Między projektem a przypadkiem 13
W trakcie dyskusji po wykładzie prof. Andrzeja Brodziaka na temat rozwoju życia, budowy kosmosu i zgodności obserwacji tych dwóch pól z teorią ewolucji dało się zaobserwować polaryzację stanowisk. Część słuchaczy, włącznie z prelegentem, wyrażała wątpliwość, czy teoria ewolucji w zadowalający sposób może tłumaczyć wskazane na wykładzie liczne złożone i zaskakujące zjawiska, czy wyjaśnień nie należy poszukiwać gdzie indziej, natomiast reszta, zwolennicy teorii ewolucji, wzbraniali się przed przyznaniem, że należy doszukiwać się w świecie czegoś, co wykraczałoby poza świat.
Spór taki nie jest czymś wyjątkowym, trwa właściwie od początku nowoczesnej nauki, zainteresowały mnie natomiast używane argumenty ze względu na ich warstwę językową, która jest, moim zdaniem, symptomatyczna i pozwalająca na dokonanie pewnego uogólnienia. Nietrudno było zauważyć, że po jednej stronie jak refren padało słowo „projekt” a po drugiej „przypadek”.
Pokrótce postaram się przedstawić najpierw główną ideę wykładu, który – co istotne – wygłoszony został na spotkaniu Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Otóż profesor Brodziak pokazał najpierw szereg schematów objaśniających budowę pojedynczej, najprostszej komórki od strony biochemicznej, a więc schemat jej funkcjonowania. Procesy w niej zachodzące można porównać z procesami produkcji w fabryce. W komórce następuje precyzyjne i sekwencyjne przetwarzanie we właściwej kolejności jednych związków chemicznych w inne, tak że w efekcie końcowym komórka dostaje budulec w postaci energii umożliwiającej jej trwanie. Ważne jest, że proces ten jest wielostopniowy, poszczególne etapy tego procesu stymulowane są za pomocą wytwarzanych jakby obok enzymów i innych czynników, których pojawienie się w tym a nie innym miejscu i czasie jest jedyną szansą na kontynuację całego procesu. Krótko rzecz ujmując, jest to skomplikowana, imponująca maszyneria, nawet pokazana tak skrótowo jak na wykładzie dla laików w tej dziedzinie, w pełni usprawiedliwia co najmniej zdziwienie, jeśli nie podziw słuchaczy. Pytanie, które stawia profesor brzmi: „Jak to możliwe?” Jak to możliwe, żeby już nawet na poziomie komórkowym aż tyle precyzyjnie dopasowanych warunków i reakcji prowadziło do sensownego rezultatu, jakim jest podtrzymanie istnienia życia tej komórki i żeby sens ten nie był od początku zadany? Profesor Brodziak wątpi w tym miejscu w możliwość zastosowania do wyjaśnienia tego zjawiska teorii ewolucji, ponieważ według niego nie działa tu na przykład mechanizm doboru naturalnego ani mechanizm przystosowawczy. Pojęcie mutacji na tym poziomie oznacza po prostu zmianę. Trudno jednak wyobrazić sobie, że wspieraną zmianą byłaby na przykład promocja wytwarzania przez komórkę jednego enzymu a nie drugiego, tak aby zachodzący w komórce proces mógł przenieść się na wyższy etap, czyli wejść w następne stadium, skoro nieznany byłby wynik całego procesu i jego wpływ na trwanie komórki i skoro nie byłoby to pożądanym skutkiem przebiegu procesu. Stąd wątpienie profesora w możliwość zastosowania teorii ewolucji na poziomie powstawania życia.
Profesor Brodziak dostrzega wartość teorii ewolucji w wyjaśnianiu, dlaczego króliki szybko biegają. Można, jego zdaniem, wyjaśniać ten fakt istnieniem wilków i zatem wykształceniem takich cech u osobników, które przetrwały, że wilki ich nie były w stanie pożreć, zanim się nie rozmnożyły. Po wielu pokoleniach te osobniki wśród zajęcy, w których zapisie genetycznym było coś, co umożliwiało szybkie bieganie okażą się jedynymi, którym uda się przekazać życie i w taki sposób zadziała dobór naturalny i wspomaganie określonych mutacji genetycznych przez eliminację rozrodu osobników, które jej nie mają. Tu zastosowanie teorii ewolucji ma rację bytu.
Wątpliwości dotyczą wcześniejszych etapów: powstawania życia, a jeszcze głębiej, rozwoju kosmosu, bowiem również do procesów komplikowania obecnych we wszechświecie struktur materii nieożywionej, pojawiania się coraz cięższych pierwiastków i łączenia się ich w cząsteczki stosowane jest pojęcie ewolucji kosmosu, zdaniem prof. Brodziaka, nieuprawnione, jeśli kojarzyć je z teorią ewolucji Darwina, co jednak ma często miejsce.
Zdaniem profesora ewolucja kosmosu i powstanie życia przebiega zgodnie z projektem, który tkwi w świecie od samego jego początku i stopniowo rozwija się w czasie. Inaczej nie da się wytłumaczyć, dlaczego powstało nie tylko życie, ale i świadomość. Bez założonego celu, nie widać żadnego powodu, żeby właśnie w tym kierunku rozwój świata podążał. Zaś podąża on ściśle wytyczoną wąziutką ścieżką. Na każdym etapie wybierana jest określona możliwość, tak aby następowała kontynuacja skomplikowanej sekwencji. Tylko tak a nie inaczej wszystko od zarania dziejów musiało się toczyć i przekształcać, żebyśmy dziś mogli na ten temat rozmyślać. Najdrobniejsza zmiana tego projektu gdzieś po drodze w dowolnym momencie wykluczyłaby możliwość naszego istnienia.
I w tym właśnie punkcie następuje konfrontacja stanowisk.
Profesora Brodziaka i tych, którzy się z nim w tej materii zgadzają, ogarnia niemy podziw, dla wspaniałości, umiejętności i intencji twórcy tego projektu, którego jesteśmy świadkami i zarazem owocami, beneficjentami i chwalcami. Zaś pozostali słuchacze uważają, że dopatrywanie się inteligentnego twórcy za obserwowanymi zjawiskami jest słabością rozumu, który nie ogarnia wielkości skali tego, co się dzieje i nie może sobie wobec tego wyobrazić, że w nieskończonym świecie i niewyobrażalnie długim, a więc niemal nieskończonym (sic!) czasie mogą zaistnieć wszystkie możliwości, a więc również taka, jaką obserwujemy.
Ci pierwsi dla objaśnienia rozważanych kwestii używają słowa „inteligentny projekt”, ci drudzy „czysty przypadek”.
