Paradoks kochania – w kręgu myśli Simone Weil 12
Bóg jest miłością. Jako taki nie może być sam. Miłość to pragnienie uszczęśliwienia kogoś innego. Z zapomnieniem siebie. Dopiero uszczęśliwienie kogoś innego, bezgraniczne skupienie na tym uwagi i woli, przynosi jako efekt uboczny szczęście temu, kto tak czyni. Nie może on jednak nigdy działać mając (choćby tylko w tle) ten uboczny efekt na względzie. Jedynym celem musi być uszczęśliwianie drugiego.
A zatem Bóg potrzebuje innego, bo jest Miłością. U Greków był Dobrem. Dobro jest statyczne. Ono jest gdzieś ponad nami, w świecie idei Platona. Jest jak odważnik, jak słońce. Miłość zaś jest dynamiczna. Miłość jest wektorem, strzałą dążącą do innego. Można by powiedzieć, że miłość jest wektorem a dobro skalarem. Miłość nie może zrealizować się w Jedni Plotyna ani u Pierwszego Poruszyciela Arystotelesa, ani w Idei najwyższej Platona. Absolut Greków jest statycznym wpatrywaniem się doskonałego Bytu w samego siebie. Jest w tym czystość i cisza, nieporuszona wieczność i lodowata samotność.
Bóg Plotyna, Jednia, z nadmiaru emanuje, rozlewa się w kolejne, coraz bardziej od niego oddalone hipostazy. Im mniej Jedni w hipostazie, im mniej bytu, tym hipostaza jest słabsza. Na skraju bytu i niebytu przebywa dusza ludzka. Za nią już tylko pozbawiona bytu materia. Max Scheler pisze: „W Grecji miłość łączy się z poznaniem. Dla Platona oznacza tylko dążenie od niedoskonałego do doskonałego poznania. Pokazuje to jego teza, że miłować nie mogą ani ci, którzy nie posiadają wiedzy, ani ci, którzy posiadają wiedzę całkowitą, na przykład bogowie, lecz jedynie <<miłośnicy mądrości>>. Miłość – eros – jest dzieckiem dostatku i biedy, wiedzy i niewiedzy. Dlatego bóstwo jest jedynie przedmiotem miłości – samo nie jest miłujące, jak w kręgu chrześcijańskich wyobrażeń. Gdziekolwiek powtarza się to dwojakie określenie miłości, że dynamicznie, nie poprzedza ona poznania, lecz następuje po nim, i że, teleologicznie, jest jedynie drogą, methodos, do celu, jakim pozostaje narastające poznanie – konsekwencją teologiczną zawsze jest pogański fantom skostniałego, jedynie w sobie samym jaśniejącego bóstwa, które nie odwzajemnia miłości, które jest jedynie przedmiotem uwielbienia ze strony stworzeń, a nie współaktywnym podmiotem <<poufnego dialogu duszy z Bogiem>>, jak chrześcijańską modlitwę definiuje już Grzegorz z Nyssy.” (M. Scheller, Wolność ,miłość, świętość, przeł. G. Sowiński, Kraków 2004, s.17. )
A Bóg Żydów, Bóg Mojżesza, Jakuba i Abrahama? Jest Miłością. Jak już widzieliśmy, Simone Weil twierdzi, że tworzy On świat z nadmiaru miłości. Nadaje stworzeniu byt i przez to oddziela je od Siebie. Dzięki temu oddzieleniu może je kochać, czyli uszczęśliwiać. Oddzielenie, nadanie bytu, oznacza też wolność, niezależność. Istnieje zatem świat, bo Bóg chce kochać. Pokazał już, że jego Miłość jest wszechmocą. Mógłby – gdyby chciał – wszystko zniszczyć, wchłonąć w siebie, ale nigdy tego nie zechce właśnie dlatego, że jest Bogiem, który jest Miłością. Bóg żydów nigdy nie jest sam. Jest relacją. Jest „od” i „do”. Jest w ciągłym przepływie. Mieni się, jest nieuchwytny. Miłość nie może być Jednią w rozumieniu greckim, bo Miłość jest relacją. O Bogu żydów nie należy mówić w kategoriach prawdy tylko w kategoriach miłości. Bóg nie jest prawdą logiczną. Kiedy Jezus mówi, że jest prawdą, drogą i życiem, to prawda powinna być rozumiana jako pełny, autentyczny, sposób istnienia, dzięki któremu wydobywa się z człowieka obraz Stwórcy, a nie prawda logiczna.
