Chrystus Zmartwychwstał w Londynie… po Polsku 2
(Zbiorowy chrzest nowonarodzonych Polaków w londyńskim kościele polskich jezuitów)
(Garstka angielskich katolików przed katolicką katedrą w Londynie dziękuje księżą za ich pracę)
Przyjechałem na lotnisko o 4.30 rano. Była sobota. Po tygodniach nijakiej pogody wreszcie coś się ruszyło. Zaczął padać śnieg z rzęsistym deszczem. Wczesna pora i przedświąteczny tydzień dawały nadzieję, że będzie można szybko się odprawić z braku chętnych do wyjazdów o świcie. Mała „Etiuda” była jednak pełna. Od drzwi wejściowych wiły się dwa wężyki pasażerów, chcących zdążyć na samoloty do Dortmundu, Glasgow i Londynu.
Ale odprawa szła sprawnie. W niecałe 20 minut trafiłem do strefy przejściowej między Polską a niebem. Hala odlotów przypomina dworzec PKP gdzieś w Pile lub Sanoku: blaszak z podłogą pokrytą tandetnym marmurem, na której rozstawiono kilka rzędów, równie tandetnych jak podłoga, plastikowych krzeseł, przypominających te stadionowe. Ostatnie wolne szybko się zapełniały. Czekających z każdą chwilą przybywało. Zajmowali miejsca przy ścianach, na podłodze, siadając na podręcznym bagażu. Mała grupa latynoskiej młodzieży ożywiała senną atmosferę.
Na twarzach większości oczekujących malowały się jedynie zmęczenie i skupiony smutek. Większość z tych ludzi wyjeżdżała na wiele tygodni lub miesięcy za pracą. O 5.OO towarzystwo się ożywiło. Otwarto sklep „Baltony”. Sprawnie, jak za dawnych lat, utworzyła się spora kolejka. Ostatnie tradycyjne zakupy – wódka, papierosy, słodycze dla krewnych lub znajomych.
Kiedy podstawiono autobus okazało się, że większość czekających leci tym samym samolotem, co ja. Tłum rzucił się do wyjścia. Impet studził pracownik linii lotniczych, jeszcze raz sprawdzający tożsamość i kartę pokładową. W kolejce zagadnął mnie Marek, pytając czy to samolot do Londynu.
Marek okazał się rutyniarzem, latającym dziesiątki razy tanimi liniami. Pracował jako kurier, wożąc dokumenty po całej Europie. O linii, którą mamy lecieć jest jak najgorszego zdania. Wiele razy się zawiódł. Jednak musi nią polecieć, bo bilet kupił mu kolega, który namówił go na pracę w Londynie. Był zmuszony decydować się z dnia na dzień. Do końca nie wie nawet co będzie robił, ani gdzie mieszkał. Ale dla trzydziestokilkulatka z ambicjami nie było pracy w Lublinie, skąd pochodzi.
Wystartowaliśmy zgodnie z planem, a na miejsce dotarliśmy nawet 10 minut przed czasem. Przewidywania Marka na szczęście się nie sprawdziły. Lotnisko w podlondyńskim Luton to raczej drugorzędny port, bez efektownej architektury. Terminal jest prosty, ale funkcjonalny. Przypomina nasze wielkie centra Handlowe. To co od pierwszej chwili mnie zaskoczyło to kolory. Kolory skóry. Trzy czwarte pracowników lotniska to czarnoskórzy, brązowoskórzy, żółtoskórzy, szaroskórzy. Pierwszy raz w doświadczyłem, że to biali wizualnie mogą się wyróżniać z tłumu!
Z pomocą studiującego w Londynie kolegi dotarłem do mego celu – jezuickiego domu i kaplicy na 182 Walm Lane. Placówka ta powstała z inicjatywy powojennej emigracji. W okolicy mieszkali ludzie związani z rządem londyńskim. Do dziś tutejszym parafianinem jest pan prezydent Kaczorowski.