Sztandarowym przykładem tego, jak toczy się zwykle dyskusja jest przytoczony i tym razem przykład milionów małp stukających od zarania dziejów w klawiaturę. I pytanie: „Czy można się spodziewać, że jedna z nich wystuka sonet Szekspira?”. Jedni z powątpiewaniem wzruszają ramionami a inni twierdzą, że to kwestia czasu. Taka dyskusja może trwać właśnie w nieskończoność.
Interesujące wydaje się natomiast, co mają wspólnego „przypadek” i „projekt”, czym się różnią i jakie konsekwencje mają te różnice dla wybierających jedną lub druga opcję.
Zatem wyliczmy najpierw cechy wspólne wyjaśnienia przez „projekt” i „przypadek”: 1. oba w pewnym stopniu zaspakajają potrzebę wyjaśnienia; 2. oba kładą kres pytaniom o przyczynę obserwowanego kształtu świata; 3. oba tak naprawdę nie są wyjaśnieniem, ponieważ nie można dowieść prawdziwości ani jednej ani drugiej odpowiedzi; 4. ponadto przesuwają tylko pytanie: nie znamy przecież „projektu”, więc nasze pytanie utyka na tym pozornym wyjaśnieniu, jeśli zaś wyjaśnienie opiera się na pojęciu przypadku, to i tak pozostaje niewyjaśnione pytanie o realizację takich a nie innych przypadków w takiej a nie innej konfiguracji i tak ad infinitum.
Różnice między tymi wyjaśnieniami to: 1. przypadek jest przyczyną sprawczą, podczas gdy projekt przyczyną sprawczą i teleologiczną, czyli celową; 2. przypadek wpisany jest w naukowe zasady funkcjonowania świata zrozumiałe dla człowieka, a projekt jest zasadą której nauka nie przyjmuje; 3.skoro w wyjaśnieniu przez przypadek nie mówi się o celu, to istnieje pełna dowolność przebiegu zdarzeń w przyszłości, podczas gdy w wyjaśnieniu przez projekt istnieją ścisłe ograniczenia, choć nie wszystkie mogą być nam jako podlegającym projektowi znane i zrozumiałe; 4.jeśli nie ma projektu, jak twierdzą zwolennicy przypadku, to nie ma projektodawcy a więc nie ma żadnej inteligencji we wszechświecie, która kierowałaby istnieniem i losami człowieka, chyba że przypadkowo gdzieś we wszechświecie powstała równolegle inna niż ludzka inteligencja ale nie wiadomo, czy ta inteligencja jest na wyższym czy niższym poziomie w stosunku do naszej, czy ma styczność z naszą, a jeśli ma, to czy będzie nam sprzyjać, czy chcieć nas zniszczyć, jeśli zaś jest projekt, to istnieje potężna inteligencja, która nam sprzyja, z którą mamy łączność i powinniśmy współpracować, czyli przyczyniać się do odkrywania jej intencji i dołączać do niej nasze intencje, wówczas możemy czuć się bezpieczni, nic nam nie zagraża, bo projekt nam sprzyja.
Konsekwencje są następujące: zwolennik „przypadku” jest dumny ze swojej samoistności i niezależności i tego, że nikomu nie jest nic dłużny, ale też nie odczuwa swej szczególnej wartości oraz przyznaje się do samotności jako bytu zanurzonego w obojętnym oceanie historii szeregu przypadków.
Zwolennik „projektu” jest dumny z tego, że okazuje się celem (być może nie ostatecznym, ale jednak wartym wielkiego zachodu) jakiejś potężnej inteligencji, czerpie radość z towarzystwa tej inteligencji i możliwości uczestnictwa w „projekcie” i przyznaje zarazem, że nie jest samowystarczalny.
Tak więc zwolennicy wyjaśniania przez „przypadek” i zwolennicy wyjaśniania przez „projekt” – najogólniej biorąc – decydując się na jedną z tych dwóch możliwości dokonują wyboru między samotnością a zależnością. Aby zrezygnować z samotności i zdecydować się na zależność, trzeba zaufać – tak jak w miłości – że nie zostanie się zniewolonym ani poniżonym. Brak takiego zaufania prowadzi do wiary w „przypadek”, a zdolność do ufności do wiary w „projekt”. Obie wiary są równie mało naukowe, choć jedna z nich – wiara w przypadek – chodzi w aurze naukowości.




Ja tylko chcę powiedzieć, że Pan Bóg jest również Panem rachunku prawdopodobieństwa, Bogiem statystyki i Stwórcą przypadku.
Uznawanie przypadkowości za coś leżącego poza zasięgiem Boskiej wszechmocy jest śmieszne. Bóg jest poza i ponad wszystkim, co potrafimy sobie wyobrazić. Jest więc też poza przyczynowością i ponad przypadkiem.
Zapytajcie zresztą ks. prof. Hellera. On wam powie to samo.
Małgosiu! Zacznę od banalnej konstatacji, że prof. Brodziak albo ma rację, albo jest w błędzie. Ambiwalencja przenosi się na teren sporu między teorią inteligentnego projektu i teorią ewolucji. Przyjęcie jednego stanowiska uniemożliwia zaakceptowanie drugiego. Jako zwolennik ewolucjonizmu w tym sporze poświecę ciut namysłu temu, co mnie w koncepcji inteligentnego projektu, jego konsekwencjach, o których piszesz, nie przekonuje.
Tu zostawiam krótki akapit uzasadniajmy, dale czego nie należy utożsamiać ewolucjonizmu z probabilistyką, a tak konsekwentnie jest czynione w Twoim wpisie. Darwinizm odkrywa mechanizmy doboru naturalnego, który z przypadkiem nie ma aż tak dużo do czynienia. Raczej mówi o preferowaniu przez naturę jednych gatunków lepiej przystosowanych, kosztem innych, mniej przystosowanych. A to nie dziej się przypadkiem. Probabilistyka w sensie używanym przez Ciebie, jak mi się zdaje, może być łączona z tzw. strukturami dyssypatywnymi, powstającymi w wyniku procesów nieliniowych w układach nierównowagowych(teoria chaosu). W sąsiedztwie pojęcia procesów chaotycznych pojawia się termin samoorganizacji. Samoorganizacja jest to wybór rozwiązań, pojawiających się w punkcie bifurkacji (zmiany), określany właśnie przez prawa prawdopobieństwa. Tak rozumiem tę samoorganizację, że mimo jej probabilistycznego źródła (w wielkim skrócie myślowym) prowadzi do rosnącej złożoności układów, ale i ma moc porządkującą. Kierunek zmian, czyli bifurkacji jest czysto przypadkowy, jednak prowadzi do uporządkowania układu w jego złożoności. W moim rozumieniu ewolucjonizm współbrzmi z teoria chaosu w szczególnym obszarze. Teoria chaosu wykracza poza obręb biologii, obejmując środowisko, w którym ewoluuje świat biologiczny. W tym sensie, ewolucjonizm znajduje się w obrębie teorii chaosu, ale poza nią nie wykracza. Z drugiej strony fizyka nierównowagowa, chwyta cały badany wszechświat i determinuje w ten sposób kierunek ewolucji organizmów żywych. A zatem moim zdaniem – na marginesie wyłaniającego się za chwilę sporu – procesem, który zakresowo najlepiej sobie radzi ze historią wszechświata jest samoorganizacja, a w jej obrębie dopiero znajdzie się ewolucja. O ewolucji, nie przypadku będzie tu mowa.
