Zawracanie do raju 3
Bóg pomyślał człowieka i jego życie w sposób, który okryty jest dla nas tajemnicą. Wszakże co nieco na ten temat możemy powiedzieć, jeśli wierzymy w Objawienie. W Księdze Rodzaju Bóg mówi, że stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo oraz że stworzył go mężczyzną i niewiastą. Niewiasta miała rozproszyć samotność Adama, który nie znajdywał towarzystwa wśród dotychczas stworzonych istot i dopiero, gdy zobaczył Ewę, powiedział: „Ta dopiero jest kością z mojej kości i ciałem z mojego ciała” (Rdz 2, 22). Tak więc człowiek, istota biologiczna, występuje w dwóch postaciach: męskiej i żeńskiej. Tę istotę Bóg stworzył jako ukoronowanie stworzenia i powiedziane jest: „A Bóg widział, że wszystko co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 28). Adam i Ewa mieli żyć dla siebie nawzajem i w bezpośredniej bliskości Boga i to miało zapewnić im pełnię szczęścia. Bóg przeznaczył człowiekowi życie w harmonii, która miała polegać na pełnej zgodności i uzupełnianiu się mężczyzny i kobiety oraz pełnym dopasowaniu ich obojga do Boga.
Niestety Boski plan został zakłócony przez grzech pierworodny, czyli przez to, że wolny człowiek podważył wartość zaplanowanej przez Boga harmonii. Człowiek uznał, że Bóg nie dlatego zakazał mu spożywać owoce z drzewa poznania dobra i zła, by uchronić go przed śmiercią, lecz dlatego, że chciał człowieka skrzywdzić narzucając mu niesprawiedliwe ograniczenie. Człowiek nie zgodził się tym samym na wyznaczone mu miejsce zapewniające harmonię wśród innych bytów, lecz dał się zwieść złudzeniu, że może być Bogiem.
Zobaczywszy to, Bóg powiedział: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę” (Rdz 3,15). Odtąd człowiek żyje w stanie dysharmonii, w warunkach, które nie były pierwotną intencją Boga. Dobroć Boga została zakwestionowana i dlatego nieufny człowiek pracuje w pocie czoła, kobiety rodzą w bólach porodowych, a stosunek między obu płciami określony jest tak, jak zapowiedział Bóg kobiecie: „Ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3,16). Odtąd kobieta i mężczyzna nie mogą się porozumieć, chociaż pierwotnie zostali dla siebie stworzeni. To przecież z czasów po upadku człowieka pochodzą przepisy dotyczące wzajemnych stosunków między kobietami a mężczyznami: posłuszeństwa żon wobec mężów a także warunki pod jakimi można oddalić żonę, przepisy dotyczące kar za cudzołóstwo i dotyczące rozwodów. Przed popełnieniem grzechu niewiary w Bożą miłość nie mogło być o tym mowy, ponieważ na całym świecie istniała tylko jedna kobieta i jeden mężczyzna. Byli więc dla siebie wszystkim a razem byli całkowicie dla Boga.
Przywrócenie tej utraconej kondycji oznaczać będzie zbawienie. To bowiem oznacza zbawienie: powrót do raju, odzyskanie harmonii, zjednoczenie z Bogiem.
Zobaczmy tymczasem, jak wygląda nasza sytuacja obecnie i jak – w szczegółach, w konkrecie naszego życia – ma przebiegać droga do zbawienia dla kobiet i mężczyzn.
Oto pozbawiony pierwotnej harmonii z Bogiem człowiek, realizuje cele, które wymusza na nim jego biologiczna natura: stara się zapewnić sobie nieśmiertelność w potomstwie. W tym staraniu ujawnia się istotna sprzeczność interesów kobiet i mężczyzn, mająca źródło w ich odmiennej i niesymetrycznej roli, jaką pełnią w procesie prokreacji. Kobieta dąży do zapewnienia sobie opieki, mężczyzna do uzyskania pewności, że wychowuje własne potomstwo. Kobieta stara sie zatrzymać przy sobie ojca swych dzieci, mężczyzna stara się, żeby jego potomstwa było nawet więcej niż może urodzić jedna kobieta. W interesie obojga jest posiadanie jak najliczniejszego potomstwa, gdyż zwiększa to szansę na przekazanie genów. Wskutek nieporównanie większego zaangażowania kobiet w proces prokreacji (dziewięć miesięcy ciąży i – lekko licząc – rok karmienia piersią w porównaniu do długości trwania aktu płciowego), kobiety dla wykonania swej roli potrzebują wsparcia. Jednak mężczyzna wykorzystuje tę przewagę nad kobietą, i stwierdza, że może nad nią panować. Kobieta, która stale jest w ciąży lub opiekuje się niemowlęciem jest bezbronna. Nie jest w stanie zadbać o własne interesy jako osoby a nie tylko jako reproduktorki.
