Przyjmijmy, że to prawda 4
Tekst ten jest kontynuacją dyskusji pomiędzy mną a Małgorzatą Felicką. Dyskusja ta rozpoczęła się od mojego określenia Biblii (głównie Starego Testamentu) jako „książki o facecie w rybie”. Małgorzata zaś stara się bronić mądrości i natchnionego charakteru tego utworu.
Biblię dzielę w swoich analizach na Stary i Nowy Testament. Wielokrotnie już wspominałem, że dużo łatwiej mi zaakceptować mądrość i natchniony charakter Nowego Testamentu niż Starego, choć i tu wielu może mieć wątpliwości.
Stary Testament jest zbiorem różnych pism o słabo znanym pochodzeniu. Również sposób i zasady wyboru tych pism mogą budzić wątpliwości. W uproszczeniu można rzec, że kilku facetów zebranych jako następcy apostołów usiadło i jedne pisma zatwierdziło, a inne odrzuciło. W dodatku ci sami lub ich następcy dokonali korekt uznając, że jedne zasady wygasły, a inne nie. Wystarczy się przyjrzeć chociażby wspominanemu wielokrotnie przeze mnie zakazowi tworzenia obrazów Boga zawartych w oryginalnych 10 przykazaniach czy też zakazowi przetaczania krwi, czy dziesiątkom innych zasad zawartych chociażby w Księdze Kapłańskiej. A żeby dodać jeszcze więcej dramatyzmu do całej sytuacji warto przypomnieć, że owi następcy apostołów wielokrotnie wykazywali się delikatnie rzecz ujmując niewielką moralnością zwłaszcza jak na nasze obecne standardy. To byli bardziej szamani z lokalnej wioski niż wielkie umysły, oczywiście w kategoriach dzisiejszego świata patrząc.
Przyjmijmy jednak, że to wszystko co nam się mówi to prawda. Przyjmijmy, że w tych pismach mówi do nas Bóg, przyjmijmy, że to jego słowo pisane ręką natchnionego autora. Zastanówmy się jakie są konsekwencje takiego założenia?
Po pierwsze nie wiadomo czemu analizujemy jakiś wielki wybuch, teorię ewolucji skoro Bóg uczynił świat w 6 dni, a siódmego odpoczął? Mężczyznę zaś ulepił z gliny, a kobietę z żebra mężczyzny. Skoro tak się stało czyż nie są próżne nasze wysiłki naukowe? Dlaczego zastanawiamy się nad tym kim jest Bóg, jak wygląda skoro jasno napisano, że wygląda tak jak my, przechadza się po ogrodzie i żyje w naszej przestrzeni, a nawet czasoprzestrzeni? Dlaczego jeden zakaz spośród 10 ignorujemy tworząc obrazy Boga, utrzymując, że owe 10 (a tak naprawdę 9) przykazań to jeden z najważniejszych elementów naszej wiary? Dlaczego łamiemy tak wiele zakazów Księgi Kapłańskiej? Kim są synowie Boga, którzy upatrzyli sobie córki człowiecze? Kim byli giganci? Dlaczego zastanawiamy się nad sensem kary śmierci skoro jasno Bóg rzekł „[Jeśli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga”.