Po tym przydługim akapicie wyjaśniającym, wracam do Teorii Inteligentnego Projektu (TIP).
Profesor nie widzi problemu w twierdzeniach ewolucjonizmu, nie odrzuca twierdzenia o preferowaniu przez ewolucje szybkich zajęcy, rozumiem, że zatem i nie odrzuca wspólnego pochodzenia wszystkich gatunków od jednego czy kilku przodków. W tym wprowadza rewolucyjne, wg niego, twierdzenie. Przy zejściu z poziomu makroorganizmów do procesów biochemicznych zachodzących w pojedynczej komórce, teoria ewolucji traci zdolność wyjaśniającą. Dochodzimy tu do centralnego dla tej teorii pojęcia nieredukowalnej złożoności. O tyle centralnego, że bez niego, cała teoria legnie w gruzach. Warto to omówić. System nieredukowalny złożony, to taki w którym występuje wiele elementów tak dopasowanych i oddziałujących między sobą, że usunięcie jakiejkolwiek części unieruchamia działanie całości. Za przykład profesor podaje m.in. niezwykle skomplikowany cykl Krebsa, czyli drugi etap oddychania komórkowego zachodzący w mitochondriach. Bez wdawania się w szczegóły, takich właśnie niebywale skomplikowanych procesów biochemicznych, zachodzących w komórce, takich systemów darwinizm nie wyjaśni, bo jak dowiadujemy się, takiego układu procesów nie można wytworzyć przez liczne, kolejne przebudowy systemu poprzedzającego. Powód jest na pozór logiczny: dowolny poprzednik układu nieredukowalnie złożonego, w którym zabraknie jakiejś części, jest z definicji wadliwy i niefunkcjonalny. Czyli nie można ewolucyjnie udoskonalić takiego systemu wyjmując niejako jedna część i wkładając inną. Jeszcze innymi słowy… pisząc, takiego systemu nie można – jak chce darwinizm złożyć gradualistycznie. Biochemia – zdaniem profesora -wykryła przepaść, której ewolucja sama nie jest w stanie zasypać. Powstaje więc klimat przesilenia w teorii ewolucji, z którym tylko nowa, rewolucyjna wizja inteligentnego projektu daje sobie radę. A zatem, można, a nawet jest to nieuniknione wyabstrahować z całego konceptu ideę inteligentnego projektanta. W ten sposób doszliśmy do zdumiewającego nowego wniosku, że natura świata jest teleologiczna w sensie nie naukowym, ale metafizycznym. Docieramy też do pierwszej wątpliwości, której źródłem jest próba wyjaśnienia nieznanego przez nieznane, tego rodzaju wyjaśnienia, które delikatnie mówiąc nie powinno zdarzyć się w rzetelnym dowodzeniu naukowym. Co więcej, i to po drugie zarazem i podstawowe, ewolucjoniści doskonale radzą sobie z odtwarzaniem drogi dojścia systemów nieredukowalnie złożonych w procesach darwinowskich, ewolucyjnych. Nie miejsce tutaj na przykłady, ale chętnie je w razie wyraźnej konieczności przywołam. I przykłady takie mnożą się nie tylko na poziomie procesów biochemicznych, którymi obrazuje teorię inteligentnego projektu prof. Brodziak, ale tez na poziomie makroświata biologicznego. Darwiniści przyznają, że sam akt korygowania systemu czy programu zaciera ślady pomocne w odczytaniu jego historycznego przebiegu, ale nie świadczy to przeciwko stopniowej ewolucji. Projekt nie jest konieczny. Wprawdzie IP (Inteligentny projekt) może od pewnego etapu iść ręka w rękę z doborem naturalnym, ale to inteligentnemu projektowi przyznaje pierwszeństwo i wyłączność w stworzeniu pierwszego życia, czyli żywej komórki, Inteligentnemu projektantowi. Profesor milczy na temat natury projektanta, a jak wiemy kandydatów – można wnioskować jest kilku – od Boga, poprzez obca cywilizację aż do podróżników w czasie i wreszcie inteligentnej istoty o niezbadanej naturze. Takie koncepcje rodzą się nadal w atmosferze naukowości, bo dotyczy przecież molekularnego życia. Nie da się koncepcji sfalsyfikować, jak nie da się znaleźć świadectwa na nieistnienia IP.
Jeden z gości spotkania porównał nawet koncepcje Inteligentnego projektu do teorii wielkiego wybuchu, bo świadectwa – rzekomo są tez pośrednie, jak np. przesuniecie widma mikrofalowego promieniowania tła w stronę czerwieni, które świadczy o rozszerzaniu się wszechświata, co jest argumentem za itp. Itd. Jednak nikt nie mógł widzieć Wielkiego Wybuchu. Spór TIP z WW na świadectwa empiryczne jest niemożliwy. Obie są niefalsyfikowane. Mało tego, IP rozumiany może być, jako najogólniej prawa przyrody. W ten sposób- jak ja to zrozumiałem, pochłania także teorie ewolucji. Taka koncepcja jest już czystą metafizyką i nie przeczy żadnym osiągnięciom naukowym
w obrębie ich dziedzin szczegółowych. Jednak tutaj rozpatrujemy ujęcie, które mówi, że nie prawa przyrody są powodem powstania życia.
Dla oczyszczenia sumienia przypatrzę się przykładowi, pokazujacemu, że zastrzeżenie dotyczące zasadności wprowadzania systemu nieredukowalnego, jako koła zamachowego życia, jest rzeczywiste. Jasne, że nie da się zastąpić jednego działającego systemu drugim w jednym fantastycznym skoku ewolucji, co nie znaczy, że należy szukać wyjaśnienia w nadnaturalnej interwencji planisty. Jak przyznaje H.Allen Orr, biolog ewolucyjny i krytyk kreacjonizmu w polemice z twórcą teorii inteligentnego projektu, Michaelem Behe, równie dobrze można oczekiwać, że połowa skrzyni biegów samochodu stanie się nagle pomocna dla schowka na poduszkę powietrzną. Coś takiego może się zdarzyć bardzo rzadko, ale na pewno nie stanowi to ogólnego rozwiązania dla nieredukowalnej złożoności. Kolosalną pomyłką Behe’ego jest to, że odrzucając te możliwości, wysuwa on wniosek, iż nie ma żadnego innego rozwiązania darwinowskiego. Istnieje jednak jedno rozwiązanie. Oto ono: system nieredukowalnie złożony można stopniowo zbudować, dodając części, które – początkowo dające tylko nieznaczną przewagę – stają się istotne wskutek późniejszych zmian. Ta logika jest bardzo prosta. Pewna część (A) początkowo wykonuje jakąś pracę (i być może robi to niezbyt dobrze). Później zostaje dodana inna część (B), która ma być pomocna dla części (A). Ta nowa część nie jest istotna, stanowi tylko ulepszenie. Lecz jeszcze później część (A) (lub coś innego) może zmienić się w taki sposób, że część (B) stanie się teraz niezbędna. Proces ten trwa dalej wraz z dokładaniem kolejnych części do układu. W końcu wymaganych może być wiele części.