Kultura podtrzymuje ludzkie pragnienie nieśmiertelności. Zatem nic dziwnego, że w sytuacji męskiej dominacji w zakresie tworzenia kultury, obyczaj, tradycja i zwyczaje będą służyły zapewnieniu poszczególnym mężczyznom pewności, że to właśni ich geny zostały przekazane potomstwu. Stąd na przykład po części wynika wymaganie od przyszłej żony, żeby była dziewicą. Daje to bowiem gwarancję, że ojcem jej dziecka nie stał się ktoś inny niż mąż zanim została ona jego żoną. Również obyczaj obrzezania dziewczynek, sprawiający, że nie odczuwają przyjemności seksualnej, zmniejsza zagrożenie, że jako żony będą zainteresowane poszukiwaniem partnerów poza małżeństwem. Inny niepisany obyczaj nakazuje żonie zaspokajać potrzeby seksualne męża nawet wbrew swym chęciom, co również leży w interesie mężczyzn.
Jednak od mniej więcej 150 lat w krajach dostatnich, w związku z postępem cywilizacyjnym, szybko zmieniają się obyczaje i obowiązujące normy. O ile w przeszłości cała energia życiowa człowieka skoncentrowana musiała być na obronie życia zagrożonego z powodu głodu, chłodu lub ataku z zewnątrz, to wraz z akumulacją dóbr i zwiększeniem bezpieczeństwa, człowiek może sobie pozwolić na większą dywersyfikację swoich zachowań i podejmowanych czynności. Wraz ze zmianą warunków życia pojawia się szansa na zmianę stereotypów. Wynikiem jest wyraźny postęp w dziedzinie równouprawnienia płci. Wolno chyba sądzić, że postęp ten nie mógłby się dokonać, gdyby nie to, że leży on obecnie w interesie ludzkości, że ludzkość osiągnęła tę fazę rozwoju, w której zniewolenie kobiet powinno odejść do przeszłości.
Przyglądając się dalej aktualnym tendencjom, widzimy, że dzięki postępowi medycyny i poprawie warunków życia śmiertelność wśród niemowląt w krajach dostatnich jest tak niewielka, że można uznać, iż niemal każde urodzone dziecko osiągnie wiek rozrodczy. W związku z tym, nie ma już potrzeby rodzenia kilkanaściorga dzieci, aby zapewnić swoim genom trwanie – to jakby zdjęcie części przekleństwa, którym Bóg naznaczył rodzaj ludzki w scenie wygnania z raju. Warto również zauważyć, że w tak zwanych krajach cywilizowanych kobiety coraz rzadziej rodzą w bólu, a było to drugą częścią przekleństwa. Inną konsekwencją postępu naukowego jest to, że badania genetyczne, pozwalające ustalić ojcostwo stają się ogólnie dostępne i mogą zastąpić więzienie kobiet w domach jako środek zabezpieczający męża przed sytuacją, w której wychowuje nieswoje dzieci. Te czynniki sprawiają, że przed kobietami otwierają się możliwości uczestniczenia w życiu toczącym się poza domem.
Jeszcze jedno się zmienia: kobieta zostaje matką w sposób świadomy i dobrowolny, a więc steruje swoją płodnością. Mężczyzna takiej sytuacji nie doświadcza, choć mógłby, gdyby poddał się samodyscyplinie tak, jak zaleca to na przykład Tao. Wydaje się, że uzyskanie pełnej wiedzy o własnej płodności i zdolność do kierowania procesami prowadzącymi do macierzyństwa i ojcostwa będzie zjawiskiem pozytywnym. Chciane a więc prawdziwie godne i odpowiedzialne rodzicielstwo dawałoby przecież urodzonym dzieciom większe szanse na szczęśliwe dzieciństwo.
