Artykuł

Czy Kościół zna się na etyce? 13

Feb21

Dyskusja wywołana tekstem o. Dariusza Kowalczyka pt „Czy Kościół zna się na seksie?” ujawniła, że my, jej uczestnicy, w wielu punktach nie byliśmy w stanie przyjąć nauczania Kościoła na tematy obyczajowe, uważając je – krótko mówiąc – za nieprzystające do rzeczywistości. Niezrozumiałe wydawało się, dlaczego nie można uprawiać seksu przed ślubem, dlaczego nie wolno korzystać ze środków antykoncepcyjnych, po co upierać się przy naturalnych metodach kontroli urodzeń. Co więcej, przekonująco brzmiały argumenty tych, którzy mówili, że skoro ich sumienie podpowiada im postawy odmienne od tych oficjalnie aprobowanych przez Kościół, to nie mogą się poddać zewnętrznej władzy wbrew własnemu wyczuciu, co jest dobre a co złe. Zwłaszcza, że w swych rozmowach z własnym sumieniem stawiali na pierwszym miejscu miłość, jakże więc mieliby teraz zaprzeczyć miłości w imię zgodności z kościelnymi nakazami? Czyż miłość nie jest ważniejsza od Kościoła? A może to Kościół powinien zrewidować swoje „zacofane” nauczanie, aby nie stawiać swych wiernych w sytuacji wyboru między zdrowym rozsądkiem i własnymi przekonaniami z jednej a wymaganiami, które niczemu nie służą z drugiej strony? Tłumaczenie o. Dariusza, że „Etyka seksualna Kościoła rodzi się z doświadczenia twarzy Boga, czyli Jezusa” nie znalazło uznania. Wzięto je za wybieg, unik.

Dyskusja ta, ale też ogólnie znany fakt, że tylko naprawdę nielicznym katolikom udaje się sprostać nakazom i zakazom głoszonym przez Kościół, pokazuje, że zarzuty pod adresem katolickiej etyki trzeba wziąć poważnie. Mówią one, że etyka ta tak niesłychanie wysoko zawiesza poziom wymagań moralnych, iż mało kto traktuje je serio, a większość w ogóle ich nie respektuje. Jakie są zatem argumenty na poparcie tej etyki? Dlaczego Kościół nie powinien obniżać poprzeczki? Jako pomoc w znalezieniu odpowiedzi na te pytania wskazana została książka pt „ABC chrześcijaństwa” o. Alfreda Cholewińskiego SJ. Postaram się udzielaną w niej odpowiedź pokrótce przedstawić.

Zaczyna się świetnie, bo Autor pisze, że chciałby w oparciu o Biblię przedstawić ABC chrześcijaństwa. Czym ono jest? Jak Pan Bóg je sobie wyobraża? Po co w ogóle zainicjował taki fakt w historii ludzkości? Jak w świetle najbardziej ogólnych – ale też i najbardziej istotnych – problemów zweryfikować to, co my w Kościele robimy i jak żyjemy. Czy to jest zgodne z zamiarem Boga? Po co jest Kościół? Jaką ma misję? Dlaczego Chrystus zostawił go na ziemi? Ojciec Cholewiński stwierdza dalej, że to co słyszy w niedzielnych kazaniach w 80% nie jest Ewangelią i mówi, że tam się przepowiada jakąś inną religie, ale nie chrześcijańską. Ów wadliwy sposób głoszenia Dobrej Nowiny porównuje Autor następnie do przekazywania takiego obrazu, że odsiadujemy wyrok dożywocia, a odkupienie polega na tym, że nagle przychodzi wiadomość, iż Jezus Chrystus przyszedł do więzienia i powiedział: << Ja za ciebie odsiedzę! Ty wyjdź na wolność!>>. Jeśli by tak miało być, pisze Cholewiński, to jeżeli ktoś miał przedtem serce złodzieja, zbója, mordercy, lubieżnika – ma je nadal. Tak przedstawiane Odkupienie jest jakby zewnętrzne, jurydyczne, nie dotykające serca człowieka i dlatego Ewangelia w powszechnym odczuciu nie jest Dobrą Nowiną, a większość ludzi ma tylko takie doświadczenie, że chrześcijaństwo jest furą przykazań do zachowania, ciężkim wozem, który trzeba ciągnąć. W dodatku mówi się, że Bóg – podobno – pomaga, a przecież widać, że ta pomoc jest słaba, że nie rozwiązuje ona życiowych problemów człowieka. Żeby się o Boskiej pomocy przekonać potrzebna jest wiara.