Te wątpliwości można by mnożyć w setki i tysiące trawiąc na tym godziny. Tak czy inaczej sprowadzają się one moim zdaniem do jednego z dwóch rozwiązań. Albo jest to po prostu „książka o facecie w rybie”, czyli zestaw legend i opowiadań o mistycznym Bogu, który żył sobie kiedyś w ogrodzie Eden i miał wielką moc, ale w zasadzie na chwilę obecną nie wiadomo gdzie się znajduje. Albo też jest to słowo Boga, który objaśniał świat ludziom Izraela w sposób, który oni mogli zrozumieć. Jako analogię można tu powiedzieć, że my ucząc nasze dzieci działamy podobnie. Opowiadamy dzieciom, że przynosi je bocian, potem, że jak mamusia i tatuś się bardzo kochają to wtedy w brzuszku mamusi rośnie dziecko, a potem przechodzimy na pszczółki i kwiatuszki :). Albo tłumacząc dzieciom budowę materii najpierw opowiadamy im o stanach skupienia, czyli tym co mogą zaobserwować. Potem mówimy o atomach i tłumaczymy im, że to takie kulki. Potem się okazuje, że te kulki składają się z jednej kulki w środku i kilku krążących dokoła. A gdzie kwarki, stany energetyczne, spiny i dualizm korpuskularno-falowy? Ano 20 lat później jeśli dziecko w ogóle chce to wiedzieć. Można powiedzieć, że tak szybko tylko dzięki temu, że nasza cywilizacja jest tak zaawansowana. Nie ma wątpliwości, że jakakolwiek inteligentna istota, a zwłaszcza Bóg starałby się objaśniać było nie było dosyć mało rozwiniętemu narodowi izraelskiemu możliwie jak najprościej. A skoro tak to pozostaje jedno zasadnicze pytanie: co nam z takiego materiału? Ano nic – ma on znaczenie co najwyżej historyczne i pozwala nam prześledzić losy narodu wybranego. Niewiele niestety mówi nam o istocie świata i Boga, bo jest to po prostu uproszczenie.
Podsumowując tę część artykułu cóż za różnica czy Stary Testament uznamy za pismo natchnione czy książkę o facecie w rybie lub zbieraninę legend niewiele różniących się od podań Indian? Dla mnie różnica ta jest znikoma. Nie czytamy przecież fizyki w obrazkach dla trzecioklasisty chcąc wzbogacić swoją wiedzę.
Idąc dalej napotykamy coraz więcej komplikacji, bowiem docieramy do Nowego Testamentu. To co jest główną komplikacją to to, że znakomita większość NT jak również sama postawa Jezusa przeczy wprost lub pośrednio nakazom ST. Według nauki Jezusa nie tylko nie możemy zabijać innych, ale mamy ich miłować i im przebaczać. Dowiadujemy się, że Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla Szabatu. Nowotestamentowy Bóg to zupełnie inny Bóg niż starotestamentowy. To Bóg miłosierny, przebaczający i kochający, a nie groźny, mściwy i karzący. Być może jest to po prostu przejście na bardziej zaawansowane tłumaczenie świata. Być może NT jest natchniony, podczas gdy ST taki nie był. Można szukać wielu wyjaśnień.
Myliłby się jednak ten, kto chciałby uznać, że w takiej sytuacji należy porzucić ST, a wgłębiać się jedynie w Ewangelię. Abstrahując od kwestii historycznych, takich jak fakt, że nie do końca znamy pochodzenie Ewangelii, że było ich więcej niż oficjalnie uznano za natchnione. Ponadto ponownie ktoś jedne pisma uznał za natchnione, a inne nie. Tak czy inaczej Ewangelia niestety nie niesie dla nas bardzo oczywistych objaśnień jak mamy żyć, chociaż trzeba zwrócić uwagę, że Ewangelia zmienia charakter tych wskazówek w porównaniu z ST. Wskazówki stają się bardziej ogólne i opierają się na celach, które chcemy osiągnąć, podczas gdy ST koncentruje się przede wszystkim na przepisach jak funkcjonować.
Jednakże jak wspomniałem wskazówki te nie są oczywiste wbrew pozorom. Przyjrzyjmy się od tak najważniejszej zasadzie nauki Jezusa, fundamencie naszej wiary. Każdy odpowie, że zasada ta jest oczywista. Przyjrzyjmy się zatem:
Według Jana (15, 13)
„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.”
Nic tu nie ma o miłości Boga. Musielibyśmy przyjąć, że Bóg jest naszym przyjacielem, ale to już jest nasze założenie.
Od Marka (22, 36) dowiadujemy się, że hierarchia jest jednak trochę inna:
«Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?» On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy»
Czyli jednak Bóg na pierwszym miejscu.
A z kolei jeśli zerkniemy do Mateusza (5, 44) dowiemy się, że:
A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.