Jak zwykle, niezbędnym warunkiem dobrego wykorzystania wiedzy i poprawy warunków życia jest pamięć o tym, że prawdziwym i jedynym Panem życia jest Bóg i to Jego trzeba pytać, co jest dobre. Kiedy tego zasadniczego elementu brakuje, kiedy człowiek sam dla siebie chce być Bogiem, czekająca człowieka przyszłość zaciemnia się i nasyca niepokojem, bo stwarza się miejsce dla wielu niepożądanych zjawisk. I tak na przykład, jeśli zapłodnienie nie będzie odbywało się w trakcie aktu miłosnego, lecz w sposób techniczny, w laboratorium, to nasuwają się niepokojące obrazy takiego świata, w którym kobiety chodziłyby do banków embrionów, kiedy chciałyby zostać matkami i przydzielane byłyby im wszczepiane następnie do macicy embriony nie niosące materiału genetycznego matki, lecz dobrane pod względem – na przykład – spodziewanych pożądanych społecznie cech przez wyznaczone do tej funkcji osoby trzecie. Być może prowadziłoby to do większej tolerancji dla inności, ponieważ matka rodziłaby dzieci genetycznie dla niej obce, jednak z pewnością rozerwałoby te więzy rodzinne oparte na pokrewieństwie, które ludzi wiążą najsilniej od zarania dziejów. Równie niepokojąca wydaje się hipotetyczna sytuacja, w której ciąża rozwijałaby się poza organizmem matki, a matka dostawałaby swoje dziecko zawinięte w pieluszki i “gotowe” do życia. Wydaje się, że taka zmiana rozerwałaby piękną więź biologiczną miedzy matką a dzieckiem wynikająca ze wspólnoty ciała matki i dziecka w czasie jego rozwoju płodowego. Trudno nam wyobrazić sobie takie społeczeństwo.
Źle się wszakże dzieje, jeśli obawa przed nieznaną przyszłością prowadzi do kurczowego trzymania się tego, co było. Trwanie społeczeństwa urządzonego tak, że tylko połowa populacji (mężczyźni) bierze udział w budowaniu kultury, cywilizacji, dobrobytu jest wysoce nieekonomiczne. Z tego też powodu wydaje się nie do utrzymania więzienie połowy ludzkości (kobiet) po to, by ograniczyć jej aktywność do funkcji prokreacyjnych i służebnych w stosunku do drugiej połowy. Nikt nie proponuje żadnemu mężczyźnie, żeby jego rolą w życiu była produkcja plemników w zaciszu domowym. Ale jest społecznie akceptowane, że rolą kobiet jest rodzenie. Nawet ludzie najbardziej konserwatywni przyznają zapewne, że u człowieka nie tylko prokreacja, przekazywanie swego genotypu, zaspokaja potrzebę nieśmiertelności. Ten cel u człowieka – odmiennie niż u innych gatunków – realizowany jest też przez twórczość i pracę a także służbę na rzecz innych. I taka możliwość należy się również kobietom.
Wiele współczesnych kobiet bardzo sobie ceni sytuację wywalczoną przez poprzednie pokolenia kobiet, dzięki której mogą one uczestniczyć w życiu rodzinnym ale także społecznym, kulturalnym, naukowym, politycznym, zawodowym, sportowym. Uważam, że w najlepiej pojętym interesie ludzkości jest dalsze zrównanie wpływu kobiet na kształt świata, takie zrównanie, by zrównoważyć wpływ, jaki mają nań mężczyźni. Zaś głosy utrwalające chęć przywiązania i ograniczenia kobiety do jej funkcji prokreacyjnych brzmią dla mnie jak głos przeciwko ludzkości. Im bardziej kochana i szanowana osoba lub instytucja w tym duchu się wypowiada, tym bardziej jest to bolesne.