Wiara jest darem Boga. Prowadzi ona do radykalnych zmian we wnętrzu człowieka, z których główna jest taka, że w sercu nie ma już lęku przed śmiercią. A wiara nie jest czymś, co można sobie wypracować, zdobyć własnym wysiłkiem. Wierzący za św. Pawłem może powiedzieć: „Żyję już nie ja, żyje we mnie Chrystus”. Wiara w miłość Boga pozwala wydobyć z siebie okrzyk pełen miłości i zaufania: „Abba – Tatusiu”. Zwraca człowiekowi przekonanie, że Bóg go kocha, przekonanie, które zostało zniszczone wskutek podszeptów węża, który sprowadził na człowiek grzech, czyli śmierć. Gdyby człowieka przed upadkiem zapytać, czego mu brak, odpowiedziałby, że do szczęścia potrzebuje tylko i wyłącznie Boga. Tymczasem wąż wzbudza w człowieku poczucie krzywdy. Człowiek jest stworzony do życia, tymczasem grzech prowadzi do śmierci, dlatego Pan Bóg dał człowiekowi słowo: „Tam się nie zbliżaj, bo tam jest śmierć” a wąż zapewnił „Na pewno nie umrzecie”. Grzech i dziś nie wydaje się zły, pisze o. Cholewiński, zawiera jakąś rzecz ponętną, tylko sęk w tym, że jest ona zabroniona. Dlatego tylko jest zła, że zabroniona. Pan Bóg jest jakiś dziwny, ponury, najpiękniejsze rzeczy akurat mu się nie podobają, no ale musimy Go słuchać, bo inaczej trafimy do piekła.

Szatan zburzył więc w człowieku przekonanie, że Bóg stworzył człowieka z miłości i dla miłości, stworzył dlatego, że jest rzeczą dobrą istnieć w taki a nie inny sposób, a być od niego uzależnionym jest dla człowieka dobrem najwyższym, jest wyrazem miłości Bożej.

Teraz – czytamy – człowiek zdaje sobie sprawę z tragicznej ciszy w sobie, już od nikogo nie usłyszy słów „Ja ciebie kocham”. Zaczyna się bać o swoje życie, zaczyna pożądać pełni swego małego życia, szukać zabezpieczenia przed śmiercią, bo odtąd żyje w cieniu lęku przed śmiercią. Na tym jednak historia człowieka się nie kończy.

Do historii wkracza Jezus, który pokazuje tę stronę Bożej miłości, której człowiek nie mógł poznać w raju – miłość do grzesznika. Jest to miłość nieludzka, człowiek bowiem cofa się przed miłością do nieprzyjaciół, gdy więc Jezus umiera na krzyżu i wydaje się jasne, że Bóg Go opuścił, faryzeusze i inni zgromadzeni pod krzyżem oddychają z ulgą – Jezus oszukał lud, nie miał racji. I dlatego tak ważne jest zmartwychwstanie i dlatego jest to Dobra Nowina. Oznacza ono, że Bóg jest po stronie takiej niepraktycznej miłości i dlatego nie uczynił nad ludzkością sądu potępienia ale sąd miłosierdzia. W zmartwychwstaniu Jezusa otwiera się dla nas możliwość nowego życia, bo otrzymujemy Ducha św. i tak Jezus wyprowadza człowieka z grzechu. Rozlewa się w naszych sercach miłość, którą objawił na krzyżu, a która jest miłością bez granic, miłością do grzesznika, wraca poczucie, że jest się kochanym przez Boga.

Cholewiński pisze: „Musisz mieć potężne doświadczenie Boga, doświadczenie mocy zmartwychwstałego Jezusa, które wewnętrznie cię uleczy.(…) Wtedy dopiero jesteś nowym stworzeniem. Wtedy dopiero jesteś chrześcijaninem. Wtedy możesz iść drogą zbawienia. Tutaj dopiero przychodzi miejsce na ascezę na pracę nad sobą.”

