Na zbiorowym zdjęciu, na które teraz patrzę widnieje data: 02 kwietnia 2005 roku i napis: „Palotyńska pielgrzymka do Chin 31/03/ – 12/04 2005 r.” Stoimy na Murze Chińskim. Wczoraj zwiedzaliśmy Wieczne Miasto i widzieliśmy wielki zegar na wielkim i niesławnym placu w Pekinie, odliczający dni, godziny, minuty i sekundy dzielące od Olimpiady. Chińczycy śpieszą się, choć mają jeszcze ponad trzy lata.
Jest wśród nas siedmiu księży. W Europie jeszcze nie obudził się ten dzień. Już dawno spaliśmy, kiedy w środku nocy zaczęły nadchodzić sms-y od rodziny i od lat nie słyszanych znajomych – „Jan Paweł II umiera!”
I stało się!
Chodziliśmy po Chinach jak ogłuszeni. W telewizji – absolutna cisza. Tu nikt nie słyszał o Papieżu. Jakże nagle obcy, obojętny i niezrozumiały zrobił się otaczający nas świat tej innej kultury! Nagle ta inność przestała smakować a zaczęła boleć Nasi księża codziennie odprawiali mszę albo w lokalnym kościele albo w jakiejś sali w hotelu. W kościołach – tych oficjalnych – też cisza. Dopiero po kilku dniach władze zdecydowały: „Można”. Można uczcić śmierć Jana Pawła II. Pojawiły się groby, zdjęcia, sztuczne kwiaty, napisy na zwisających z sufitu szarfach. Pięciu księży i jeszcze parę osób chciało wracać do Polski. Przebywanie tak daleko od domu, niemożność uczestniczenia w żałobie była torturą. Dodatkowo księża martwili się, że zostawili swoje parafie. Odbywały się wielogodzinne negocjacje polskich przewodników z chińskim biurem podróży i z chińskimi władzami. Z dnia na dzień odsuwał się termin możliwego awaryjnego odlotu do Polski. Wreszcie decyzja: mamy zbiorową wizę i nie ma żadnej możliwości, żeby ktoś odłączył się od grupy. Trzeba było się z tym pogodzić i znaleźć w tym sens. Szybko odkryliśmy, że dzięki naszej rozmodlonej grupie, modlitwa za Jana Pawła II rozlega się również z tej dalekiej, obcej ziemi. Kiedy zwiedzaliśmy muzeum terakotowej armii, w wejściu mijała nas grupa turystów niemieckich. „Skąd jesteście?”, zapytali. „Z Polski”. Obrzucili nas współczującymi spojrzeniami: „Płaczecie?”. Wykrztusiliśmy przez łzy, że tak. „My też płaczemy” – powiedzieli. I dla mnie to był moment pojednania polsko-niemieckiego.
Mieliśmy szczęście, bo w dniu pogrzebu trafiliśmy do jedynego na całej trasie pielgrzymki hotelu odbierającego telewizję satelitarną. Dzięki temu mogliśmy oglądać transmisję z pogrzebu w Rzymie i zobaczyć na własne oczy, jak Duch Święty przewracał karty Pisma świętego umieszczonego na trumnie naszego, kochanego Ojca Świętego.
A we wszystkich kościołach na trasie pielgrzymki napotykaliśmy małe i wzruszająco ciche grupki uszczęśliwionych chińskich wiernych. Dla nich przyjazd katolików z Europy, a zwłaszcza Msza św. odprawiana przez siedmiu księży to był cud. Wiedzieli, że Papież umarł, ale nic im nie mówiło to, że był z tej samej ziemi, co my. Dla nich był tak samo ich jak i nasz.