Moje stanowisko bierze się z przekonania, że – dla dobra ludzkości – w jej rozwoju powinny uczestniczyć w pełni obie płci. Drugim ważkim powodem jest niezgoda na krzywdę, której można zaradzić. Nie można bowiem, w moim rozumieniu, pominąć milczeniem udokumentowanych zjawisk świadczących o wielkiej skali przerażających zbrodni popełnianych na kobietach. Należą do nich: gwałt jako broń wojenna, (mający na celu pokonanie wroga w wymiarze etnicznym i zniszczenie poczucia jedności i ciągłości historycznej u wroga przez to, że ich kobiety będą musiały rodzić dzieci napastników); oblewanie stężonym kwasem solnym twarzy kobiet niepokornych; czynienie kobiet odpowiedzialnymi za gwałty popełniane na nich przez męskich członków rodziny, braci, ojców, teściów; przypadki kamienowania kobiet gwałconych przez braci; podawanie trucizny zgwałconej córce przez matkę broniącą w ten sposób honoru rodziny. Należą do nich również aranżowane małżeństwa kilkuletnich dziewczynek, niewolnictwo domowe dziewczynek i młodych kobiet w domach ich panów mieszkających także w Europie; bezkarne i celowe zarażanie kobiet HiV- em w ramach działań wojennych. Należą do nich: zabijanie płodów płci żeńskiej i małych dziewczynek, jako że kult przodków może podtrzymać tylko syn, a w dodatku wychowanie dziewczynki dużo kosztuje i trzeba będzie w przyszłości zapłacić za nią posag (w związku z tym niedobór 90 milionów (!!!) kobiet w Azji); nazywanie prostytucji pracą seksualną, żeby nie przyznać, że proceder ten jest uwłaczający i powinien być zdelegalizowany jako niezgodny z Kartą Praw Człowieka; nawet takie nadużycia, na które przymyka się oko, jak wymuszanie seksu w zamian za pożywienie przez żołnierzy Sił Pokojowych ONZ, którzy tym samym wykorzystują nędzę, której przyjechali się przeciwstawić. Zaliczyć do nich należy brutalne, “kultowe”, trwające od lat zabójstwa około pięciuset młodych, zwykłych kobiet rocznie w meksykańskim mieście Ciudad Juarez. Ofiary tych mordów są przed śmiercią torturowane, mają odcinane piersi, są gwałcone a następnie zabijane i porzucane byle gdzie przy całkowitej bierności policji. Wstrząsająca jest obliczana na dwieście tysięcy liczba amatorów turystyki seksualnej, do której realizacji potrzebne są coraz młodsze dzieci oferowane “turystom” oraz istnienie potężnego, narzucającego korzystne dla siebie prawa lobby właścicieli przemysłu usług seksualnych. (Przytoczone fakty pochodzą z “Czarnej Księgi Kobiet” – zbiorowego raportu wiarygodnych autorek i autorów.)
Poza krzywdą kobiet, istnieje mniej widoczna, ale nie mniejsza krzywda mężczyzn. Bierze się ona stąd, że dyskryminując kobiety, popełniając wobec nich zbrodnie, których ofiarami stają się one ze względu na płeć, mężczyźni muszą swoje postępowanie sami przed sobą jakoś uzasadnić. Przede wszystkim muszą więc uznać, że kobiety są kimś zupełnie innym od nich. Podobnie Hitlerowcy o Żydach mówili, że są robactwem, biali o murzynach, że są małpami, Niemcy o Polakach, że są podludźmi. W ten sposób broni się siebie, odseparowuje własne ataki od groźby bycia zaatakowanym. Nie będzie tej groźby, gdy na pewno nie będzie się należeć do zagrożonych, gdy nikt nie będzie mógł wziąć jednych za drugich. Trzeba więc zadbać o jak najbardziej oczywiste rozróżnienie.
W przypadku przemocy mężczyzn wobec kobiet jest to z pozoru niezwykle proste, ponieważ występują oczywiste różnice biologiczne. Prowadzi to jednak zarazem do swoistej schizofrenii, gdyż te pogardzane, inne i niższe istoty są przecież tymi samymi, za których pośrednictwem mężczyźni otrzymują trzy najważniejsze rzeczy, jakie w ogóle można pomyśleć. Są nimi życie, miłość i nieśmiertelność. Życie – ponieważ rodzą, karmią, troszczą się. Miłość – ponieważ kochają miłością matek, żon, kochanek i córek oraz dostarczają rozkoszy erotycznych więc też są kochane miłością erotyczną. Nieśmiertelność – bo to dzięki nim, ich konstrukcji biologicznej oraz ich fizycznemu i psychicznemu wysiłkowi i staraniu przychodzą na świat i dożywają wieku dorosłego potomkowie mężczyzn, nosiciele ich genów, co jest przecież życiowym celem mężczyzn jako istot biologicznych.