„Po latach ilość parafian zaczęła topnieć. Część umierała, pozostali wyjeżdżali z miasta lub przeprowadzali się do innych dzielnic Londynu. Młodzi asymilowali się ze społeczeństwem brytyjskim i nie czuli już potrzeby chodzenia do polskiego kościoła. Mała kaplica coraz rzadziej bywała pełna” – wspomina pracujący tu od 40 lat o.Tadeusz Sporny SJ. Sytuacja gwałtownie się zmieniła po wejściu Polski do UE.
Po ostatniej kampanii wyborczej i wizytach obecnego premiera w Anglii, Szkocji i Irlandii nie jest dla nikogo rzeczą specjalnie odkrywczą, że wielu Polaków wyjechało szukać swego szczęścia na wyspy. Polskie media na okrągło bombardują informacjami o bolączkach i sukcesach naszych emigrantów. Dla mnie też to wszystko były oczywistości.
Jednak jakież było moje zdziwienie, że elektroniczne obrazy i dźwięki, liczby, kalkulacje statystyki to czysta abstrakcja, w połowie nie oddająca tej emigracyjnej rzeczywistości. Nie wiem ilu Polaków wyjechało: 700 tys. czy 1mln. 700 tys. Po przekroczeniu pewnego rzędu wielkości, to chyba przestaje mieć znaczenie. W chwili gdy w najbardziej kosmopolitycznym mieście Europy, a może i świata, obok hindi, arabskiego, perskiego, japońskiego, rosyjskiego, jakiś nierozpoznawalnych dialektów afrykańskich na pierwsze miejsce wysuwa się język polski – liczby przestają być ważne.
Gołym okiem czy raczej uchem można dostrzec, że z kraju wyjechał tabun ludzi. Wyjechało być może pokolenie, znaczna jego część, ta najbardziej pracowita i zaradna. Większość ma między 20 a 35 lat. W dzielnicy, w której pracujemy Polacy są dobrze zorganizowani. Samych polskich sklepów jest tu 10 i powstały tylko w ostatnich dwóch latach! – mówi o. Jerzy Białek SJ, przełożony jezuickiej misji. W innych częściach Londynu jest podobnie. Za migrującymi Polakami wyemigrowała cała infrastruktura: sklepy, restauracje, polscy księża, banki, szkoły.
W okolicy nadaje Polskie Radio Londyn, wychodzą polskojęzyczne gazety, powstają ośrodki kulturalne, przyjeżdżają polscy artyści. Po świętach koncert ma dawać Maryla Rodowicz. Każda nacja tworzy tu zresztą podobną infrastrukturę. To miasto wygląda tak, jakby za wszelką cenę chciało obalić Huntinktonowską teorię zderzenia cywilizacji i udowodnić że tyle różnych kultur, religii i nacji może pokojowo koegzystować obok siebie i w jakimś sensie ze sobą. Na razie jakoś się to udaje.
Najbardziej aktywni religijnie są muzułmanie. W okolicy działa kilka islamskich kaplic i ośrodków kultury. Obok stacji metra buduje się, nieproporcjonalnie wielki do tutejszej zabudowy, meczet. Na drugim miejscu są chyba Polacy. Jezuici od roku dzierżawią tu poanglikański kościół. Kaplica z dnia na dzień przestała wystarczać.
Anglikanie są tutaj dosłownie na wymarciu: „Do kościoła z którego korzystamy, zaczęli wprowadzać się kloszardzi, zagnieździły się lisy i szczury. Już wcześniej staraliśmy się o pozyskanie tej świątyni, ale z niewielkim skutkiem. Po tych faktach były anglikański proboszcz sam przyszedł do nas z kluczami. No i jesteśmy. Na razie na dwa lata. Później zobaczymy, ale nie wyobrażam sobie pracy bez tego kościoła – To już niemożliwe!” – Mówił o. Białek. Przez ten jeden mały londyński kościółek w ostatnie święta przewinęło się kilka tysięcy Polaków. Setki spowiedzi, tysiące rozdanych komunii, kilka tysięcy pobłogosławionych koszyków ze święconką. Po prostu polski Kościół.