Zadaniem człowieka jest, podług Simone Weil, odwzajemnianie miłości Boga do człowieka. To, że potrafimy kochać jest tym największym darem, iskrą Bożą w nas, stąd też nasze do Niego podobieństwo. Zatem jesteśmy po to i dlatego, że Bóg jest Miłością. Jesteśmy ograniczeni i wolni, bo Bóg jest Miłością. Istniejemy koniecznie i nieodwołalnie, bo Bóg jest Miłością. Powinniśmy kochać Boga przez miłość do Jego stworzenia. Powinniśmy starać się naśladować miłość z jaką Bóg kocha świat. Simone Weil mówi, że skazani jesteśmy na pewien paradoks w naszym życiu: kochamy, to, co tak naprawdę nie istnieje, bo kiedyś zniszczeje, umrze, a to, co powinniśmy kochać, bo jest wieczne, nie istnieje w zrozumiałym dla nas, zwykłym sensie. (S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, dz. cyt., s. 94: „Miłości potrzeba, aby jej przedmiot istniał (tu, na ziemi) i aby nadawał się do kochania. Otóż takiego przedmiotu dla naszej miłości nie znajdujemy. (…) Albo kłamie się, że pewne rzeczy z tego świata nadają się do kochania. Albo kłamie się, że to, co nadaje się do kochania, jest na tym świecie. Albo pozwala się na to, by miłość po części wykruszyła się i wyjałowiła, po części zaś zgorzkniała i zamieniła w nienawiść. Kto nie dopuści do żadnej z tych ewentualności, podlega cudownej przemianie, która daje mu klucz do tajemnicy. Kocha się wtedy dwie rzeczy, których niepodobna kochać: to, co nie istnieje, i to, co nie nadaje się do kochania.”)
Jeśli ma rację i warto kochać to, co istnieje naprawdę, czyli Boga, to przecież zachodzi również sytuacja odwrotna: Bóg nie powinien kochać ludzi, którzy kiedyś umrą i przestaną istnieć. Jeśli więc twierdzimy, że Bóg kocha ludzi, musimy przyjąć, że są wieczni. Okazuje się wówczas, po spełnieniu tego warunku, że Bóg kocha w nas to, co wieczne. A tym czymś jest nasza zdolność kochania. Tym samym, rzeczywiście, kochając człowieka, kocha sam siebie. Simone Weil pisze: „Bóg kocha tylko siebie. Kocha nas wobec tego jedynie, gdy chce kochać siebie przez nas przy naszej współpracy.” (S. Weil, Dzieła, dz. cyt., w Zeszyt VI, s.811.) Tak jest, bo On jest miłością. Powyższe rozumowanie może stanowić swoisty dowód na to, że jest w każdym z nas nieśmiertelna cząstka. Właśnie ją kocha Bóg. Czy może to stanowić dla człowieka wystarczającą pociechę, zaspokajać nadzieję na nieśmiertelność? Tylko wówczas, gdy tę nieśmiertelną cząstkę człowiek gotów byłby uznać za siebie, za to, czym w istocie jest. Co wyznacza tożsamość człowieka? Miejsce zajmowane w czasie i przestrzeni, czy zespół relacji ze światem zewnętrznym i z samym sobą, w których człowiek tkwi? Jeśli zrozumiemy, że tożsamość buduje się w oparciu o nawiązywane przez nas relacje, to zrozumiałe stanie się, że wciągając nas w relację miłości, Bóg (będąc wszechmocny i kochający) zadbał o nasze życie wieczne. Gdybyśmy cali ginęli, nie mógłby nas kochać, bo do istoty kochania należy pragnienie bliskości kochanej osoby. Kochać, to bowiem tyle, co mówić: „Chcę, byś był w bliskości ze mną.”.
Żeby zaś być blisko, trzeba przede wszystkim być.




Małgorzato,
polemizuję. Nie zgadzam się z tezami początkowymi tekstu. Nie zniosłabym, gdyby ktos mnie kochał tylko po to by mnie uszczęsliwić z całkowitym zapomnieniem o sobie, z przypadkowym efektem ubocznym własnego szczęścia. Takich ludzi przepędziłabym na cztery wiatry. A cóż dopiero Boga! Wypadałoby się zachowac się wobec Niego co najmniej jak mały Sartre w łazience. Być nadwyżką bytu Boga, który nie jest w stanie pomieścić w sobie miłości i uszcześliwia … okropne. No i cóż komu po tej szczęśliwości??? Przyznam się, że nigdy nie spotkałam takiej miłości, jaką opisujesz ani ze strony ludzi, ani Boga. A jeśli nawet usiłowała nią być, okazywała się trująca.