Oczywiście możliwość tworzenia takich skomplikowanych systemów na drodze ewolucji nie falsyfikuje jeszcze koncepcji IP. Mogą istnieć obok siebie i rozprawiać się z osobnymi systemami.
Rację ma też prof. Brodziak, kiedy twierdzi, że aby wnioskować o projekcie, nie trzeba znać projektanta, przeczuwając, że to natychmiast przeniosłoby dyskusje na problem istnienia Boga. Nawet w jednym zdaniu nie odniósł się do boskiej proweniencji, aby nie zbliżyć się do potencjalnego zarzutu o kłanianie się kreacjonizmowi. W sukurs prof. Brodziakowi, wspomniany Behe argumentował, że nigdy nie widzieliśmy kosmitów, a mimo to pracownicy SETI twierdzą, że potrafią wykrywać inteligentnie zaprojektowane zjawiska, nawet jeśli nie wiedzą, kto je zaprojektował. Inteligencję rozpoznajemy tylko na podstawie jej skutków, nie możemy jej zaobserwować bezpośrednio. Spór da się przedłużać, rzecz w tym, że na gruncie wiedzy trudno jest falsyfikować teorie, które nie pochodzą z empirii. Podobnie darwinizm, opierający się na śladach sprzed miliardów lat, nie musi być przekonujący dla zwolennika teorii projektu. Spór trwa. Darwinizm jest stary jak świat, podobnie jak ataki na niego, co może zostawiać wrażenie, że jest staroświecki i konserwatywny i z tego korzysta wielu jego przeciwników, w tej liczbie kreacjoniści. Jednak wszyscy wiemy, że są rzeczy, które z wiekiem rowijają swój smak. Przychodzi mi tez do głowy, że jednak trudne było by do zaakceptowania, że działają oba mechanizmy na raz, o czym jednak nie przesądzam, w chętnie pomyślę.
Odniosę się teraz bezpośrednio do kilku Twoich tez. Inaczej niż Ty rozumem intencje darwinizmu. Nie ma w nim mowy o czystym przypadkowości, która pojawia się w twoim artykule w jasnym świetle krytyki. Darwinizm definiuje się kategoriami przystosowania i doboru naturalnego. Przypadek winien być rozpatrywany w innym wymiarze, nie związanym ani z teoria ewolucji ani z teorią inteligentnego projektu. Rozumiem to w ten sposób, że przypadek może być mechanizmem rządzącym wszystkimi strumieniami rozwoju życia biologicznego, a przed jego narodzinami i kosmosu, jako domu. Z trudem też akceptuję pogląd, że nasz ziemski projekt zbliża się do ideału, a nie może być inaczej, jeśli zakładamy istnienie inteligentnego projektanta. Jeśli mylę się, sądząc, że chcesz myślec o naszym świcie jako najlepszym z możliwych, skoryguj mnie. Wyobrażam sobie raczej, że mamy ten ziemski projekt, ale mógł być inny, lepszy lub gorszy. Mamy go tu, ale mógłby być w innym miejscu w kosmosie. A zatem, jeśli nie jest idealny, to projektodawca mógł się pomylić. Co warta jest wtedy koncepcja IP? Dlaczego mianowicie projektant nie miałby zrobić tego rzetelnie? Nie widzę w sumie problemu, żeby miał stworzyć świat najlepszy i dać stworzeniom wolność wyboru w najlepszym gatunku, jednak taka koncepcja przestaje być atrakcyjna dla kreacjonizmu. Pytanie o przyczynę pozostaje aktualne – co sama przyznajesz, a moim zdaniem bardziej aktualne w przypadku TIPu.
Zgadzam się in extenso z argumentacja ujęta w punktach 1-4, z prośbą o uwzględnienie drobnej znowu korekty terminologicznej. Pojęcie „przypadek” zamieniłbym na „ewolucję” wraz z konsekwencjami.
Do akapitu mówiącego o różnicach między wyjaśnieniami.
Ad 1 Darwinowski mechanizm przystosowania rozumiem jako przyczynę teleologiczną na równi z IP, przy której ewolucja pełni funkcje sprawczą, a zatem obie koncepcje spełniają postulat celowości;
Ad 2 „Przypadek”, a zatem ewolucja w podobnym stopniu co IP, na gruncie dostępnych badań, ma czasami wątpliwie ugruntowane zasady pierwsze.
Ad 3 Odsyłam do punktu pierwszego. Trudno tu mówić o dowolności, nawet jeśli włączyć zasady darwinizmu w szerszą domenę pojęć i zasad termodynamiki nieliniowej, czyli teorii chaosu i procesów samoorganizacji. W przypadku koncepcji IP- jeśli nie znamy projektanta, a mamy tylko domniemanie istnienia tajemniczego projektu, to tym mniej możemy powiedzieć o ograniczeniach. Projekt jest jeszcze bardziej poza zasięgiem naszych pojęć i jeszcze mniej deterministyczny.
Ad 4 I znowu pojęcie przypadku zastąpię pojęciem ewolucji. Nie uznaję za paradygmat przymusu istnienia wyższej inteligencji, która miałaby czymkolwiek kierować. Nie przeczę, że jest to możliwe, ale to tylko jedna z dwóch lub trzech możliwości. Ta trzecia wg mnie może zakładać, że inteligencja jest właściwa dopiero człowiekowi i dopiero po jego pojawieniu się na ziemi spełniony jest jako tako, i moim zdaniem źle, postulat teleologiczności. Moim też zdaniem, bez projektanta, możemy nadal być dumni ze swoich dokonań i samoistności, a nawet wartość czynów przez to rośnie, bo jesteśmy wolni. Ponadto, jeśli człowiek zajmuje miejsce drugoplanowe w większym, niezrozumiałym i przerastającym go projekcie(to widać i słychać w kreacjonizmie), nie może usatysfakcjonowany, bo nie widzi zasług. Jest tylko przedmiotem, nie podmiotem.
