MYŚLICIEL I MARZYCIEL 0
Trwało niebiesko – różowe świtanie. I drzewa były różowe i niebo. Na tle nieba widać było przeźroczysty balon. Początkowo był ogromny, a przylegające do niego usta należały do kogoś znajomego, wszakże nie sposób było poznać, do kogo. Gdy osiągnął rozmiary kopuły pobliskiego kościółka (jego granice można było poznać po nieznacznym załamaniu światła na brzegach) począł się kurczyć nieco szybciej. Nasuwało się przypuszczenie, że człowiek wdmuchiwał doń nicość. Zapytany, określiłby to jednak z pewnością zupełnie inaczej. Kurczenie, choć nadal wolne, było nieustanne i czyniło znaczne postępy. Wreszcie zwiędła skórka balonu, coś, co niegdyś było balonem, leżało smutno u stóp człowieka na różowej trawie. Minęła nieruchoma chwila. Po niej balon w oka mgnieniu wywrócił się wnętrzem na zewnątrz, dawne zewnętrze chowając do środka.
Twarz człowieka wyrażała zdziwienie. Balon uniósł się na wysokość ust człowieka, w niewielkim od niego oddaleniu. Teraz zaczął rosnąć. Tym razem wszakże już bez ust udziału. Sam wchłaniał powietrze tak, iż na zewnątrz odczuwało się już jego rozrzedzenie. Następnie przez swą gardziel zaczął wciągać płatki przekwitających kwiatów i drobne kamyki. Człowiek miał na twarzy niepokój. Balon pęczniał. Już całe drzewa pożerał i wyrywał z korzeniami. Wessał asfaltową drogę jak długą dżdżownicę. Olbrzymiał cały. Człowiek zadrżał, bo oto widział, jak jego świat znika w paszczy syczącego potwora. Schował się za skałą.
Usiadł. Oparł głowę na ramieniu. Zamknął oczy i przeklinając chwilę, w której balon do ust przyłożył, czekał końca.
Tak skamieniał.
***
Pławię się w luksusach. O tej porze roku wychodzę na poranny spacer tak, żeby trafić na wschód słońca, bo w ten sposób łatwiej mi przetrwać zimę, której dawniej nie lubiłam za jej brak światła i kolorów. Odkryłam, że lato ma wszystkie zalety, ale jedną istotną wadę: słońce wstaje zbyt wcześnie i jeszcze śpię, kiedy dzień się budzi.
Nie ma ludzi. Mijam tylko drzewa, które też czekają na dzień. Czuję ich oddech, kiedy zamiatają gałęziami powietrze. Nieme.
Cudowne zjawisko zaczyna się jakiś czas przed wschodem dramaturgią intensywnych barw na malarskim niebie. Potem słońce, cienki pasek żaru, pojawia się nagle i chociaż go wyczekuję i się go spodziewam, to zawsze jestem zaskoczona. Tajemnicza chwila. Za każdym razem przeżywam wzruszenie.
Jest, znowu jest!
A potem rośnie i dosłownie galopuje do góry.
Tych kilka minut, jakie upływają między pojawieniem się czerwonej kreski nad ziemią, a słońcem już zwyczajnie unoszącym się w powietrzu, to święto. Przebiega ono tak, że słońce najpierw jest ciemno-rubinową tarczą zajmującą ćwierć horyzontu, potem cofa się do normalnych rozmiarów małego krążka. Maleje, jaśnieje i blaknie. Wstał nowy dzień.
Czasami, niestety dość często, jest pochmurno i nic szczególnego nie widać. Domyślam się tylko, że za zasłoną – jak w teatrze – nadal rozgrywa się spektakl, tylko widzowie nie zostali zaproszeni. Może jutro?
W te dni, kiedy byłam świadkiem wschodu słońca, w zerkam na nie od czasu do czasu i myślę, że znam jego sekret. To tak jak, kiedy się rozmawia z człowiekiem, którego znało się od dzieciństwa: wydaje się, że inni, którzy spotkali go później, tak naprawdę nic o nim nie wiedzą. Tak właśnie się czuję i przypatruję znanemu od dzieciństwa słońcu, oglądam jego niebo, śledzę, kiedy zachodzi.
To luksus doświadczania ładu, luksus uczestnictwa w pięknie, luksus opowiadania o tym. Dzięki, dzięki, dzięki!




Komentarze przez RSS
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy dla tego wpisu