Czyli wbrew pozorom wcale nie jest najważniejsze, żeby miłować Boga, czy przyjaciela. Najważniejsze jest miłować nieprzyjaciół.
Czytając dalej Mateusza (19, 17) dowiemy się:
A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania». Zapytał Go: «Które?» Jezus odpowiedział: «Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!» Odrzekł Mu młodzieniec: «Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?» Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.
I w tym przypadku młodzieniec pytający spełnia wszystkie poznane przez nas dotychczas zasady (choć Jezus nie wspomina o miłości Boga i nieprzyjaciela), a jednak czegoś brakuje. I nie chodzi tutaj ani właśnie o miłość Boga, ani o miłość nieprzyjaciół. Tym razem chodziło o bogactwo materialne.
I do czego to wszystko nas doprowadza? Stajemy w sytuacji, w której w temacie najważniejszej zasady naszej wiary dostajemy nieczytelne wskazówki od naszego mentora za pośrednictwem Ewangelii. Co z tego wynika? Albo to, że nie możemy ufać ewangeliom, ponieważ są one nierzetelne (sprzeczne między sobą, ale również wewnętrznie), albo, że nie możemy czytać ich dosłownie.
Na chwilę obecną osobiście skłonny jestem stwierdzić, że Jezusowi mogło chodzić o to, by nie czytać ich dosłownie. Chciał byśmy rozumieli cele, do których powinniśmy dążyć, a nie poszukiwali precyzyjnych, algorytmicznych wręcz przepisów postępowania zapewniających zbawienie. Dlatego je tak bardzo pomieszał. Widzę oczyma wyobraźni czasy, w których jego mądrość dociera do ludzi, w czasach kiedy napotykamy na inne cywilizacje w naszych podróżach międzyplanetarnych i każda z tych cywilizacji ma innego bohatera, innego zbawcę, inne wydarzenia, lecz jeden cel. Czynić świat bardziej doskonałym i bardziej pełnym miłości. Jeśli zatem rozumiesz cel, który został Twojemu życiu postawiony pisma mogą być dla Ciebie książkami o facecie w rybie. Dla Twojego celu nie ma to kompletnie żadnego znaczenia. Bogu nie będzie przykro, bo pisma te, to tylko środek do celu. Celem Boga jest to byś zrozumiał cel swojego istnienia i starał się go wypełnić.
I tego wszystkim życzę :).
Wcześniejsze głosy w dyskusji:
- A jeśli to prawda? [21.04.2008]
- Granice sceptycyzmu [04.04.2008]
- Racjonalność ufności [29.03.2008]




Odpowiedziałam Ci postem. Zastanawiam się, czy poza nami nasza dyskusja kogoś interesuje, ale papieru nie zużywamy, więc chyba nie popełniamy nadużycia pisząc posty zamiast komentarzy pod postami. Moim zdaniem temat jest bardzo ciekawy. Przeczytałam Twój post od razu, ale namyślałam się nad odpowiedzią i trochę to trwało. Pozdrawiam. :))
Mnie interesuje i czytuję. Czekam dokąd Was to zaprowadzi :)
Tak ciesze sie, ze moglam przeczytac Wasza dyskusje. Mialam identyczne watpliwosci jak pan Rafal Figas. Uwazalam, ze opisywanie wojen i krwawych rzezi w imie Boga, to profanacja i bluznierstwo. Teraz tez tak mysle, ale od czasu jak oddzielilam RELIGIE i BOGA, wiem, ze Bogu nie sa potrzebne masze sady ale nasza postawa wobec drugiego czlowieka i wobec Absolutu Boskiego.
Przez zwiazek najblzszej mi osoby z mahometaninem, zblizylam sie troche do Islamu. Tam tez JEST TEN SAM BOG!! Malgosiu, calujemy Cie z Bogdanem, moim mezem od 8 marca, bardzo bardzo serdecznie…
[...] Przyjmijmy, że to prawda [03.05.2008] [...]