V niedziela wielkanocna: Święte kapłaństwo 2
(Dz 6,1-7; 1 P 2,4-9; J 14,1-12)
Kościół, ludzie Kościoła (nawiasem mówiąc, kiepskie to wyrażenie, przecież wszyscy ochrzczeni są ludźmi Kościoła, nie tylko kapłani) to w powszechnym przekonaniu kler, osoby duchowne i to raczej wyższego stopnia. Na dodatek daje się słyszeć, i to od samych duchownych, że któryś z nich awansował, wysoko zaszedł, bo został biskupem, prowincjałem czy choćby kanonikiem i teraz piastuje władzę. Warto też przyjrzeć się językowi, jakim mówimy o chrześcijanach, którym zlecono władzę posługiwania Kościołowi – eminencja, ekscelencja, przewielebny, najdostojniejszy itd.
Dalej, mówiąc o kryzysie i braku powołań, warto się zastanowić nad sprawiedliwością w Kościele. Do dziś mówi się przecież o lepszych, bo dających większe dochody, i gorszych, przynoszących mniejszy dochód, parafiach. Dochodzi obecnie do tego, że np. proboszcz w wyludniających się i starzejących parafiach popegeerowskich nie ma za co się utrzymać na odpowiednim poziomie, a przecież nie do „posługiwania przy stole” został on powołany.
Tymczasem apostoł Paweł przypomina, że Kościół, to nie żadna doskonała organizacja, ale lud Boży, a apostołowie temuż ludowi służą. Racja bytu, istnienia, biskupów, prezbiterów i diakonów znajduje się więc w istnieniu Kościoła, a mówiąc dokładniej, w Chrystusie. Kościół jest przecież dzisiejszym sposobem życia Syna Bożego. Nie wczorajszym ani jutrzejszym, ale dzisiejszym, a to znaczy, że chrześcijanie i niechrześcijanie, patrząc na Kościół, mają prawo oczekiwać, że zobaczą i usłyszą Chrystusa.
Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca, mówi Jezus. Wynika z tego, że dzieło powierzone Jezusowi wcale nie zostało ukończone, a przeciwnie, jest w nieustannym rozwoju. I jak to bywa w takim przypadku, pewne stare czy nawet wczorajsze sposoby organizowania kościelnego myślenia i działania nie dość, że nie sprzyjają rozwojowi, to jeszcze go hamują, a więc trzeba je odrzucić.
* * *
Zaraz po wojnie Kościół na Zachodzie pozwolił prezbiterom pracować zarobkowo. Chodzi o sprawę księży robotników. Z różnych przyczyn ten eksperyment zarzucono, a może warto byłoby do niego wrócić. Podobnie jest z teologią wyzwolenia czy wieloma innymi kwestiami teologicznymi. Historia Kościoła uczy, że to, co wczoraj było herezją, dzisiaj jest oficjalną nauką Kościoła.





Cytat – “pewne stare czy nawet wczorajsze sposoby organizowania kościelnego myślenia i działania nie dość, że nie sprzyjają rozwojowi, to jeszcze go hamują, a więc trzeba je odrzucić.”
Prosiłbym autora, o doprecyzowanie wybranego fragmentu tekstu. O jakie konkretnie “sposby organizowania…. i działania…..” chodzi ?………
Wówczas czytającym będzie łatwiej poznać i zrozumieć, czy zgłaszane postulaty są konieczne, słuszne i celowe.
Być może wystarczy je jedynie bardziej żarliwie i sumiennie udoskonalać, usprawniać, modyfikować, poprawiać, zmieniać, niż pochopnie albo nie daj Boże bezmyślnie odrzucać. Np: to, co jest mądre, wartościowe, dobre, piękne, bezcenne i stanowi dziedzictwo wielu pokoleń.
Jak wyobrażam sobie stastus prezbiterów pracujących zarobkowo? Niekoniecznie dobrze. Znacznie lepiej status prezbiterów pracujących na utrzymanie własne – jak św. Paweł – pracą rąk własnych. Proponuję wtedy zlikwidować fundusz kościelny i wszelkie pomoce oraz przywileje udzielane instytucjom koscielnym przez państwo.
Ethos księży-robotników obecnie raczej nikomu nie jest w głowie. Byc może byłby on mniej utopijny w społeczeństwach skrajnie ubogich, ale na pewno nie w społeczeństwach bogacących się. Ethos księży robotników opierał się na “labor”, który dziś zdecydowanie zostałby wyparty przez “biznes”. Efektem byłaby taka sitwa, wobec której sycylijska mafia okazałaby sie bladym cieniem. Przesadzam? Mamy dziś próbkę: oto od lat wielu prowadzona jest w ojczyźnie naszej akcja pod kryptonimem budowy Świątyni Opatrzności. NIE WIERZĘ, że ludzie na najwyższych stanowiskach kościelnych nie byli w stanie przez te lata zgromadzić sumy potrzebnej na jej wzniesienie, nie mieści mi się to głowie – pieniadze po prostu musiały wyjść gdzie indziej… (skromny zakonnik w Licheniu rzetelnie wydawał zbierane fundusze na przeznaczony cel i bazylika stanęła błyskawicznie – podziwiam przedsiębiorczość, dystansując się od estetyki). Na przykładzie licheńskiej inwestycji widać dośc wyraźnie, że inicjatywy kościelne dość sprawnie przyciagają kapitał. Problem zachodzi w momencie, gdy morale nie nadąża za dochodami.
No, ale mogę zgodzić sie z sugestią Ojca Wacława przypominając sobie słowa Jezusa: “pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”, które były skierowane do wszystkich, nie wyłączając kapłanów. Warto więc może rozważyć taki model: księża sami utrzymują plebanie, ew. domy zakonne – czyli sprzątają, gotują, piorą, prasują, rachują i administrują, jednym słowem – dziela los setek tysięcy gospodyń domowych. Oprócz tego, ale nie zamiast – realizują się np. w pracy naukowej, na którą ciężką harówą zarabiają. W rezultacie stają się duchową elitą narodu nie tracąc wspólnego języka z ludem. Wynagrodzenie otrzymują od państwa, spontanicznie stając się wpływowym lobby za wprowadzeniem podobnego sposobu finansowania zajęć gospodyń domowych i dowodząc tym samym epirycznej pawdziwości powiedzenia “vox populi est vox Dei”… Oto skrzeczące marzenia po piątej niedzieli wielkanocnej.