Ich bin ein Berliner 0
Posłuchałem Daniela Passenta, który na swoim blogu chwalił bilety pociągowe do Berlina za 19 euro, i sam postanowiłem odwiedzić stolicę Niemiec. Zwłaszcza, że myślałem o tym wcześniej; nigdy w Berlinie nie byłem, skutecznie omijając go przez prawie ćwierć wieku. Niesłusznie. Wracam i jestem pod wielkim wrażeniem.
Przede wszystkim współczuję – teraz tym bardziej – Kaczyńskiemu, nie mam pewności któremu, być może obu, rządzenia krajem bez znajomości takiego jak Niemcy sąsiada. Jeden z Kaczyński Brothers przyznał wszak (przed objęciem urzędu prezydenta/premiera), że nigdy w Niemczech nie był. Jak tu rozmawiać, gdy nie zobaczy się, co przedstawiciele Niemiec reprezentują? Dużo cierpliwości musi mieć kanclerz Merkel.
Podoba mi się też, jak Niemcy rozmawiają sami ze sobą. Mam na myśli ogólnie panujący, przynajmniej na pierwszy rzut oka, klimat: tutaj, obok parlamentu, przechodziła Love Parade, przed Reichstagiem na placu pokrytym trawą przesiadują młodzi Niemcy; spotykają się na wielu placach w mieście, nikomu nie przeszkadzają, nikt ich nie spisuje – jak u nas nawet za posiadanie z zamiarem spożycia – kiedy trzymają w ręku piwo, nie ma nawet widocznych policjantów. Sprawia to bardzo miłe wrażenie, że jest się w bezpiecznym miejscu.
Reichstag jest otwarty dla odwiedzających od 8 rano do północy. Każdy może wejść za darmo, przechadzać się wewnątrz jego szklanej kopuły z widokiem na salę obrad na dole. Symbol narodu i miasta stoi otwarty i przyciąga atrakcyjnością – to bardzo dobre rozwiązanie, które można by polecić naszym rodzimym urbanistom.
Z drugiej strony tuż obok wielka ambasada Rosji i pomnik żołnierzy radzieckich ze świecącym na słońcu sierpem i młotem. Sześć godzin pociągiem z Warszawy do Berlina to nic w porównaniu z dystansem jaki dzieli nasz stosunek do historii. W miejscu pamięci RFN na tablicy wymienieni są prześladowani homoseksualiści. Dość egzotyczne dla warszawiaka, ale i pouczające.




Komentarze przez RSS
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy dla tego wpisu