Duszpasterstwo może pomagać rozwinąć w człowieku zaczątek wiary dany mu podczas chrztu, ale na pewno nie drogą moralizatorstwa, nie nawoływaniem: „pracuj nad sobą”. Dobra była wczesnochrześcijańska metoda katechumenatu: czteroletniego, stopniowego wprowadzania w wiarę, zarzucona później, gdy zaczęto całe narody chrystianizować w ciągu kilku miesięcy. Chrystus musi człowieka dotknąć, człowiek musi poczuć miłość Boga i wtedy dopiero może korzystać z sakramentów, które bez wiary nie spełniają swej roli.

Wiara jest czymś o wiele głębszym niż religia. Źródłem religijności może być potrzeba wyjaśnienia świata, potrzeba zabezpieczenia. Pojawić się może handlarskie rozumowanie: wymaga się od Boga, aby pomagał nam w realizacji naszych zamierzeń a w zamian człowiek jest skłonny coś mu dać. Dlatego potrzebne są świątynie, kapłani, składanie ofiar. Chrześcijaństwo jako wiara tego nie potrzebuje, bo jedyną ofiarę złożył już Chrystus, świątynią Boga zaś jest każdy człowiek.

Kim więc jest chrześcijanin? Chrystus, obmywając apostołom nogi ukazał swoją miłość i powiedział: „Tak i wy czyńcie jak ja wam uczyniłem”. Chrześcijanin jest tym, który realizuje w swoim życiu taką miłość. Autor pisze: „ To jest etyka nie z tego świata, nie z tej ziemi. To jest nierealne. Istotnie, to jest etyka eschatologiczna, etyka ludzi, w których żyje Jezus Chrystus, którzy tutaj na ziemi są widocznym znakiem, że wkracza już w ten świat eschatologia, że tutaj zdobywa sobie pierwsze przyczółki.” Adam jest związany z ziemią, po hebrajsku jego imię oznacza „ziemianin”. Jest dlatego stawiany przed symbolicznym dylematem, co oddać Bogu a co cesarzowi. Jezus odpowiadając na to pytanie patrzy na monetę, na której widnieje oblicze cesarza i dlatego należy ona do cesarza. Ale na człowieku jest obraz Boga, dlatego człowiek cały jest własnością Boga i Cesarz nie ma doń żadnego prawa. Chrześcijanin jest tym, który to wie. Jeśli człowiek otrzymał od Boga łaskę chrześcijaństwa, to nie może być chrześcijaninem tylko dla siebie. Jest nim po to, aby spełnić wobec świata misję bycia światłem i solą dla jego uratowania. I również misją Kościoła jest to, aby być przyczółkiem eschatologii.

Czym zatem jest Kościół? Otóż nie może on być instytucją zbawienia, za którą się uważał, bo nie tylko nie ogarnął całego świata, lecz jedynie 1/3 ludzkości stała się chrześcijańska, a z tej liczby tylko 800 ml jest katolicka, to jeszcze tych, którzy chodzą do kościoła jest w przybliżeniu zaledwie 10%, a spośród nich może 10% jest dojrzałymi chrześcijanami, którzy swą wiarę traktują poważnie. Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda na wielkie fiasko misji Kościoła, tak jednak nie jest, jeśli wziąć pod uwagę, że tą misją jest niesienie światła. Chodzi jedynie o to, żeby ci, których Bóg powołuje do Kościoła, byli mocnym światłem, by nie kopcili. Jeśli członkowie Kościoła są ludźmi wielkiej wiary i autentycznego świadectwa, to Kościół spełnia swą misję.

W jaki sposób Kościół staje się światłem i solą? Zbawieniem człowieka i jego szczęściem jest sam Bóg i dlatego w Nim musi człowiek osadzić swe życie. Ludzkość szuka Boga po omacku, z trudem, ponieważ jest niewidzialny. Dlatego Bóg objawił się, uczynił się widzialnym w Jezusie Chrystusie, który przyszedł pokazać prawdziwą twarz Ojca i Jego naturę, którą jest miłość do grzesznika, do wroga. Nie jest to byle jaka miłość, ale miłość prawdziwa, która dała się rozpiąć na krzyżu i tam zajaśniała swym blaskiem. Następnie Jezus odszedł a miejscem obecności Bożej ma być Kościół. Żeby być widzialnym znakiem Boga, faktom świata, pokazującym, że każdy myśli tylko o sobie, że człowiek człowiekowi wilkiem, Kościół nie może przeciwstawiać samych tylko słów, ale też przeciwstawne fakty. Dlatego Ewangelizacja to nie tylko konferencje, ale dawanie znaku takiej miłości, która przekracza barierę miłości doczesnej, takiej miłości która wchodzi w śmierć, jest przekreśleniem siebie. Jest zaakceptowaniem bliźniego takim jaki jest.