Tę ambiwalencję trudno zignorować. Zapomnienie o kobiecych atrybutach, atrybutach prawdziwie boskich (to przecież bóg daje życie, miłość i nieśmiertelność) po to, by móc wmówić w siebie, że kobiety są nic niewartymi niewolnicami, że ich ciała mogą być wykorzystywane dla przyjemności, że można pozbawiać je praw, wolności, dostępu do świata oraz edukacji, że można je bić, okaleczać, katować, tak jakby nic nie czuły, jakby nie były nawet zwierzętami, ale rzeczami, to zapomnienie nie może pozostać obojętne dla psychiki mężczyzn. Pewnym wyjściem jest to, ze kobiece funkcje rzutuje się na bóstwo i wielbi się te cechy w oderwaniu od kobiety. Może dlatego trzeba bogu nadać cechy męskie, nazwać go ojcem i przypiąć mu brodę, żeby móc zapomnieć o realnej dawczyni życia, miłości i nieśmiertelności?
Zamiast życia w raju, czyli harmonii, mamy więc życie w świecie zaludnionym przez nieufnie i antagonistycznie do siebie nastawione kobiety i mężczyzn. Takie życie to droga donikąd. Czujemy, że powinniśmy odnaleźć drogę powrotną do raju, odzyskać prawdziwe życie, zmartwychwstać. W jaki sposób?
Odpowiedź niesie chrześcijaństwo, choć jest to odpowiedź trudna do przyjęcia. Chrześcijaństwo każe bowiem wierzyć w takiego Boga, wcielonego w Jezusa Nazaretu, którego trudno znieść. No bo, jaki jest? Bezbronny? Cierpiący za innych? Kochający bez granic? Poświęcający swe życie dla innego człowieka? Współczujący? Umierający z łagodnością w sercu? Dzielący się swym ciałem i swoją krwią? Ten Bóg jest bardzo kobiecy. Gdy zaczął się wyczerpywać arsenał środków czyniących z Jezusa z Nazaretu króla, władcę i rycerza, nie pozostało nic innego jak profanacja takiego Boga, jakim ukazał się w Jezusie. Trzeba Go więc było unicestwić, pogardzić Nim, zdruzgotać Go, zaprzeczyć Mu, sprofanować Jego ciało i cały Jego Byt, wyśmiać sacrum.
Na szczęście na nic się nie zdadzą te unicestwiające Boga usiłowania, bowiem Bóg naprawdę Jest. Bóg Jest w kobiecie i mężczyźnie, w nich obojgu jako parze, jako całości i jest między nimi. Bóg mówi ludziom, by byli jednym i kieruje to słowo do mężczyzn i kobiet. Skoro zaś mają być razem, to kobieta nie może żyć dla siebie, zazdrośnie strzegąc swych tajemnic przed mężczyzną i broniąc się sprytem przed jego przewagą – musi zawierzyć się mężczyźnie. Mężczyzna zaś nie może żyć dla siebie, używając kobiety jak narzędzia, musi się jej powierzyć, oddać jej swą siłę. Muszą nawzajem sobie zaufać.
Sądzę, że dopiero żyjąc dla siebie nawzajem, szanując swoją inność, odzyskując wzajemną bliskość, zbliżymy się do Boga. Nawzajem zwracając sobie siebie, kobiety i mężczyźni zawrócą z błędnej drogi i odrodzą się do nowego życia, takiego, jakiego od początku chciał dla nas Bóg.




