VIII niedziela zwykła: Ja nie zapomnę o tobie 4
(Iz 49,14-15; 1 Kor 4,1-5; Mt 6,24-34)
W czwartek, w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, w procesjach obnosiliśmy po ulicach i drogach chleb. Przy czterech ołtarzach okadzaliśmy tę, chciałoby się powiedzieć, kromkę chleba, klękali przed nią, adorowali. Nasi bracia z Kościołów wschodnich trochę dziwują się tego typu pobożności.
Chleb przecież nie jest przeznaczony do oglądania czy też adorowania, ale jego przeznaczeniem jest bycie pokarmem.
Po prostu, chleb jest do jedzenia, a nie do podziwiania i obnoszenia. Warto nad tymi zastrzeżeniami względem naszej katolickiej pobożności się zastanowić.
Nie rezygnując z tabernakulum, kaplic adoracyjnych i monstrancji, warto pamiętać, dlaczego chleb i wino, wino również, znajdują się w samym centrum chrześcijańskiej religijności i liturgii. Dzieje się tak z woli Jezusa Chrystusa. To On umówił się z nami, że posiłek będzie tą przestrzenią i tym czasem, w których Chrystus będzie się z nami spotykał, a te spotkania nie będą jedynie wytworem naszej wyobraźni czy marzeń, ale będą jak najbardziej prawdziwe, realne. Chrystus na ten posiłek, czyli na mszę, stawia się w swoim ciele i krwi, a więc jest tak samo prawdziwy, tak samo obecny, jak my jesteśmy prawdziwi i obecni.
Na tym posiłku, na tej uczcie, Jezus nie tylko jest, ale również do nas mówi. Zaprasza nas do jedzenia Jego Ciała i do picia Jego Krwi. Jeść ciało, pić krew, jak na naszą dzisiejszą wrażliwość to zbyt dużo. W gruncie rzeczy, ta trudność jest pozorna. Przecież codziennie posilamy się ciałem i krwią innych ludzi i tych innych karmimy sobą. Takie słowa jak ciało, krew, dusza, duch oznaczają w Biblii człowieka. W ostatecznym rozrachunku Jezusowi chodzi o to, byśmy pozwolili Mu być z nami, byśmy od Niego nabrali Bożego Ducha, czyli nauczyli się po Bożemu myśleć, mówić i postępować.
Na tym polega Komunia, czyli zjednoczenie z Jezusem tak wielkie, że my, chrześcijanie, stajemy się Jego ciałem, a więc Nim. To zjednoczenie zabezpiecza nas przed życiem złudzeniami, przed marnowaniem czasu na uganianie się za pozornym szczęściem.
* * *
Czasami można jednak odnieść wrażenie, że przychodzimy na mszę tak, jakbyśmy spełniali przykry obowiązek, albo chcieli sobie załatwić u Pana Boga lepsze traktowanie, ochronę przed tym, co uważamy za zagrożenie. Msza byłaby wtedy sposobem na Boga, na to, by On poczuł się wobec nas zobowiązany. Myśmy Ci, Boże, ofiarowali mszę, teraz Ty powinieneś spełnić nasze oczekiwania względem Ciebie. A przecież to On nas zaprasza, ofiarowuje nam mszę, bo nie może, nie chce i nie potrafi od nas się oderwać. Na tym polega miłość.




Chleb jest do jedzenia, a nie do obnoszenia i podziwiania. Zawsze wydawało mi się bez sensu dublować Wielki Czwartek w święto Bożeg Ciała.
Boze Cialo powstalo w czasach, kiedy o Obecnosci Chrystusa w sakramencie myslano w innych – substancjalno-magicznych – kategoriach. Swiat – pograzony w wojnach i zarazie – musial zostac na powrot ‘oddany pod panowanie’ swojego ‘wlasciwego wladcy’, ktory, by objac go w posiadanie, opuszczal swoj tron, swoj palac i ‘pokazywal sie swiatu’. Paralela z feudalnym porzadkiem spolecznym jest tutaj oczywista i sporo z niej zostalo po dzis dzien – jesli wziac pod uwage forme obchodow tego swieta.