Jest takie powiedzenie że miłośc zrównuje kochajcych się. Jeżeli brak tej równowagi, miłość po prostu nie istnieje.
Nie powiedziłabym również, że dobro należy rozumiec jako skalar, bo w ludzkim odbiorze dobro wiąże się w znacznym stopniu z zaspokajaniem potrzeb, więc też jest relacyjne (nie chcę powiedzieć względne, gdyż na ten przykład Maslow uhierarchizował przepięknie skalę potrzeb niezbędnych do funkcjonowania każdej ludzkiej jednostki). Wielu mistyków, chocby św. Tersa zwracało się do Bóga “najwyższe Dobro moje” To, że żyła ona w czasach, gdy duchowośc była przesycona pierwiastkiem neoplatońskim, nie oznacza że okreslenie Boga prze Teresę należy rozumieć filozoficzne, ale zdecydowanie lirycznie, wręcz tkliwie.
I nie wiem dlaczego warunkujesz miłośc Boga wiecznością ludzkiego istnienia. Życie wieczne, to dość późny wynalazek duchowości, dla pierwotnej religii Izraela zupełnie nie znany. Ośmielę sie powiedzieć, że im mniej “wieczności” tym zdrowsza duchowość. Dlatego nie do zastąpienia wydaje mi się elementarnosć i realność hebrajskiego przymierza (ja Ci oddaję cześć, Ty mi błogosławisz i zbawiasz); z tego również powodu cenię Lorenzo Vallę. Relacja z Bogiem – doswiaczenie zbawienia istnieje przede wszystkim tu i teraz. Jak zakończyłaś – trzeba przede wszystkim być. I to wystarczy do paradoksu kochania.
Fajna dyskusja, czekam na więcej :)
Skąd taki opór przeciw temu opisowi miłości? To, że nie codziennie spotykamy się z taką miłością, nie znaczy że nie istnieje. A świadectwo św. Pawła? A św. Jan od Krzyża?, a św, Faustyna? Oni właśnie mówili o takiej miłości. Kłamali? A Jezus? przecież On tak kochał i przyszedł nauczyć nas, że my też mamy tak kochać. O tym właśnie pisze Simone Weil.
Absolut starożytnych Greków jest samowystarczalny, co oznacza między innymi, że nie potrzebna mu relacja do nikogo i niczego. dlatego absolut nie kocha. Ludzie i świat są mu obojętni. inaczej jest z Bogiem żydów. Ich i nasz Bóg jest Miłością i takie pojmowanie i ujmowanie Boga było rewolucją w historii duchowości.
Nie warunkuję miłości Boga nieśmiertelnością człowieka, lecz wyciągam wniosek z tego co pisała Simone Weil, a co mnie przekonuje: warto kochać to, co wieczne. Zatem Bo też powinien kochać to, co wieczne. Bóg kocha człowieka. Zatem człowiek jest wieczny.
Jeśli chodzi o nieśmiertelność, to jej obietnica i wiara w nią jest kwintesencją chrześcijaństwa. Jestem chrześcijanką, więc wierzę w nieśmiertelność. cnd.
P.S. Platonizm pokutuje w chrześcijaństwie, zgadzam się, że tak jest, ale nie zgadzam się, że tak ma być.
A mnie się wydaje, że biblijny Bóg nie kocha tego, co wieczne, tylko to, co ludzkie. Z kolei jako chrześcijanka mówię: “wierzę w Jezusa Chrystusa, który umarł i zmartywchwstał”, natomiast z premedytacja unikam takich abstrakcyjnych ogólników jak nieśmiertelność.
Na pytanie: skąd taki opór przeciw opisowi miłości, odpowiadam, że doprawdy nie wiem gdzie św. Paweł, św. Jan od Krzyża albo św. Faustyna doświadaczali Boga w taki sposób: “Miłość to pragnienie uszczęśliwienia kogoś innego. Z zapomnieniem siebie. Dopiero uszczęśliwienie kogoś innego, bezgraniczne skupienie na tym uwagi i woli, przynosi jako efekt uboczny szczęście temu, kto tak czyni. Nie może on jednak nigdy działać mając (choćby tylko w tle) ten uboczny efekt na względzie. Jedynym celem musi być uszczęśliwianie drugiego.” Objawiając swą miłość, Bóg chce być znany i kochany. To całkowicie “nie w Jego stylu” budować izolatkę z doskonale altruistycznej miłości. Nie na tym polega bezinteresowność. Bóg stworzył swiat narażając sie na ryzyko nieodwzajemnienia, które, jak się okzauje, żywo Go dotyka. W końcu księga Ozeasza jest skargą Boga na nieodwzajemnioną miłość.Z kolei księga Hioba jest skargą człowieka na życie pozbawione szczęścia, który dodatkowo musi odpierać argumenty: “i ty możesz być szczęśliwy, tylko przyznaj się do grzechu”.