To co jednak dostrzegalnie inne to masowa obecność dzieci z rodzicami na każdej mszy. W święta mieliśmy około 30 chrztów. Nowy kraj wyraźnie służy prokreacji. Dobry system podatkowy i socjalny na pewno skłania do podjęcia decyzji o posiadaniu dziecka. Przy kościele kręci się sporo ministrantów, jest chór dziecięcy, harcerze. Wszyscy mówią po Polsku, ale w zakrystii chłopcy między sobą porozumiewają się już po angielsku, z pięknym brytyjskim akcentem.
Te dzieci choć świadome swych korzeni wyrastają jednak powoli na Brytyjczyków i trudno sobie wyobrazić, by chciały po kilku czy kilkunastu latach wracać do kraju rodziców. A rodzice raczej nie wrócą bez swych pociech. I tak koło się zamyka. Wielu więc pewnie tu odnajdzie swój dom i nową ojczyznę. Miałem okazję dłużej porozmawiać z kilkoma z tych młodych imigrantów . Niektórzy przyjechali na studia.
To jednak zdecydowana mniejszość, która potrafi wykorzystać nowe, unijne możliwości. Większość przybyła do pracy. Tutejszy rynek, mimo kilkuletniego naporu siły roboczej z zewnątrz, ciągle jest bardzo chłonny i na razie cały czas cierpi na niedobór pracowników, głównie w gastronomii. Spotkałem takich odważnych, którzy przyjechali bez angielskiego i poradzili sobie.
Piotr zaryzykował i jest zadowolony: „Tu po trzech latach pracy będzie mnie stać na kupno mieszkania w Krakowie. Po roku uzyskam zdolność kredytową, która, jeśli będę chciał, pozwoli mi na rozkręcenie swego biznesu albo skredytowania mieszkania. W Polsce na dziś takie plany to fikcja. Może Tusk coś zmieni, ale w obecnym tempie to Anglii za 25 lat nie dogonimy”.
Takich głosów było wiele. Wielu deklarowało, że chce pobyć tu tylko kilka lat, dorobić się i wrócić. Może i tak planują. Ale gdy zapuszczą korzenie trudno będzie zostawić to, co tu wypracują. Na razie zresztą ciągle czekają na zachętę, choćby namiastkę obiecanych cudów. To ludzie, którzy już dowiedzieli się na czym polega prawdziwa, rynkowa gospodarka i sama wizja powszechnej miłości nie zachęci ich do powrotu, a tym bardziej nie zmusi. Oni nie dadzą się nabrać na pozorowane reformy.
Tymczasem w oczekiwaniu na małe cuda w Polsce, miło jest usłyszeć gdzieś w Anglii w wiosenny poranek: „Wesoły nam dzień dziś nastał…”. Zapowiada się, że jeszcze wiele lat słowa tej pieśni będą towarzyszyć Brytyjczykom na ich ziemi każdej Wielkanocy. A w Polsce wielkanocny chór jakby ciszej śpiewał…





Dziękuje – komu? czemu? – księżom, a nie “księżą”. Nie wiem dlaczego ten błąd robi się coraz bardziej rozpowszechniony. Chyba dlatego, że nosowe “ą” zanika – jak donoszą językoznawcy – i Polacy nie są już w stanie rozróżnić fonetycznie “ą” od “om”.
Czasem taki błąd wkrada się przeż pośpiech, a nie z niewiedzy czy chęci utrwalania niepoprawnych nawyków językowych. Zapewniam, że tak właśnie było w tym przypadku.Mnie także razi dowolność posługiwania się ortografią. Uważny czytelnik ze sprawnym okiem to prawdziwy skarb! Życzę więc dalszych sukcesów w utrwalaniu zasad poprawnej polszczyzny. Pozdrawiam gorONco:).