Racjonalność ufności 11
Uważne słuchanie, w trakcie którego wstępnie założy się, że ten, kogo słuchamy może mieć coś ważnego do powiedzenia, jak również założy się, że mówiący może mieć rację, prowadzić może do dwóch efektów. Jeden to zrozumienie, a więc zgoda z mówiącym. Wtedy człowiek staje się posłuszny temu, co zrozumiał, własnemu rozumowi. To posłuszeństwo przychodzi łatwo. Jest racjonalne, tak musimy postępować, żeby żyć. Po to zostaliśmy obdarzeni rozumem, żeby się nim kierować. Jest to, poza tym, przyjemne, gdyż, przyjemne jest odkrywanie zdolności własnego rozumu do rozumienia czegoś, co dotąd było niezrozumiałe, a więc zakryte.
Trudniejszy i budzący opór jest drugi efekt. Zachodzi on wówczas, gdy nie rozumiemy tego, co do nas ktoś mówi, lub rozumiemy tylko częściowo. Tak przemawia do nas świat, co starałam się pokazać na podstawie wykładu o współczesnych teoriach dotyczących budowy wszechświata (post „Potrzeba posłuchania, potrzeba posłuszeństwa”). Jeśli się dobrze zastanowić, to każdy przekaz jest niepełny, każdemu rozmówcy musimy dać pewien kredyt zaufania. Oczywiście istnieje kwestia stopnia. Jeśli więc mamy do czynienia z mową, której w większości nie rozumiemy, to możemy ją odrzucić. Nasz racjonalny umysł prawie tego wymaga, bo chce przyjmować tylko to, co jest dowiedzione. Jednak obszar tego, co dowiedzione jest niewielki. Przyjęcie takiego stanowiska prowadzi do tego, że otacza nas wtedy cała ogromna przestrzeń niedotykalna myślą ani mową (jak przewrotnie, bo pozornie, proponował Wittgenstein w swoim Traktacie logiczno-filozoficznym). Nadal jednak chcemy rozumieć nasze otoczenie i samych siebie. Tak po prostu jesteśmy skonstruowani – jako byty dążące do rozumienia.
Z tej patowej sytuacji wyjściem jest wiara.
Nie warto wierzyć byle komu, bo łatwo możemy zostać oszukani, możemy ulec złudzeniu, możemy zostać wykorzystani.
Z drugiej strony, czy mogę mieć zaufanie tylko do siebie? Uważam, że nie. Nawet włączając lampkę, mam zaufanie, że została skonstruowana tak, że nie kopnie mnie prąd, choć nigdy nie widziałam konstruktora i nie znam się na elektryce. Mam również zaufanie (irracjonalne, oparte na zawodnej indukcji, jak zauważył Hume), że jutro też wstanie słońce. Nasza zależność od innych ludzi, nie maleje, ale rośnie w miarę historycznego rozwoju ludzkości. Oto kiedyś ludzie żyli w społecznościach, które wspólnie wykonywały trudniejsze prace, wymagające ponadjednostkowej siły, wspólnie broniły się przed wrogiem i na tym współpraca się kończyła. Współcześnie zaś można oblać się zimnym potem na myśl, że zabrakłoby choćby fachowców od informatyki, albo energetyki. Przypuśćmy, że jakaś epidemia wszystkich wytraciła, i co wtedy? Bylibyśmy sparaliżowani we wszystkim co robimy, nawet w najdrobniejszych czynnościach. Taka sytuacja wynika z zaawansowanego podziału pracy, z daleko posuniętej specjalizacji. Podział pracy i specjalizacja są racjonalne tylko przy założeniu, że ludzie zawsze będą wymieniać się swą wiedzą i zdolnościami oraz swą pracą. Musimy mieć zaufanie do innych, że uczciwie podzielą się z nami tym, w czym się wyspecjalizowali. Jak dotychczas – sądzę – mimo iż wiele złego można powiedzieć o zachowaniu się ludzi wobec siebie nawzajem, to w tym zakresie ludzie nie mają sobie wiele do zarzucenia – wymiana odbywa się coraz sprawniej, szybciej i obejmuje już prawie całość ludzkości (zalety modnej i z wielu innych względów niepokojącej globalizacji).
