Słucham księży… 36
Po “zagrypionej” nocy zwlokłem się z łóżka. Prysznic: odkręcam kurek, wylewam trochę szamponu na głowę i… w tym momencie brak ciepłej wody. Czekam ileś tam minut w nadziei, że zacznie lecieć. Jest! Dzięki Bogu i rzymskim wodociągom! Odmawiam jutrznię korzystając z www.katolik.pl (duża wdzięczność dla autorów brewiarzowej strony). Po kawie i herbacie zaglądam na wp i Onet.
No tak! Media wywiązują się solidnie ze swej misji i konsekwentnie informują o najważniejszych wydarzeniach z życia Kościoła. Są dwie kościelne ważkie informacje: Księża kradną sobie kazania oraz Wyłudzili od państwa pół miliona zł dzięki… Kościołowi. Zaczynam od tej ostatniej. Okazuje się, że tym razem to nie o. Dyrektor wyłudził, ale jacyś panowie niby-duchowni z bliżej nieznanego Kościoła Głosicieli Dobrej Nowiny. Druga informacja – choć temat odgrzewany – okazuje się bardziej ciekawa. Gazeta wykryła aferę wielką – otóż bywa, że ksiądz zajrzy na jakieś pobożne strony (albo do pobożnej książki) i ściągnie sobie stamtąd tekst, który potem przeczyta w ramach kazania.
Pamiętam, jak kiedys koncelebrowałem Mszę z pewnym kapłanem. Podczas głoszonego przez niego kazania zorientowałem się, że leci ciurkiem z mojego artykułu. Bardzo byłem z tego zadowolony. Wszak nie po to człowiek pisze, aby nikt z tego nie skorzystał. Oświadczam zatem, że gdyby ktoś uznał za stosowne wykorzystać w swoim kazaniu jakiś fragment tekstu (albo cały tekst) mojego autorstwa, to niech to czyni z moim błogosławieństwem. Choć oczywiście nie można z tego rodzaju praktykami przesadzać, gdyż księdzu, który nie stara się mówić “od siebie”, grozi szybkie wyjałowienie. Ale rozumiem, że niektórzy kapłani – bardziej zapracowani niż ja – po katechezie w szkole i dniu spędzonym na kolędzie, mogą niekiedy nie zdążyć z przygotowaniem własnego kazania.
Pokrzepiony medialnymi doniesieniami z życia Kościoła wychodzę z Kolegium Bellarmino, aby zdążyć na 9.00 na kolejną sesję jezuickiej Kongregacji. W gronie ponad 200 jezuitów z całego świata staramy się finalizować nasze wielodniowe rozważania o sprawach Kościoła i zakonu. Może brak nam ostrości widzenia istoty sprawy, jaka charakteryzuje polskie media w temacie Kościoła, ale staramy się…
Wieczorem odwiedza mnie w Kolegium Bellarmino znajoma. Przynosi “Theraflu” na przyziębienie i kupiony w niedzielę pod tzw. kościołem polskim w Rzymie tygodnik “Newsweeek”. Zaraz na początku W. Maziarski poraża tytułem: “Politycy i biskupi we mgle”. W tekście czytam m.in., że jeśli obecnie rządzących można za cokolwiek krytykować, to za “ustępowanie pod naciskiem wpływowywch grup zawodowych i instytucji takich jak Kościół”. Rozumiem, że rządzący powinni ulegać jedynie głębi wywodów Maziarskiego. Wtedy byłoby lepiej. Nie wiem, czy wszystkim, ale Maziarskiemu na pewno.
Na okładce “Newsweeka” czytam: “McWiara. Kościół traci rząd dusz. Polacy jeszcze chodzą na msze, ale już nie słuchają księży”. Jasne! Wiadomo przecież, że od pewnego czasy Polacy – dzięki mediom – słuchają eks-księży: Bartosia, któremu w Kościele brak m.in. niezależnych od biskupa sądów, aby ksiądz mógł skutecznie sądzić się z biskupem, oraz Węcławskiego, który formalnie wystąpił z Kościoła katolickiego, jako że stracił wiarę, iż Jezus Chrystus był nie tylko człowiekiem, ale i Bogiem. Nawiasem mówiąc niektórzy sądzą (np. TP), że utrata wiary przez Węcławskiego powinna stać się zaczątkiem narodowej dyskusji o tym, kim rzeczywiście był Jezus. Osobiście wolałbym, aby punktem wyjścia do takiej dyskusji była ostatnia książka Benedykta XVI.
Właściwie to ja dobrze rozumiem te problemy ze słuchaniem księży. Wszak od prawie dwóch miesięcy, dzień w dzień, słucham dyskutujących księży. To nic, że są to moi zakonni współbracia, mądrzy jezuici ze wszystkich kontynentów. Czasem po prostu ciężko się zorientować, którego jezuity należy posłuchać, a którego nie. A zdania mają różne… W każdym razie pragnę zapewnić, że w tym gronie kazań sobie nie kradniemy.