Na koniec wybór między samotnością i zależnością jest w istocie brakiem wyboru, w świetle tego co przedstawiam. W jednym przypadku decyduje mechanizm przystosowania w drugim projektant. Rzeczywiście, przyjęcie koncepcji IP wymaga zaufania, jednak efekt dla przyrody jest obiektywnie i empirycznie ten sam. Raz mamy jednak aurę naukowości, innym razem boskości. Tylko w jednym z dwóch przypadków nie możemy się aż tak bardzo rozczarować, bo cel jest zawarty w mechanizmach przystosowania. W innym wartość tego co dzieje się na ziemi jest dziełem projektanta. Czy ten projekt jest jednak aż tak dobry, żeby zawierzać go wielkiemu projektantowi? Widzę ryzyko
Małgosiu! Zacznę od tego, że Prof. Brodziak albo ma rację, albo jest w błędzie. Ambiwalencja przenosi się na teren sporu między teorią inteligentnego projektu i teorią ewolucji. Przyjęcie jednego stanowiska uniemożliwia zaakceptowanie drugiego. Jako zwolennik ewolucjonizmu w tym sporze poświecę ciut namysłu temu, co mnie w koncepcji inteligentnego projektu, jego konsekwencjach, o których piszesz, nie przekonuje.
Tu zostawiam krótki akapit uzasadniający, dlaczego w mojej opinii nie należy utożsamiać ewolucjonizmu z probabilistyką, a tak konsekwentnie jest czynione w Twoim wpisie. Darwinizm odkrywa mechanizmy doboru naturalnego, który z przypadkiem nie ma aż tak dużo do czynienia. Raczej mówi o preferowaniu przez naturę jednych gatunków lepiej przystosowanych, kosztem innych, mniej przystosowanych. A to nie dziej się przypadkiem. Probabilistyka w sensie używanym przez Ciebie, jak mi się zdaje, może być łączona z tzw. strukturami dyssypatywnymi, powstającymi w wyniku procesów nieliniowych w układach nierównowagowych(teoria chaosu). W sąsiedztwie pojęcia procesów chaotycznych pojawia się termin samoorganizacji. Samoorganizacja jest to wybór rozwiązań, pojawiających się w punkcie bifurkacji (zmiany), określany właśnie przez prawa prawdopobieństwa. Tak rozumiem tę samoorganizację, że mimo jej probabilistycznego źródła (w wielkim skrócie myślowym) prowadzi do rosnącej złożoności układów, ale i ma moc porządkującą. Kierunek zmian, czyli bifurkacji jest czysto przypadkowy, jednak prowadzi do uporządkowania układu w jego złożoności. Ewolucjonizm współbrzmi z teorią chaosu w szczególnym obszarze. Teoria chaosu wykracza poza obręb biologii, obejmując środowisko, w którym ewoluuje świat biologiczny. W tym sensie, ewolucjonizm znajduje się w obrębie teorii chaosu, ale poza nią nie wykracza. Z drugiej strony fizyka nierównowagowa, chwyta cały badany wszechświat i determinuje w ten sposób kierunek ewolucji organizmów żywych. A zatem moim zdaniem – na marginesie wyłaniającego się za chwilę sporu – procesem, który zakresowo najlepiej sobie radzi ze historią wszechświata jest samoorganizacja, a w jej obrębie dopiero znajdzie się ewolucja. O ewolucji, nie przypadku będzie tu mowa.
Po tym przydługim akapicie wyjaśniającym, wracam do Teorii Inteligentnego Projektu (TIP).
Profesor nie widzi problemu w twierdzeniach ewolucjonizmu, nie odrzuca twierdzenia o preferowaniu przez ewolucje szybkich zajęcy, rozumiem, że zatem i nie odrzuca wspólnego pochodzenia wszystkich gatunków od jednego czy kilku przodków. W tym wprowadza rewolucyjne, wg niego, twierdzenie. Przy zejściu z poziomu makroorganizmów do procesów biochemicznych zachodzących w pojedynczej komórce, teoria ewolucji traci zdolność wyjaśniającą. Dochodzimy tu do centralnego dla tej teorii pojęcia nieredukowalnej złożoności. O tyle centralnego, że bez niego, cała teoria legnie w gruzach. Warto to omówić. System nieredukowalny złożony, to taki w którym występuje wiele elementów tak dopasowanych i oddziałujących między sobą, że usunięcie jakiejkolwiek części unieruchamia działanie całości. Za przykład profesor podaje m.in. niezwykle skomplikowany cykl Krebsa, czyli drugi etap oddychania komórkowego zachodzący w mitochondriach. Bez wdawania się w szczegóły, takich właśnie niebywale skomplikowanych procesów biochemicznych, zachodzących w komórce, takich systemów darwinizm nie wyjaśni, bo jak dowiadujemy się, takiego układu procesów nie można wytworzyć przez liczne, kolejne przebudowy systemu poprzedzającego. Powód jest na pozór logiczny: dowolny poprzednik układu nieredukowalnie złożonego, w którym zabraknie jakiejś części, jest z definicji wadliwy i niefunkcjonalny. Czyli nie można ewolucyjnie udoskonalić takiego systemu wyjmując niejako jedna część i wkładając inną. Jeszcze innymi słowy… pisząc, takiego systemu nie można – jak chce darwinizm złożyć gradualistycznie. Biochemia – zdaniem profesora -wykryła przepaść, której ewolucja sama nie jest w stanie zasypać. Powstaje więc klimat przesilenia w teorii ewolucji, z którym tylko nowa, rewolucyjna wizja inteligentnego projektu daje sobie radę. A zatem, można, a nawet jest to nieuniknione wyabstrahować z całego konceptu ideę inteligentnego projektanta. W ten sposób doszliśmy do zdumiewającego nowego wniosku, że natura świata jest teleologiczna w sensie nie naukowym, ale metafizycznym. Docieramy też do pierwszej wątpliwości, której źródłem jest próba wyjaśnienia nieznanego przez nieznane, tego rodzaju wyjaśnienia, które delikatnie mówiąc nie powinno zdarzyć się w rzetelnym dowodzeniu naukowym. Co więcej, i to po drugie zarazem i podstawowe, ewolucjoniści doskonale radzą sobie z odtwarzaniem drogi dojścia systemów nieredukowalnie złożonych w procesach darwinowskich, ewolucyjnych. Nie miejsce tutaj na przykłady, ale chętnie je w razie wyraźnej konieczności przywołam. I przykłady takie mnożą się nie tylko na poziomie procesów biochemicznych, którymi obrazuje teorię inteligentnego projektu prof. Brodziak, ale tez na poziomie makroświata biologicznego. Darwiniści przyznają, że sam akt korygowania systemu czy programu zaciera ślady pomocne w odczytaniu jego historycznego przebiegu, ale nie świadczy to przeciwko stopniowej ewolucji. Projekt nie jest konieczny. Wprawdzie IP (Inteligentny projekt) może od pewnego etapu iść ręka w rękę z doborem naturalnym, ale to inteligentnemu projektowi przyznaje pierwszeństwo i wyłączność w stworzeniu pierwszego życia, czyli żywej komórki, Inteligentnemu projektantowi. Profesor milczy na temat natury projektanta, a jak wiemy kandydatów – można wnioskować jest kilku – od Boga, poprzez obca cywilizację aż do podróżników w czasie i wreszcie inteligentnej istoty o niezbadanej naturze. Takie koncepcje rodzą się nadal w atmosferze naukowości, bo dotyczy przecież molekularnego życia. Nie da się koncepcji sfalsyfikować, jak nie da się znaleźć świadectwa na nieistnienia IP.