Nie zauważamy tego nawet, że mamy także fundamentalne zaufanie do świata, w którym żyjemy. Przecież przed każdym kolejnym wdechem nie drżymy, czy ilość tlenu nie zmniejszyła się do połowy od poprzedniego wdechu. Wierzymy też, że przyszłoroczna zima nie przyniesie nam temperatur poniżej -70 stopni Celsjusza a ciśnienie powietrza nie wzrośnie jutro do 2 atmosfer. Zauważmy, że nie mówię o zupełnym braku tlenu, temperaturze tak niskiej jak -270 st. ani ciśnieniu 100 atmosfer. Gdy się nad tym zastanowić, możemy istnieć tylko dokładnie w tych warunkach, jakie są. Każda najdrobniejsza zmiana przynieść musiałaby takie konsekwencje, że oznaczałaby naszą zagładę. Powinniśmy czuć nieustający strach, bo żyjemy balansując na czubku szpilki – łatwo możemy upaść. Tymczasem śpimy smacznie, a kładąc się spać z nieuświadomioną i wręcz bezczelną ufnością, spodziewamy się, że obudzimy się w przyjaznym nam świecie i uważamy, że tak po prostu musi być. Mamy zaufanie.
Trwanie świata i współdziałanie ludzi skłaniają mnie zatem do rozciągnięcia zaufania, na ich źródło. Dochodzę do wniosku, że nie tylko ludzie, nie tylko świat, ale również Ten, Kto to wszystko stworzył, wart jest, by obdarzyć Go zaufaniem. Zupełnie niesamowite jest to, że Ten Ktoś się wypowiedział w słowie. Tym słowem jest Biblia. Na swoim przykładzie widzę jak ważne było moje nastawienie, że Biblia jest godna zaufania jako słowo Boga. Tym sposobem, jeśli czegoś w niej nie rozumiem, przyjmuję najpierw, że to skutek mojej ograniczonej zdolności do rozumienia, a nie głupoty tekstu. Gdy potem szukam wyjaśnienia, okazuje się, że inni zrozumieli więcej. Mogę z tego swobodnie korzystać -istnieje przecież wymiana wiedzy i zdolności między ludźmi. Kiedy zaś raz i drugi rozjaśniło mi się znaczenie jakiejś sceny ewangelicznej, albo tego, co oznacza ta „głupia historia” o facecie w rybie, nabrałam tym większego zaufania. Przyznałam, ale nie z rezygnacją tylko z mobilizującym zaciekawieniem, że jestem niedouczona – i świadomie przybrałam nową postawę. Sceptycznego czytelnika zastąpił uczeń. Mogę tę postawę nazwać aktywnym oczekiwaniem, To znaczy, wysilam się, żeby zrozumieć, słucham mądrych ludzi, czytam opracowania i refleksje tych, którzy dłużej myśleli, więcej się nauczyli, znają hebrajski, aramejski, grekę i łacinę i mogą sobie wszystko lepiej w głowie ułożyć, ale moment zrozumienia jest mi nieznany. Czekam na niego. Poza tym, to rozumienie nigdy nie jest ostateczne. Ciągle coś dociera do mnie w nowy sposób, albo mogę to odnieść do jeszcze innego wydarzenia w moim życiu, do jeszcze innego projektu na przyszłość. To jest niekończąca się, fascynująca przygoda.
Namawiam do wzięcia Biblii poważnie, do zaufania jej i jej Autorowi. Ciągle się przekonuję, że jest w niej wszystko.





Pani Małgosiu dziękuję i gratuluję – tekst wspaniały, ciekawy, mądry i rzeczowy, a raczej Pani osobiste myśli, spostrzeżenia i refleksje, są według mnie słuszne, trafne, przekonywające i pouczające.
Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów edytorskich i osobistych.
@Zibik
dzięki i pozdrawiam.
Przeczytałem Twój tekst parę dni temu i się ciągle nad nim zastanawiam.
Doszedłem do wniosku, że nie do końca się z Tobą zgadzam :). Co do tych lampek albo innych rzeczy, to nie jest tak (przynajmniej jeśli chodzi o mnie), że zaufanie w działanie tych urządzeń bierze się z bezpodstawnej ufności w dobrą wolę ludzi. To nie jest wbrew pozorom wiara irracjonalna. Ja zakładam, że te urządzenia działają prawidłowo, ponieważ ich twórca nie ma żadnego interesu w tym, aby kopnął mnie prąd. To jest bardzo racjonalne myślenie opierające się na tym, że konstruktor lampek musi robić dobry produkt, bo z tego żyje. Jeśli jego lampki będą kopały, to nikt ich nie kupi, a tym samym on nie zarobi na chleb. To jest dość konkretny i uzasadniony sposób argumentowania i myślenia o tym problemie. Dla mnie zupełnie nie jest to kwestia ufności czy irracjonalności. Tym bardziej, że liczę się z tym, że jednak jest to pewne domniemanie, że konstruktor wie co robi i zdaję sobie sprawę, że może być inaczej i dlatego ubezpieczyłem mieszkanie i siebie. Zatem to cały czas jest racjonalne myślenie, a nie ufność.