By taka miłość mogła w człowieku zaistnieć, musi on pokonać lęk przed śmiercią. Tego zaś może dokonać tylko Chrystus zmartwychwstały. Gdy w danej parafii istnieje taka miłość to ludzie niewierzący, obserwując to zjawisko, są katechizowani faktami. Bowiem Kościół zaczyna świecić tym samym blaskiem, którym świecił Jezus, gdy zaczyna objawiać światu miłość Boga, gdy staje się znakiem jedności i miłości, która pochodzi od Boga.

Czy treść tej skądinąd pięknej książki, odpowiada na postawione pytanie o sens stawiania wymagań, którym niewielu tylko może sprostać? Wynika z niej, że jeśli zostało się dotkniętym przez Chrystusa, to nie trzeba się już niepokoić o to, by jak najwięcej z życia skorzystać, lecz wystarcza kontemplacja Jego oblicza. Wówczas jest się chrześcijaninem i ma się przykazania wypisane w sercu. Ich spełnianie staje się czymś naturalnym.

I odwrotnie, jeśli trudno jest sprostać przykazaniom, to jest się w najlepszym razie katechumenem, ale nie chrześcijaninem. Powiedzmy, że zaliczymy się do katechumenów. Czy mamy prawo żądać jakiejś łatwiejszej, pośredniej etyki dla siebie? Wydaje się, że odpowiedź Autora na tak postawione pytanie byłaby przecząca. Bowiem katechumenom też trzeba pokazywać światło, odbijające się w etyce chrześcijańskiej. Z nadzieją, że dostąpią łaski wiary oraz staną się światłem i solą dla świata i będą ogłaszać, że Bóg kocha człowieka.

Komentarze przez RSS

13 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. gościówa says:

    “Mówią one, że etyka ta tak niesłychanie wysoko zawiesza poziom wymagań moralnych, iż mało kto traktuje je serio, a większość w ogóle ich nie respektuje.”

    Nie, wg mnie to nie tak. Dyskusja nie idzie o poziom wymagań moralnych, lecz o to czy owe wymagania naprawde są “wymaganiami moralnymi”. Czy nie są tylko jakąś atrapą. Nie można dowolnego wystarczająco trudnego zadania nazwać wymaganiem moralnym tylko dlatego, że jest ono trudne.

  2. pinky says:

    Zgadzam się z gościówą. Takie postawienie sprawy przez autorkę od razu prowadzi nas na ślepy tor.
    W dyskusji wokół seksu (jakkolwiek banalnie to brzmi), chodziło między innymi o to czy nie mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju aprioryzmem. Jeżeli z góry zakładamy, że wymagania moralne stawiane przez Kościół są uzasadnione i w jakiś sposób prawomocne, tyle że odbierane jako za wysokie, to do niczego nie dojdziemy, bo przedzałożenie spowoduje, że pójdziemy tylko w jednym kierunku.
    Pytanie jakie kilka osób próbuje tu postawić (ja też, choć wcześniej tylko śledziłem dyskurs), to na ile można mówić w ogóle o zasadności tych wymagań moralnych. Dlatego też próbujemy podważyć, zaprzeczyć zasadności tych wymagań, by dojść do czegoś nowego. I chyba nie chodzi tu o zaprzeczanie tym wymaganiom programowo, “bo tak”, tylko robi się to po to, żeby odkryć nowy horyzont, nowy sposób spojrzenia na sprawę.
    To jest mimo wszystko niezgoda na postawienie sprawy: jeśli coś jest zabronione, to jest złe. To jest traktowanie serio zdania: jeśli coś jest złe, to jest zabronione, ale jednocześnie pytanie czy to “coś” naprawdę jest złe.
    Być może w takim podejściu jest brak zaufania, sceptycyzm itd. Ale mimo wszystko jest tu również pewna troska o to czy Kościół dobrze wszystko odczytuje i interpretuje, bowiem wiele nauk Kościoła ewoluowało na przestrzeni czasu.
    Nie wiem czy gościówa się ze mną zgodzi, ale ja tak widzę podejście do tego problemu.