Jeden z gości spotkania porównał nawet koncepcje Inteligentnego projektu do teorii wielkiego wybuchu, bo świadectwa – rzekomo są tez pośrednie, jak np. przesuniecie widma mikrofalowego promieniowania tła w stronę czerwieni, które świadczy o rozszerzaniu się wszechświata, co jest argumentem za itp. Itd. Jednak nikt nie mógł widzieć Wielkiego Wybuchu. Spór TIP z WW na świadectwa empiryczne jest niemożliwy. Obie są niefalsyfikowane. Mało tego, IP rozumiany może być, jako najogólniej prawa przyrody. W ten sposób- jak ja to zrozumiałem, pochłania także teorie ewolucji. Taka koncepcja jest już czystą metafizyką i nie przeczy żadnym osiągnięciom naukowym
w obrębie ich dziedzin szczegółowych. Jednak tutaj rozpatrujemy ujęcie, które mówi, że nie prawa przyrody są powodem powstania życia.
Dla oczyszczenia sumienia przypatrzę się przykładowi, pokazujacemu, że zastrzeżenie dotyczące zasadności wprowadzania systemu nieredukowalnego, jako koła zamachowego życia, jest rzeczywiste. Jasne, że nie da się zastąpić jednego działającego systemu drugim w jednym fantastycznym skoku ewolucji, co nie znaczy, że należy szukać wyjaśnienia w nadnaturalnej interwencji planisty. Jak przyznaje H.Allen Orr, biolog ewolucyjny i krytyk kreacjonizmu w polemice z twórcą teorii inteligentnego projektu, Michaelem Behe, równie dobrze można oczekiwać, że połowa skrzyni biegów samochodu stanie się nagle pomocna dla schowka na poduszkę powietrzną. Coś takiego może się zdarzyć bardzo rzadko, ale na pewno nie stanowi to ogólnego rozwiązania dla nieredukowalnej złożoności. Kolosalną pomyłką Behe’ego jest to, że odrzucając te możliwości, wysuwa on wniosek, iż nie ma żadnego innego rozwiązania darwinowskiego. Istnieje jednak jedno rozwiązanie. Oto ono: system nieredukowalnie złożony można stopniowo zbudować, dodając części, które – początkowo dające tylko nieznaczną przewagę – stają się istotne wskutek późniejszych zmian. Ta logika jest bardzo prosta. Pewna część (A) początkowo wykonuje jakąś pracę (i być może robi to niezbyt dobrze). Później zostaje dodana inna część (B), która ma być pomocna dla części (A). Ta nowa część nie jest istotna, stanowi tylko ulepszenie. Lecz jeszcze później część (A) (lub coś innego) może zmienić się w taki sposób, że część (B) stanie się teraz niezbędna. Proces ten trwa dalej wraz z dokładaniem kolejnych części do układu. W końcu wymaganych może być wiele części.
Oczywiście możliwość tworzenia takich skomplikowanych systemów na drodze ewolucji nie falsyfikuje jeszcze koncepcji IP. Mogą istnieć obok siebie i rozprawiać się z osobnymi systemami.
Rację ma też prof. Brodziak, kiedy twierdzi, że aby wnioskować o projekcie, nie trzeba znać projektanta, przeczuwając, że to natychmiast przeniosłoby dyskusje na problem istnienia Boga. Nawet w jednym zdaniu nie odniósł się do boskiej proweniencji, aby nie zbliżyć się do potencjalnego zarzutu o kłanianie się kreacjonizmowi. W sukurs prof. Brodziakowi, wspomniany Behe argumentował, że nigdy nie widzieliśmy kosmitów, a mimo to pracownicy SETI twierdzą, że potrafią wykrywać inteligentnie zaprojektowane zjawiska, nawet jeśli nie wiedzą, kto je zaprojektował. Inteligencję rozpoznajemy tylko na podstawie jej skutków, nie możemy jej zaobserwować bezpośrednio. Spór da się przedłużać, rzecz w tym, że na gruncie wiedzy trudno jest falsyfikować teorie, które nie pochodzą z empirii. Podobnie darwinizm, opierający się na śladach sprzed miliardów lat, nie musi być przekonujący dla zwolennika teorii projektu. Spór trwa. Darwinizm jest stary jak świat, podobnie jak ataki na niego, co może zostawiać wrażenie, że jest staroświecki i konserwatywny i z tego korzysta wielu jego przeciwników, w tej liczbie kreacjoniści. Jednak wszyscy wiemy, że są rzeczy, które z wiekiem rowijają swój smak. Przychodzi mi tez do głowy, że jednak trudne było by do zaakceptowania, że działają oba mechanizmy na raz, o czym jednak nie przesądzam, w chętnie pomyślę.
Odniosę się teraz bezpośrednio do kilku Twoich tez. Inaczej niż Ty rozumem intencje darwinizmu. Nie ma w nim mowy o czystym przypadkowości, która pojawia się w twoim artykule w jasnym świetle krytyki. Darwinizm definiuje się kategoriami przystosowania i doboru naturalnego. Przypadek winien być rozpatrywany w innym wymiarze, nie związanym ani z teoria ewolucji, ani z teorią inteligentnego projektu. Rozumiem to w ten sposób, że przypadek może być mechanizmem rządzącym wszystkimi strumieniami rozwoju życia biologicznego, a przed jego narodzinami i kosmosu, jako domu. Z trudem też akceptuję pogląd, że nasz ziemski projekt zbliża się do ideału, a nie może być inaczej, jeśli zakładamy istnienie inteligentnego projektanta. Jeśli mylę się, sądząc, że chcesz myślec o naszym świcie jako najlepszym z możliwych, skoryguj mnie. Wyobrażam sobie raczej, że mamy ten ziemski projekt, ale mógł być inny, lepszy lub gorszy. Mamy go tu, ale mógłby być w innym miejscu w kosmosie. A zatem, jeśli nie jest idealny, to projektodawca mógł się pomylić. Co warta jest wtedy koncepcja IP? Dlaczego mianowicie projektant nie miałby zrobić tego rzetelnie? Nie widzę w sumie problemu, żeby miał stworzyć świat najlepszy i dać stworzeniom wolność wyboru w najlepszym gatunku, jednak taka koncepcja przestaje być atrakcyjna dla kreacjonizmu. Pytanie o przyczynę pozostaje aktualne – co sama przyznajesz, a moim zdaniem bardziej aktualne w przypadku TIPu.