Mam wrażenie, że Simone Weil to niewątpliwie “praeparatio evangelica”, ale nie sama Ewangelia. Czytając Weil miałam wrażenie, że w swym dyskursie ciągnie ona siebie i czytelnika za uszy w sferę bytu ontycznego, jednocześnie ukazując niemożliwość transfomacji i opuszczenia sfery bytu gignetycznego: a więc zmiennego, niewystarczalnego, potrzebującego, pożądającego i cokolwiek nielogicznego. Jakże inna jest postawa Jezusa, który przyszedł “szukać i ocalić to, co zginęło”, czyli tego, co jest zagubione i niczyje, i co Bóg stracił z oczu, a za czym tęskni, czyli czegoś, co niejako “przestało być”…
Czy zgodzisz się ze mną, Małorzato, że w języku biblijnym “wieczność” Boga okazuje się Jego wiernością swojemu stworzeniu?
@Mario,
w credo mówimy na końcu: “wierzę w żywot wieczny, amen”. Kiedy więc mówisz “Życie wieczne, to dość późny wynalazek duchowości, dla pierwotnej religii Izraela zupełnie nie znany. Ośmielę sie powiedzieć, że im mniej “wieczności” tym zdrowsza duchowość. Dlatego nie do zastąpienia wydaje mi się elementarność i realność hebrajskiego przymierza (ja Ci oddaję cześć, Ty mi błogosławisz i zbawiasz)”, ja zauważam, że tym późnym wynalazkiem duchowości, o którym wspominasz, jest właśnie chrześcijaństwo, a więc jest to “wynalazek” nie byle jaki, lecz dla mnie, jako chrześcijanki, zasadniczy. Ponadto chrześcijaństwo nie mówi już “ja Ci oddaję cześć, Ty mi błogosławisz i zbawiasz” (zresztą tak nie mówi również ST, który mówi raczej Ty mnie stworzyłeś i o mnie dbasz, ja Ciebie sławię). Chrześcijaństwo mówi: “Widzę już, że mnie kochasz i odpowiadam na to wolną decyzją, że pragnę na Twoją miłość odpowiedzieć moją miłością”.
Również nie mogę Ci przytaknąć, kiedy mówisz “A mnie się wydaje, że biblijny Bóg nie kocha tego, co wieczne, tylko to, co ludzkie. Z kolei jako chrześcijanka mówię: “wierzę w Jezusa Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał”, natomiast z premedytacją unikam takich abstrakcyjnych ogólników jak nieśmiertelność.”
W przeciwieństwie do Ciebie, jako chrześcijanka, zauważam z radością, że dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa nieśmiertelność przestała być abstrakcyjnym ogólnikiem a stała się Dobrą Nowiną dla każdego, kto w Niego wierzy. Brzmią mi w uszach słowa, które Jezus powiedział: “Moje owce słuchają głosu mego, a ja znam je. Idą one za mną i Ja daję im życie wieczne” (J 10, 28)
Czy według Ciebie jest to abstrakcyjny ogólnik? Moim zdaniem to konkret, który dotyczy mnie osobiście.
Św. Paweł mówi w I liście do Koryntian 15, 51-53: “Oto ogłaszam wam tajemnicę: Nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni. W jednym momencie, w mgnieniu oka, na dźwięk ostatniej trąby – zabrzmi bowiem ostatnia trąba- umarli powstaną nienaruszeni a my będziemy odmienieni. trzeba, ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, aby sie przyodziało w nieśmiertelność”. To również nie jest abstrakcyjny ogólnik. Poza tym, Bóg kochając – jak mówisz – to, co ludzkie, kocha to, co wieczne
Co do tego, jak można opisać miłość, którą objawił Bóg w osobie Jezusa, to oderwijmy się od Simone Weil i posłuchajmy, bądź co bądź, autorytetów:
1. Ewangelia św. Jana (J10,17-18):” Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo ja życie moje oddaję, aby je potem znowu odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz ja je od siebie oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znowu odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od Ojca”. Zatem pytam Cię, Mario,, czy oddawanie życia za innego nie jest szczytem altruizmu i zapomnienia o sobie?
