnia odwołano ingres. To Bóg źle wybiera? Czy Kościół źle rozmawia?
„Na zaufanie trzeba zapracować” – podsumował swoją ponadroczną przygodę z prowadzeniem katechezy mój przyjaciel. Ale to był świecki.





Bardzo dobrze, że przypominasz o tym wydarzeniu sprzed roku. Dzięki! Trochę to wszystko podobne do kwestii RM.Uważam, że dla Kościoła nie ma nic gorszego niż udawanie hierarchii, że nie ma problemu tam, gdzie wierni widzą problem. Po co nam różne dialogi ekumeniczne i międzyreligijne, jeśli nie ma dialogu wewnątrz-religijnego i wewnątrz-kościelnego? Może tylko dla zamydlenia oczu?
Zaniedbywanie rzeczy ważnych i koniecznych jest zdecydowanie większym przewinieniem, niż ograniczona zdolność rozumienia spraw zagadkowych, zawiłych i tajemniczych.
Czy można prościej?
Kto wyciągnął wnioski z tamtych wydarzeń i na jak długo – to ciągle czeka na swą ocenę. I poczeka jeszcze. Tamto wydarzenie było jednym z wielu wstrząsów, jakie zgotowali sobie ludzie. Z każdej takiej historii człowiek wychodzi z nowymi doświadczeniami. Można nic z nimi nie czynić i pozostawić tylko pamięci. Można też starać się, by doświadczenie było rzeczywiście nauką. W jaki sposób? Zależy od zawodu, pakietu możliwości, które mamy.
Wydaje mi się, że jednak Kościół “czegoś” się nauczył. Kościół – tutaj – jako świeccy i duchowni. Były wnioski, dyskusje, podjęto pewne działania (mniej lub bardziej udane). Nie można jednak powiedzieć, że “nic się nie zmieniło”.