Z Bogiem jest inaczej – nic o nim nie wiadomo, nic nie można założyć, nie można wnioskować statystycznie, ani w żaden inny sposób. Dlatego w przypadku Boga mówię o zaufaniu.
A co do Biblii to ja już tutaj nie ufam tak bardzo w to, że jest to słowo Boga. Interesowałaś się kiedyś historią tej książki? To nie jest sprawa prosta, polegająca na tym, że był sobie Bóg, który podyktował jakiemuś swojemu superskrybie swoje słowo, które on następnie zanotował, podpisał Biblia i z pokolenia na pokolenie przekazujemy to sobie jako “słowo Boga”. Zwłaszcza Stary Testament został zmontowany dość swobodnie przez różnych ludzi, którzy jedne zwoje niewiadomego pochodzenia uznali za godne zaufania, a inne nie. A co do mądrości ich wyboru w kontekście prezentowanej w dzisiejszych i dawniejszych czasach głupoty mam prawo wątpić. W dodatku zwróć uwagę, że tam jest mnóstwo fragmentów, co do których są wątpliwości, że jest to realistyczny opis faktów. Już sam początek w postaci “Księgi Rodzaju” jak się, po latach upierania się, że Bóg ulepił lalki z gliny i tchnął w nie życie, okazało się, że to jest jednak pewna przenośnia. Zwróć uwagę, że wiele treści zostało jakoś tam zmienionych czy przeinterpretowanych w stosunku do swojego pierwowzoru. Weźmy oryginalne brzmienie 10 przykazań chociażby.
Z Nowym Testamentem jest trochę lepiej, chociaż nie tak znowu wiele. Wybrano 4 ewangelie, które uznano za “właściwe” mimo, że znane są również inne. Pisane były w różnych okresach, nie do końca wiadomo co jest pierwotne, a co jest wtórnym opracowaniem. Tego wszystkiego głośno się już nie mówi, głównie dlatego, że tak jest łatwiej zapewne.
Tak czy inaczej z Biblią to nie jest tak prosto, przynajmniej dla mnie. To mimo wszystko jest książka o facecie w rybie. Mnie osobiście z całości najłatwiej zaakceptować Nowy Testament i jeśli czymś muszę się posiłkować to najchętniej właśnie tą częścią. Jak ognia natomiast unikam ST, bo tutaj można się tylko w kłopoty wplątać.
PS. A tego faceta w rybie to normalnie powinnaś mi zadedykować ;-). Cieszę się, że bywam inspirujący ;-).
Rafał, widać, że niektórymi tematami się nie interesujesz, bo lecisz ogólnikami. To nie jest tak, że Ewangelie zostały wybrane jakieś tam i badania ich pochodzenia nikt nie sprawdza. Ewangelie to jedne z najbardziej prześwietlonych ksiąg w historii światowego pisarstwa, a większość powstała w stosunkowo niedługim czasie po śmierci Jezusa. Mnogość wszelkiego rodzaju rękopisów wskazuje, że przekaz ustny został zachowany wiernie.
Wiem, że jesteś w posiadaniu “Więcej niż cieśla” McDowella, więc Ci szczególnie polecam, bo chyba nie przeczytałeś ;-). Można z tą publikacją polemizować, ale wskazuje kierunki dalszych badań. Z ewangeliami generalnie jest jak z poszukiwaniami historycznych (poza ewangelicznych) źródeł potwierdzających istnienia Jezusa.
Polecam rozpocząć od Wikipedii, ma wiele odnośników:
http://en.wikipedia.org/wiki/Gospel
http://en.wikipedia.org/wiki/Synoptic_problem
http://en.wikipedia.org/wiki/Two-Source_hypothesis
http://en.wikipedia.org/wiki/Gospel_of_Mark
http://en.wikipedia.org/wiki/Gospel_according_to_Mark
http://en.wikipedia.org/wiki/Gospel_according_to_Luke
http://en.wikipedia.org/wiki/Gospel_according_to_John
@Rafał
Oczywiście, że mnie inspirujesz. Nawet Ci podziękowałam. A z facetem w rybie to świetne sformułowanie. Poza tym, lubię posługiwać się przykładami wziętymi z życia, czyli faktami, a Twoje sformułowanie jest faktem. Masz do niego prawo autorskie.