Zgadzam się in extenso z argumentacją ujętą w punktach 1-4 i uzupełniam prośbą o uwzględnienie drobnej znowu korekty terminologicznej. Pojęcie „przypadek” zamieniłbym na „ewolucję” wraz z konsekwencjami.
Do akapitu mówiącego o różnicach między wyjaśnieniami.
Ad 1 Darwinowski mechanizm przystosowania rozumiem jako przyczynę teleologiczną na równi z IP, przy której ewolucja pełni funkcje sprawczą, a zatem obie koncepcje spełniają postulat celowości;
Ad 2 „Przypadek”, a zatem ewolucja w podobnym stopniu co IP, na gruncie dostępnych badań, ma czasami wątpliwie ugruntowane zasady pierwsze.
Ad 3 Odsyłam do punktu pierwszego. Trudno tu mówić o dowolności, nawet jeśli włączyć zasady darwinizmu w szerszą domenę pojęć i zasad termodynamiki nieliniowej, czyli teorii chaosu i procesów samoorganizacji. W przypadku koncepcji IP- jeśli nie znamy projektanta, a mamy tylko domniemanie istnienia tajemniczego projektu, to tym mniej możemy powiedzieć o ograniczeniach. Projekt jest jeszcze bardziej poza zasięgiem naszych pojęć i jeszcze mniej deterministyczny.
Ad 4 I znowu pojęcie przypadku zastąpię pojęciem ewolucji. Nie uznaję za paradygmat przymusu istnienia wyższej inteligencji, która miałaby czymkolwiek kierować. Nie przeczę, że jest to możliwe, ale to tylko jedna z dwóch lub trzech możliwości. Ta trzecia wg mnie może zakładać, że inteligencja jest właściwa dopiero człowiekowi i dopiero po jego pojawieniu się na ziemi spełniony jest jako tako, i moim zdaniem źle, postulat teleologiczności. Moim też zdaniem, bez projektanta, możemy nadal być dumni ze swoich dokonań i samoistności, a nawet wartość czynów przez to rośnie, bo jesteśmy wolni. Ponadto, jeśli człowiek zajmuje miejsce drugoplanowe w większym, niezrozumiałym i przerastającym go projekcie(to widać i słychać w kreacjonizmie), nie może usatysfakcjonowany, bo nie widzi zasług. Jest tylko przedmiotem, nie podmiotem.
Na koniec wybór między samotnością i zależnością jest w istocie brakiem wyboru, w świetle tego co przedstawiam. W jednym przypadku decyduje mechanizm przystosowania w drugim projektant. Rzeczywiście, przyjęcie koncepcji IP wymaga zaufania, jednak efekt dla przyrody jest obiektywnie i empirycznie ten sam. Raz mamy jednak aurę naukowości, innym razem boskości. Tylko w jednym z dwóch przypadków nie możemy się aż tak bardzo rozczarować, bo cel jest zawarty w mechanizmach przystosowania. W innym wartość tego co dzieje się na ziemi jest dziełem projektanta. Czy ten projekt jest jednak aż tak dobry, żeby przypisać go wielkiemu projektantowi? Widzę ryzyko
Tomku, widzę, że jesteś zafascynowany układami złożonymi i ich opisem w fizyce. Niestety, jeszcze się na tym nie znasz. Ja się znam i zajmuję się nimi zawodowo. Rzuciłeś tutaj dużo imponujących, profesjonalnych wyrażeń, których większość czytelników nie ma szans zrozumieć. Ja rozumiem ich prawdziwe znaczenie i powiadam ci, że ty sam ich jeszcze dobrze nie rozumiesz.
Jeśli nie potrafisz danego zagadnienia ująć w prostych słowach, zrozumiałych dla nie-profesjonalistów, to znaczy, że sam go naprawdę nie pojmujesz. Więc może na razie zrezygnuj z dyskusji na ten temat i idź na studia fizyki. Zdobędziesz solidne podstawy dla twojej pasji.
@gościówa
a czy mogłabyś jako fachowiec w tej dziedzinie wyjaśnić nam w przystępny sposób to, gdzie Tomek się zaplątał i jak się ma dziedzina, na której się znasz do dyskusji nad koncepcjami prof. Brodziaka? Myślę, że mógłby to być cenny głos nie tylko dla Tomka.
@gościówa
“Jeśli nie potrafisz danego zagadnienia ująć w prostych słowach, zrozumiałych dla nie-profesjonalistów, to znaczy, że sam go naprawdę nie pojmujesz.”
Nie jest to prawda. Nie wszystko da się wytłumaczyć w terminach przystępnych laikom, jak również nie każdy naukowiec jest dobrym popularyzatorem nauki, czyli “tłumaczem z zawiłego na nasze”.
W każdym razie w kwestii ewolucji wystarczy kilka tych prostych słów, które napisałam na początku wątku. Nie mam nic do dodania.
@gościówa
a jednak z wypowiedzi wielu osób, np Tomka wynika, że nie wszyscy są przekonani o tym, że przypadkiem również rządzi Bóg. Dopóki nie wszyscy są przekonani, dopóty trwa dyskusja.
Szkoda, że nie chcesz wyjaśnić, czym naraził się Tomek na tak poważne zarzuty z Twojej strony, bo nic na tym nie skorzysta, nie wiedząc o co Ci chodzi. Przy okazji myślałam, że ja również skorzystam i dowiem się czegoś ciekawego od fachowca. Nie mówię o przekazaniu wielkiej wiedzy ale choćby o skonkretyzowaniu krytyki.
@Tomek
Tomku, w Twoim komentarzu jest wiele wątków. Pozwól, że wybiorę po kolei kilka dla mnie najbardziej przyciągających uwagę. Piszesz: „Z trudem też akceptuję pogląd, że nasz ziemski projekt zbliża się do ideału, a nie może być inaczej, jeśli zakładamy istnienie inteligentnego projektanta. Jeśli mylę się, sądząc, że chcesz myśleć o naszym świcie jako najlepszym z możliwych, skoryguj mnie. Wyobrażam sobie raczej, że mamy ten ziemski projekt, ale mógł być inny, lepszy lub gorszy. Mamy go tu, ale mógłby być w innym miejscu w kosmosie. A zatem, jeśli nie jest idealny, to projektodawca mógł się pomylić.”