  3. Małgorzata says:

    No, to mamy szybką i prostą odpowiedź na tytułowe pytanie. Nie było się nad czym zastanawiać, bo Kościół nie zna się na etyce, gdyż Kościół nawet nie wie, co to są wymagania moralne. Kościołowi mylą się one z atrapami. Nie wie również tego, czym jest etyka, prof. Środa, gdyż to ona sformułowała zarzut, nad którym się tu zastanawiam, ten o niesłychanie wysokim zawieszaniu wymagań moralnych (patrz “Winy Kościoła w pigułce”). Na szczęście gościówa wie, jak odróżnić wymagania moralne od atrapy. Zaraz pewnie poznamy nową definicję moralności.

  4. Andrzej says:

    @ Małgorzata

    Później się odniosę do całego tekstu, natomiast teraz co do komentarza gościówy. Chyba źle zinterpretowałaś jej wypowiedź, bo ja zrozumiałem to w ten sposób, że nie chodzi generalnie o obniżanie poprzeczki, tylko zastanowienie się nad sensownością takich wymagań. Bo jeżeli wewnętrznie nie zgadzamy się z zakazem antykoncepcji, to zakaz nie jest dla nas wygórowany, tylko po prostu głupi. A więc nie podchodzę do nich jako do wymagań moralnych, po prostu je ignoruję. I chyba o to chodziło.

    Co do wymagań moralnych to chyba raczej na zasadzie np. “nie oszukuj, ale nawet w najmniej rzeczy, zawsze mów prawdę”. A więc to, że powiem, że nie odrobiłem pracy domowej bo zapomniałem, a tak naprawdę dobrze pamiętałem tylko np. grałem na komputerze i mi się nie chciało, jest dla nas wykroczeniem. Ciężko nam z tym lenistwem walczyć, jest nam wstyd, ale się staramy, jednak poprzeczka jest ustawiona wysoko. Taki trochę głupi przykład, ale chyba ilustruje o co chodzi ;-)

  5. Małgorzata says:

    @ Andrzej
    Chodziło mi o to, że wymagania moralne pozostają nimi ponieważ dotyczą nakazów i zakazów określających co jest dobrze robić a co źle, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Możemy odrzucić je całkowicie, częściowo, uznać, że są głupie, ale pozostają wymaganiami moralnymi i o tym nie decyduje światopogląd, tylko kategoria, do której należą. Nie są to przecież twierdzenia matematyczne ani sądy estetyczne. Atrapami mogą być dla gościówy, a dla kogoś, kto według nich postępuje i uważa je za słuszne nie są atrapami. Ja się zresztą nie wypowiadam na temat ich sensowności, tylko próbuję czytać, co na ten temat mówią ludzie, którzy je uznają, jakie mają argumenty, do czego prowadziłoby przyjęcie takich argumentów. Zakładam, że człowiek, który zarekomendował mi lekturę ma mi coś istotnego do powiedzenia. Zanim się wypowiem, czy mogę się z jego punktem widzenia zgodzić, chciałabym go poznać. Nazywam to uczeniem się a też szacunkiem do rozmówcy. Przecież nikt mi nie przeszkadza uznać, że antykoncepcja jest głupia. Mogę splunąć z pogardą i uznać, że wiem swoje i już. A czy nie jest ciekawe, dlaczego mądry człowiek twierdzi, że nie jest głupia? Mnie to bardzo ciekawi.

  6. gościówa says:

    Małgorzato, jestem zawiedziona poziomem do jakiego sprowadzasz dyskusję. Ja traktuję ciebie (a i Kościół) poważnie. Mimo że się z tobą (względnie z Kościołem) nie zgadzam. Ty też traktuj mnie poważnie.

    W tej chwili zaprezentowałaś jedynie rynsztunek erystyki wg Schopenhauera: argumentum ad personam, uogólnienie i reductio ad absurdum… W te klocki ja się nie bawię.

  7. Małgorzata says:

    @ gościówa. Sorry, chciałam tylko pokazać, że nie zgadzam się z Twoimi zarzutami. Może zbyt dynamicznie. Czasem ponosi mnie temperament :)

  8. Kuba says:

    Jak nas wszystkich:)

  9. Rafał says:

    Czym innym jest sprawa poziomu trudności spełnienia wymagania moralnego od akceptacji samego wymagania jako uzasadnionego.