2. św Paweł, Hymn o miłości (I Kor 13,5}:”miłość nie szuka swego”
3.W Encyklice “Deus caritas est” Benedykt XVI tak pisze o miłości Jezusa: ” W Jego śmierci na krzyżu dokonuje się owo zwrócenie Boga przeciwko samemu sobie, poprzez które On ofiarowuje siebie, aby podnieść człowieka i go zbawić -jest to miłość w swej najbardziej radykalnej formie” (s.20)
Nie widzę sprzeczności z tym, co pisała Simone Weil o miłości, a Ty?
Mario, na Twoje ostatnie pytanie odpowiadam, że wierność Boga wskazuje na Jego wieczność, ale się do niej nie ogranicza, lecz ponad nią wykracza. To znaczy, wieczność Boga ukazuje się jako Jego wierność stworzeniu, ale przecież nie oglądamy Boga twarzą w twarz, więc poza tym, co się nam ukazuje, jest jeszcze wiele zakrytego przed naszym wzrokiem.
Na filozofie Simone Weil mam krotka odpowiedz ze znanej piosenki: Nothing you can see that isn’t shown.It’s easy. I to samo sie tyczy mojego pogladu na wiecznosc. A Jezus nie byl altruista. Po prostu umial zyc.I dlatego wierze ze jest Synem Bozym.
Mimo wspanialych pogladow na temat wiecznosci Simone Weil nie uznala ze Jezus jest jej Zbawicielem, choc tak przejmujaco pisala o Jego ofierze. Wiecznosc,aby byla do przyjecia, musi tez zostac zbawiona.
@Maria
Nie rozumiem Twojego komentarza, więc może po kolei dopytam: Co to znaczy według Ciebie, że “Jezus umiał żyć”?
To znaczy ze nie uzasadnial swego zycia zadnymi celami typu uszczesliwianie czy umoralnianie ludzkosci. Czul sie Synem Bozym i z tego wynikala Jego zyciowa postawa. A takze odrzucenie przez ludzi.
Piszesz w swoim komentarzu: ” To całkowicie “nie w Jego stylu” budować izolatkę z doskonale altruistycznej miłości. Nie na tym polega bezinteresowność. Bóg stworzył świat narażając sie na ryzyko nieodwzajemnienia, które, jak się okazuje, żywo Go dotyka.”
Nie wiem, czy polemika spowodowana jest odmiennym rozumieniem słów, czy jest to jeszcze głębsza sprawa. Aby zakończyć sprawę altruizmu: ja nie nazwałam Jezusa altruistą a Ty protestujesz przeciwko uznaniu Go za altruistę. Myślę, że Jezus był kimś znacznie większym niż największy altruista, jednak jeśli mielibyśmy do wyboru określenie Go jako altruisty lub egoisty, to chyba nie mielibyśmy wątpliwości, gdzie Go umieścić.
Co do określeń miłości w moim poście, to są one moją impresją na temat tego, co pisała Simone Weil i zdaję sobie sprawę, że oczywiście miłość nie poddaje się prostemu definiowaniu, jednak sądzę, że te zdania oddają zarówno jej myślenie na ten temat jak i chrześcijańskie pojęcie miłości pokazanej ludziom przez Chrystusa. Taka miłość jet celem, pewnego ideałem niewątpliwie trudnym do realizacji, ponieważ jako istoty biologiczne mamy przemożną tendencję do dbania przede wszystkim o własny interes i troszczenia się o zachowanie własnego życia. Jeśli ten pierwiastek uzyskuje rację bytu, zaczyna dominować i zamiast miłości pojawia się handel wymienny, w którym towarem są rozliczne przysługi z zaspokajaniem potrzeby poczucia bezpieczeństwa, przynależności itp. Według tego, w co ja wierzę i w co – jak wierzę – wierzą chrześcijanie, Jezus pokazał, czym jest miłość: jest całkowitym i bezwarunkowym ofiarowaniem siebie dla zbawienia innych. Czyż nie?
Zgadzam sie z ostatnim zdaniem, ale zycia Jezusa nie przeciwstawialabym filisterskiej, biologicznicznie uwarunkowanej reszcie ludzkosci. Sw Franciszek z Asyzu wolal ze milosc nie jest kochana, a najwiekszym pragnieniem Teresy z Lisieux bylo to, by Jezus byl coraz bardziej znany i kochany. Nie musieli zyc w czasach rewolucji ’68, byc wiedziec ze Bog mowi jezykiem ludzkich pragnien i ze utozsamia sie z nimi. To jest najwieksza tajemnica wcielenia. Zycie Boga nie jest abstrakcyjne ani ezoteryczne.
Smutna prawda…
Wcale że nie