Niby chciałabym się zgodzić z autorką tekstu, ale mi nie wychodzi. Wiele uwag jest bardzo trafnych, ale w bilansie krzywd płci obojga widoczna jest jakaś krzywdzaca asymetria. Ideowe przesłanie tego tekstu odczytuję mniej więcej tak że zrządzeniem Boga lub losu meska częśc rodzaju ludzkiego jest niegrzeczna, a żeńska grzeczna i równie niezbadanym wyrokiem sił wyższych życiowa powinnoscią mężczyzn jest dążenie do bycia grzecznymi ,a kobiet niegrzecznymi – choćby głośne mówienie tych ostatnich o swych krzywdach dziejowych. Ale jakoś tak sie składa, że na świecie jest więcej (nieco)kobiet niż mężczyzn, że średnia długośc zycia kobiety jest większa niz mężczyzny i że w obliczu katastrof zyciowych kobieta radzi sobie lepiej niż mężczyzna, co widoczne jest w przypadku problemu bezdomności. Subiektywnie uważam, że wielką siłą życiową kobiety jest opiekuńczość – w tym zdolnoć do zaopiekowania się sobą. Wyposaża ja to w dośc trudno dającą sie skonkretyzować cechę zauważania rzeczy mało istotnych albo wręcz nieistniejących (!), ale dających poczucie smaku życia. I dobrze jest jeśli kobieta umie w sobie obronić tę zdolność, tę dziwaczną niekiedy logikę, groteskowo ukazaną np. w kawałach o blondynkach. Jeżeli tego zabraknie, kobieta zmienia się w jeżdżącą na sygnale karetkę pogotowia wypadajacą nie wiadomo komu i czemu na ratunek. W zetknieciu z nią jedno jest pewne: należy takiej zejść z drogi. Powstaje wiele hałasu,lecz nie wiadomo o co chodzi.
Jeśli w ogóle wypada, w ten sposób oceniam przeważającą większość nurtów feministycznych, a także dyskusji w nich toczoncych, które słyszałam na własne uszy, a bałam sie odzywać.W największą bezradnośc wprawiało mnie to, gdy kobiety zaczynając mwić o swoich naprawdę rzeczywistych krzywdach, rozpedzały sie tak ze jako srodek zaradczy proponowały przebudowę: społeczeństwa, nauki Kościoła oraz Biblii i inne najniemożliwsze rzeczy. Problem tkwił nie w postulacie rewolucji, ale w braku metody na nią.
Na wszelki wypadek rację jednak przyznaje autorce artykułu. Ale nie czynię tego z perfidii, tylko swą wypowiedź flaguję jako mocno subiektywną.
@Mario, skoro przychodzi mi tłumaczyć przesłanie tekstu, to znaczy, że był źle napisany. Muszę to uznać i spróbować naprawić.
Chciałam powiedzieć, że z moich rozważań, obserwacji i mojej modlitwy wynika, że świat zyskuje na tym, że kobiety włączają się do b e z p o ś r e d n i e g o udziału w życiu “pozadomowym”. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mężczyźni i kobiety nie są jednakowi, a dążenie ujednolicenia dwu płci uważam za żałosne i świadczące o zakompleksieniu kobiet, niedocenianiu własnej specyfiki. Jednak różność nie jest – moim zdaniem – równoznaczna z ograniczeniem, choć w przeszłości w trudnych warunkach było ono racjonalne, więc też konieczne. Pośredni udział, przez wpływ na mężczyzn: mężów, ojców, synów, braci, kochanków i przyjaciół miały kobiety zawsze. W chrześcijaństwie miały od początku miejsce samodzielne, choć często we współpracy (harmonii) z mężczyzną: Maryja, Maria Magdalena – Jezus, św. Monika -św. Augustyn, św. Scholastyka- św. Benedykt, św. Klara -św. Franciszek, św. Teresa z Avilii- św. Jan od Krzyża. Ale już św. Katarzyna ze Sieny jest samodzielna, św. Hildegarda z Bingen, św. Teresa od dzieciątka Jezus, św. Teresa od Krzyża (Edyta Stein), św. Faustyna (choć ze spowiednikiem ks. Sopoćko). Wiec nie dzieje się obecnie nic nowego pod słońcem, tylko skala zjawiska jest nowa. Ale też warto zauważyć, że kiedyś pisać umiało paru zakonników, a teraz każdy, zatem zmiana skali jest zjawiskiem szerszym.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
Jeśli chodzi o Kościół i wiarę, to sądze że w pewnych regionach świata np. w Rosji i krajach byłego ZSSR przetrwały one głównie dzięki kobietom.