Z drugiej strpny – i to jeszcze bardziej bezposrednio laczy sie z tekstem o. Oszajcy – jest to rowniez okres, w ktorym tak naprawde bardzo rzadko przystepowano do komunii. Ludzie czuli sie niegodni bezposredniego kontaktu z tak wielka Swietoscia. Kosciol otaczal Sakrament Oltarza nie tylko coraz wiekszym nabozenstwem, ale rowniez obwarowywal coraz wieksza liczba warunkow do spelnienia, zanim sie do niego przystapi. Adoracja sakramentalna dawala mozliwosc jakiejs komunii/spolecznosci z Bogiem ukrytym w Sakramencie, bez ‘niebezpieczenstwa przyjecia go w sposob niegodny’.
Symbolem zjednoczenia Boga z człowiekiem , zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie – jest uczta. Czasami mowa jest o uczcie weselnej. Chodzi więc nie tylko o samo jedzenie, ale o celebrację bycia razem – wobec wszystkich i ze wszystkimi, o doświadczenie dzielenia się swoją obecnością zarówno na poziome ducha jak i materii.
Nie wstydze się tego, że jestem głęboko przywiązana do adoracji Najświętszego Sakramentu. Jest to jedna z najważniejszych form obecności Jezusa w Kościele. Inne, nie mniej ważne, to Jego obecność w Słowie oraz w drugim człowieku. Zadnej z nich nie można zredukować do innej.
Podczas adoracji często myślę o tym, że na Sądzie Ostatecznym to własnie JA usłyszę słowa: “byłem głodny”, “byłem spragniony”… to jest prorażające.
Dobego samopoczucia nie wspomaga natknięcięcie się na pijanego żebraka po drugiej stronie drzwi kościoła, któremu nie umiem pomóc.
Żeby wierzyć, nie wystarczy mieć przekonanie że Bóg jest, trzeba się z Nim spotkać. A nie zawsze się da. Przychodzi również czas, gdy “gościom weselnym zabiorą Pana młodego i wtedy bedą pościć” W tych słowach Jezus mówił o sobie o swoim cierpieniu i śmierci i odejściu, o losie który podzielił wraz z innymi ludźmi.
Uczniów bardzo zirytowała ostentacyjna, irracjonalna rozrzutna manifestacja uczuć kobiety, która namaściła Jezusa (zapewne coś z nią było nie tak). Na szczęście Jezus zroumiał ten szczery gest i na szczęście wyjasnił go obecnym.
Jezusowi zależy na ludzkiej wierze i na deklaracji tej wiary. Potrafił upomnieć tłum, żądny łatwego i natychmiastowego zaspokojenia, że szukają Go nie dlatego, że widzeli znak, ale dlatego, że najedli się do sytości. (Jeśli chodzi o mnie, to naprawdę wedle statystyk mojej codzienności, nie różnię się od tych z tłumu.) W dodatku wtedy Jezus powiedział o pokarmie swego ciała i krwi i wśród ludzi nastąpił rozłam i zgorszenie. Widoczne w dawnych czasach było równie trudno zrozumieć Pana Boga. Nie inaczej niż dzisiaj. Biorąc powyższe okoliczności pod uwagę, nie gorszą mnie procesje na Boże Ciało. Myślę, że Pana Boga też nie. Bo z jednej strony “Bóg jest duchem” niczym nieuwarunkowanym, ale z drugiej chce On mieć “czcicieli w duchu i prawdzie”, a więc mówi naszym językiem przejawiając jakieś pragnienia i przyjmuje prawdę naszych gestów, zachowań… a nawet zbiegów okoliczności. Bo tak mi się przez przypadek złożyło w życiu, że urodziłam sie w dzień Bożego Ciała. Stąd jego tajemnica ma dla mnie znaczenie, które niemal dosłownie oddaje angielski przymiotnik – “corporeal”.
W procesjach eucharystycznych (Rezurekcja, Boże Ciało) uderza mnie to, że uczestnicy (poza dyżurnymi chórzystami przy mikrofonie od nagłośnienia) nie śpiewają! Oj, nie kojarzy się to z weselem (w żadnym ze znaczeń), a raczej z konduktem…
I wciąż mam jedno pytanie: jak, nie tracąc nic z bogactwa liturgii, tradycji, publicznego i głośnego wyznania wiary, przekazać “o co tu właściwie chodzi” osobom od wiary dalekim, a często krytycznym? Cóż mogą im powiedzieć słowa “Jezus jest królem” jeśli “królewskość” (a nawet “prezydenckość”) nie kojarzy się dziś najlepiej? Słowo “króla” (ani, o zgrozo, np. “ojca”) nie jest już dziś rozkazem – rozkazem jest słowo “trenera”, “dietetyka” i “reżysera”… no ale: “Bóg reżyserem Wszechświata”… to chyba za duży szok…