Może Twoje stwierdzenie nie ma bezpośredniego związku z dyskusją, ale zgodzę się, że ten problem, choć niejawny, tkwi u podłoża dyskusji. Otóż ja nie zastanawiam się, czy ten świat jest najlepszym z możliwych, nie mam pretensji do jego Stwórcy, ani nie zamierzam stawiać mu ocen za Stworzenie jak za wypracowanie na lekcji polskiego, kiedy nauczyciel odkłada pracę ucznia z poczuciem zawodu i sięga po następną licząc, że będzie inteligentniejsza i napisana piękniejszym językiem. Ja nie jestem nauczycielem sprawdzającym wypracowania.
Ukazuje mi się ten świat, tu i w moim życiu i … po prostu budzi mój zachwyt i podziw. Wobec cierpienia milknę cierpiąc i proszę o siły aby wołać do Stwórcy o zmiłowanie. Przede wszystkim, nie mam wyboru innego świata autorstwa jakiegoś lepszego Stwórcy. Na nic się nie zda obrażanie się na to, że coś wygląda inaczej niż sobie wymarzyłam. Staram się skierować swoją inteligencję na przyjrzenie się moim marzeniom a nie na pomstowanie, że Stwórca jest nieudolny. To, w czym żyję to nie literacka fikcja ani gra komputerowa. Jak mi się nie podoba, to nie mogę zamknąć drzwi i przenieść się do ciekawszej bajki. Powyższe zdania konstatują świadomość konieczności akceptacji tego co jest i akceptacji tego, że to, co mogłoby być nie stanowi konkurencji dla tego co jest. To, co mogłoby być należy do innej kategorii bytów możliwych, dla których nie obowiązują żadne ograniczenia. Fruwanie wśród nich to może i ciekawa zabawa, ale tylko zabawa.
Żyję, widzę, wącham, słyszę, czuję, myślę, wchodzę w relacje z tym wszystkim co istnieje wokół i to wszystko doceniam i ciągle mam poczucie, że nie dość doceniam.
gościowa
W niektórych miejscach pokazuje się tutaj telko jeden i aż jeden problem: nie jest łatwa dyskusja między wiarą i niewiarą. Brak możliwosci argumentowania powoduje, że rozmowa wychodzi poza meritum, w sferę, w której nie tylko ja sie gubię:) pozdr
Chciałem, żeby był jeden wątek: wykład prof. Brodziaka:) Mój podziw dla życia jest bliski lub równy Twojemu Małgosiu, co sprawia, że chętnie poszukuję wytłumaczemia w różnych dziedzinach, także nienaukowych. Jak wiesz, argumenty na rzecz istnienia czegoś metafizycznego, bliskiego boskiej istocie, znaleźć można na przykad w koncepcji ciemnej energii, rezonującej też w wielu koncepcjach teistycznych i psychologicznych. Coś wisi w powietrzu, czuję to i zastanawiam się głośno, co tak wisi Np. w ustawieniach rodzinnych Hellingera, jak ja to rozumiem, możliwe są “tymczasowe zamieszkiwania” energii przodków w osobach, które w ustawieniu biorą udział. Reprezentant bytuje przez moment poza czasem i przestrzenią. To musi być boskie uczucie!
A więc jaką naturę ma świat? Jakie jest jego pochodzenia? Te pytania są wciąż aktualne. Dobrze, że oboje zachowujemy podziw dla cudu istnienia. Szerzej na poniedziałek
@ Tomek
Różnica między nami jest taka, że mój podziw dla życia wiąże się z podziwem dla Stwórcy i dlatego źle mi dźwięczą w uszach słowa, którymi zakończyłeś swój pierwszy komentarz.
@ Tomek
Jak pisze Tadeusz Kotarbiński:„przez filozofię rozumie się dociekanie rzeczy, o których nauka – jeszcze lub w zasadzie – nie wypowiada swego zdania, a o których człowiek myślący chce mieć jakieś rozsądne domysły, wiążące się w całość jednolitego poglądu na świat.”
Myślę, że w przypadku tego sporu mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją. Dlatego uznałam, że istotne było to, iż wykład wygłoszony był w Towarzystwie Filozoficznym. Bowiem – jak słusznie zauważasz – nie ma dowodów ani na jedną ani na drugą hipotezę, więc powinno się filozofii oddać ten teren (poszukiwanie rozstrzygnięcia) przez naukę nie objęty. Zastanowiło mnie więc nie tyle to, kto ma rację, ile to, dlaczego w gruncie rzeczy pewni ludzie wybierają jedną a inni drugą hipotezę. Nie jest przy tym w tym ujęciu istotne, czy nazwiemy to, co ja w skrócie nazywam hipotezą przypadku (używam tego słowa, gdyż to słowo-wytrych pojawiało się we wszystkich wypowiedziach zwolenników braku projektu) prawami natury, ewolucją, rezultatem samoorganizacji, czy potwierdzeniem teorii chaosu. Jak już stwierdziliśmy, są to jedynie nazwy niewystarczająco uzasadnionych hipotez. Trudno mi się na ich temat wypowiadać, ponieważ nie znam ich dostatecznie dogłębnie. Natomiast wszystkie te wyjaśnienia mają cechę wspólną: mieszczą się wewnątrz naszego zmysłowo postrzeganego świata i twierdzą, że prowadzą do poznania przez ludzki rozum źródeł istnienia, a w szczególności życia i świadomości. Jednak wśród ludzi zajmujących się nauką istnieją zwolennicy poglądu, że owe źródła na tyle nas przekraczają, że ich nie poznamy. To właśnie hipoteza projektu.
Co zatem wynika ze zgody na niepoznawalność wszystkiego przez ludzki rozum? Czy taka zgoda jest porażką i czy stanowi czynnik zniechęcający do poznawania naukowego? Twierdzę, że nie. Prowadzi tylko do ustalenia, że jest granica, poza którą nauka nie sięga na razie, a może i nie sięgnie nigdy, ponieważ domeną nauk przyrodniczych jest ustalanie związków między obserwowanymi danymi doświadczalnymi i budowanie na ich podstawie hipotez dotyczących ogólnych zasad, którym te związki podlegają. Ale zawsze są to tylko hipotezy. W dodatku, gdy brak danych (np. początkowych, jak w jest w przypadku tego tematu), wysuwane hipotezy siłą rzeczy muszą być obarczone dużym marginesem niepewności. Problem w tym, że przedstawia się je jak wiedzę, w którą nie wolno wątpić. Co jest w naukowym ujęciu tak atrakcyjne? To, że człowiek sam sobie daje wyłączność na bycie inteligentnym? Nic z tego, nie da się przecież zaprzeczyć, że istnieje harmonia, której autorem nie jest człowiek. Że – na przykład – istnieje pszczoła, która wie, jak przekazać innym pszczołom informację o polu gryki. Dlaczego nazwanie procesu, który do tego doprowadził przystosowaniem, ewolucją, samoorganizacją jest komfortowe, a nazwanie tego inteligentnym projektem ma być porażką nauki?