Jeśli chodzi o ufność itp., to znowu dałeś dobry przykład. Nie ufasz nieracjonalnie i lampka Cię nie kopie, bo ci, którzy ją skonstruowali mają interes, żeby działała dobrze, bo chcą więcej jej sprzedawać. Czy zauważasz, że ostatnia część zdania jest założeniem? Jest założeniem sensownym, bo obserwując otoczenie masz dowody, że tak rzeczywiście jest.
I podobnie właśnie na podstawie obserwacji można stwierdzić, że żyjemy a świat trwa, więc też siła (nie używam słowa Bóg, żeby nie wywoływać niepotrzebnych tutaj skojarzeń), która odpowiedzialna jest za życie i jego trwanie ma widocznie w tym interes, żeby tak było. Stąd właśnie wypływa moje przekonanie o racjonalności ufności, czyli o uprawnionym założeniu, że ta siła sprzyja człowiekowi, ma taki interes, żeby człowiek i świat trwał. Dowody na sensowność tego założenia mam. Pierwszy i podstawowy jest taki, że ja żyję.:)
@Andrzej
Nie lecę ogólnikami :), a Ty chyba nie przeczytałeś dokładnie mojej wypowiedzi :). Napisałem, że ewangelię najłatwiej mi uznać, bo jest stosunkowo najlepiej udokumentowana. A jak chcesz temat zgłębiać to sobie zobacz:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ewangelia_Tomasza
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ewangelia_Judasza
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ewangelia_Q
http://pl.wikipedia.org/wiki/Septuaginta
http://pl.wikipedia.org/wiki/Apokryf
http://pl.wikipedia.org/wiki/Gnostycyzm
http://pl.wikipedia.org/wiki/Esse%C5%84czycy
Jesteś pewny, że się nie interesuję? :). A wspomnianej przez Ciebie książki chyba nie mam, ewentualnie, nie wiem, że mam :).
@Małgorzata
Tego faceta w rybie to gdzieś też zasłyszałem tak naprawdę ;-).
Co do istnienia takiej siły zgodzę się z Twoim myśleniem. Natomiast ja tylko zastrzegam, że co do takiej siły trudno czynić racjonalne założenia, bo nie znamy jej charakteru i tutaj jest większa doza irracjonalnej ufności w porównaniu z tą naszą lampką. A siła rzeczywiście chyba jakoś tam sprzyja człowiekowi :), ale czasem też człowiek w to wątpi na skutek tego co widzi. Czasem ma się wrażenie, że dostaliśmy swoje talenty i mamy działać. Nie wiemy czy siła ma jakiś “swój interes”. Może jest on zupełnie inny niż nam się wydaje. Nawet nie wiemy gdzie ta siła tak naprawdę istnieje i jakie jest jej otoczenie i jak się ono ma do naszego świata. Cóż, w ogóle niewiele na ten temat wiemy… A ja mam wątpliwości, czy przykładowo kościół jest w stanie nam to jakoś uprościć i wyjaśnić. Ale to już będzie temat na mój nowy tekst, który nie mam pojęcia kiedy napiszę :). Chroniczny brak czasu.
@Rafał
Jak to przeczytałeś to fajnie, ale nie rozumiem, czemu przesyłasz linki do tekstów, które Ci komentarz wcześniej podesłałem, z tą różnicą, że Ty do polskiej Wikipedii? ;-)
A książkę masz, tylko chyba nie wiesz już co masz na półce :P.
@Rafał
Kiedyś mnie strasznie ucieszyło, kiedy pojawił mi się taki łańcuszek myśli: 1.Jest jakaś siła, o której nic nie wiem, ale która musi mi sprzyjać, bo żyję. 2. Skoro ta siła działa tak, że żyję, to znaczy, ta siła działa tak, żebym mogła żyć (to tylko pozorna tautologia, nie chciałam powiedzieć, że ta siła tak chce, tylko, że tak po prostu jest) 3. Jeśli żyję, to znaczy, że jest to “zgodne”, “w interesie”, “według woli”, “według chcenia”, “po myśli” tej siły. (Przypadek wykluczam jako zbyt mało prawdopodobny. Zaistnienie warunków sprzyjających mojemu życiu mogę sobie jeszcze wyobrazić jako przypadek, ale trwanie takich warunków i to bez żadnej przerwy, bez odchyłki np, w stronę 100 atmosfer przez jedną sekundę, nie może być przypadkiem.)