    Ja osobiście jestem zwolennikiem zmiany nauczania kościoła w zakresie seksualności i w zakresie stawianych wymagań. Przyczyną mojego zdania nie jest bynajmniej stwierdzenie jakoby to wymaganie było zbyt wygórowane, lecz to, że jest to wymaganie, które w mojej opinii jest nieuzasadnione.

    Codzienne godzinne biczowanie się może być wymaganiem zbyt wygórowanym, ale uznawanym za wymaganie uzasadnione. Ale może być również uznane za wymaganie bezpodstawne i trudno wtedy rozważać, czy jest to wymaganie wygórowane czy nie. A pamiętajmy o tym, że był czas kiedy samookaleczenie za grzechy było zalecane, choć z pewnością dla wielu zbyt wygórowane. Jak sądzicie, dlaczego praktycznie już nie występuje? Dlatego, że było zbyt wygórowane czy dlatego, że było nieuzasadnione?

    Rozumiem Małgorzato, że chcesz poszukać argumentów, dla których kościelne wymagania w zakresie seksualności są uzasadnione. Kiedyś przetaczanie krwi było zakazane z uzasadnionych powodów. A teraz już nie jest. Ale nie sprowadzajmy tych poszukiwań automatycznie do pytania czy wymagania te są zbyt wygórowane czy też nie. To pytanie można postawić dopiero po uznaniu, że one są wymaganiami uzasadnionymi.

  10. Małgorzata says:

    @ Rafał
    czuję się również produktem współczesnej kultury i zapytuję, na ile moje postawy są wytworem tejże kultury a na ile są jakąś przemyślaną i autentycznie moją prawdą o moim własnym życiu. Pierwsze, co rzuca mi sie w oczy, to, że przyznawanie się do posłuszeństwa to jakby powiedzenie, że nie ma się rozumu. Dlatego szukałam argumentu dla posłuszeństwa. Z niego wynikają wszystkie dalsze. W tym przypadku jest to posłuszeństwo Kościołowi w sprawach dotyczących seksu. Temat seksu może być probierzem całej reszty naszych postaw, ponieważ kultura, w której żyjemy utwierdza nas w przekonaniu, że nie tylko mamy do niego prawo, ale wręcz, że pozbawiając się tego prawa tracimy najistotniejszą część sensu życia i przyjemności życia. Nawet proszki do prania i maszyny budowlane sprzedają się, jeśli zostaną skojarzone z seksem, co skwapliwie wykorzystują twórcy reklam. Niemodny i wyśmiewany jest ktoś, kto zachowuje wstrzemięźliwość seksualną.
    Abstrahując od seksu, jaki jest argument na posłuszeństwo Kościołowi? Przeciwne argumenty znam doskonale: mój rozum, moja wolność, zgodność z moim sumieniem, omylność Kościoła i historyczność jego nauk, nienadążąnie Kościoła za zmianami cywilizacyjnymi.
    I jeszcze jedno pytanie: czy jeśli daję sobie prawo do wybierania, które z nauk Kościoła są sensowne, a które idiotyczne, to jestem katoliczką, czy tylko fajnie jest tak o sobie mówić, bo tradycję, przyzwyczajenie i tym podobne sprawy ma się załatwione bez większego wysiłku?
    Moim zdaniem polecona mi książka na te pytania odpowiada, dlatego chciałam się jej lekturą podzielić.

  11. Rafał says:

    Ja osobiście choć mam wyrobione zdanie w tych tematach chętnie dowiem się jakie są odpowiedzi na te pytania, które znalazłaś we wspomnianej książce. Nie czuj się zatem zniechęcona powyższą dyskusją. Ma ona na celu jedynie zdefiniować o czym mówimy, bo trudno mówić nie mając tego dobrze nakreślonego. Zgadzam się z Tobą, że warto ustalić jak to jest z ty posłuszeństwem i chętnie przeczytam jakiś Twój artykuł zainspirowany książką.

  12. Małgorzata says:

    @Rafał
    Przed chwilą umieściłam post o posłuszeństwie, chociaż wydawało mi się, że już w tym poście dosyć jasno piszę, jak przekonuje do niego Alfred Cholewiński. W tym nowym poście jest trochę inne ujęcie

  13. [...] Czy Kościół zna się na etyce? [...]

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com