4. Jeśli w interesie tej nieznanej siły jest to, żebym żyła, to ta siła daje mi znak, jakby wypowiadała zdanie: “Chcę, żebyś żyła”
5. “Chcę, żebyś żyła”, “chcę, żebyś była”, to tyle, co powiedzieć: “Kocham Cię”, bo właśnie tym jest miłość: zgodą na to i zabieganiem o to, żeby druga osoba żyła.
6. A więc jest siła, która mnie kocha.
7. Nazwę ją Bogiem i zobaczę, co o Bogu mówią inni ludzie, bo przecież nie mogę być wyjątkiem i tylko ja jedna nie mogę dojść do podobnego wniosku, więc to, co o Bogu mówili inni (a było ich wielu) może mi się przydać, żebym nie wyważała już otwartych drzwi, bo szkoda czasu.
Mam nadzieję, że Ci się spodoba. Pozdrawiam :)
@Małgorzata
Bardzo fajny łańcuszek myśli. Zdefiniowałaś właściwie podstawę swojej wiary i wiary jak sądzę wielu ludzi. Zwróć uwagę, że w zasadzie ten łańcuch myśli towarzyszył większości wielkich religii: chrześcijaństwu, islamowi, judaizmowi, zapewne buddyzmowi, może Majom, Indianom i wielu innym cywilizacjom. W końcu jest on dość naturalny.
To jest baza wspólna dla wielu religii. Reszta to tylko szczegóły. Książka o facecie w rybie jest ważna dla chrześcijan, bo jakiś facet dawno temu tak uznał. A Koran jest ważny dla islamu bo jakiś inny facet tak uznał. Te szczegóły wybrali ludzie. Nie wiem po co. Żeby się odróżniać? Żeby bliźniego swego za innowiercę, niewiernego czy innego złego uznać? Nie sądzę, aby było to dzieło owej Siły. Dlaczego zatem zakładać, że w Biblii mamy wszystkie odpowiedzi, a nie w Koranie? Bo się urodziliśmy w Polsce, która od 1000lat jest katolicka, bo pasowało wziąć chrzest 1000 lat temu? To są naprawdę szczegóły, a o samym Bogu niewiele wiemy. Możemy chyba w miarę spokojnie domniemywać o tej podstawie, którą opisałaś. Inne domniemanie stawiało by sens naszej egzystencji pod wielkim znakiem zapytania.
Widziałem, że wypowiedziałaś się pod tekstem o jednym Bogu trzech religii. Widziałem, że sceptycznie. Ale przyjrzyj się moim argumentom, a może przekonasz się, że rzeczywiście wierzymy w tego samego Boga. Reszta to szczegóły, którymi podzielili się sami ludzie. Nasze kółeczko wzajemnej adoracji wybrało książkę o facecie w rybie, a inne kółeczko nie. I dzięki temu możemy prowadzić święte wojny, albo niestety musimy prowadzić dialog ekumeniczny. Żenujące w kontekście istnienia Siły, która wszystkich nas kocha i wszyscy to wiemy… O co nam w ogóle chodzi? Jak nie wiadomo o co, to może o pieniądze?
Stąd mój sceptycyzm dla kościoła (jakiegokolwiek), świętych ksiąg (jakichkolwiek), zaufania dla mądrości hierarchów itp. Mimo, że głęboko wierzę w istnienie Boga i jego nam przychylność. Wierzę również, że stworzył nas na swoje podobieństwo i chciałby mimo wielu naszych niepowodzeń abyśmy miłowali bliźniego swego. Reszta nie ma kompletnie żadnego znaczenia. To tylko książki.
@Rafał
odpowiem postem, bo wydaje mi się to bardzo ciekawe. Mam nadzieję, że nie tylko mnie to ciekawi i że będzie można porozmawiać na istotne tematy.
[...] tekst wiąże się z wypowiedzią Rafała pod postem „Racjonalność ufności” na temat jego stosunku do Boga, religii i kościołów. W tej wypowiedzi zawarte jest przekonanie, [...]