Archiwum June 2008

Świętych Apostołów Piotra i Pawła: A wy, za kogo Mnie uważacie? 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jun29

(Dz 12,1-11; 2 Tm 4,6-9.17-1; Mt 16,13-19)

Apostołowie Piotr i Paweł to fundament chrześcijaństwa. To oni wprowadzili Chrystusa do Europy. Zanim to nastąpiło, sami musieli przejść daleką i trudną drogę. Szli w tym samym kierunku, tym samym szlakiem, po tych samych znakach, ale każdy z nich na swój sposób, jako że różnili się temperamentem, wykształceniem, pochodzeniem. Ale jedno obydwu przychodziło z wielkim trudem: zmiana przekonań, zmiana mentalności. Paweł najpierw do upadłego ściga, więzi, porywa chrześcijan, bo jest przekonany, że tego oczekuje od niego Bóg Izraela. Piotr, dopiero po trzykrotnym zaparciu się wszelkiej znajomości z Jezusem, odkryje, że bez Jezusa żyć nie potrafi.

Ci dwaj, jak też ich uczniowie i następcy, wbrew mitowi o nieomal sielankowym początku Kościoła pierwszych wieków, prowadzili ze sobą niekończące się spory, a nawet waśnie. Paweł apostoł skarżył się przecież, że podczas procesu w Rzymie nikt nie wystąpił w jego obronie, a w celu załagodzenia sporu między apostołami trzeba było zwołać do Jerozolimy sobór.

Jeśli więc w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Bazylice Watykańskiej mamy odpust, to warto nie tylko w tym dniu pamiętać, że rozszerzaniu się chrześcijaństwa dobrze służy pokój i zgoda, ale też spór, dyskusja, narada i nie ma w tym nic dziwnego. Tenże sam Jezus Chrystus, który dał początek Kościołowi, nadal żyje w Kościele nie po to, by Kościół konserwować, zachowywać w niezmienionej formie, ale przeciwnie, by go rozwijać. Kościół jest żywym ciałem Jezusa, jest Jego żywym słowem, żywą wypowiedzią. A zatem to nie dzień dzisiejszy i jutrzejszy stanowi największe zagrożenie, ale kurczowe trzymanie się przeszłości, tego, co, owszem, jeszcze wczoraj dobrze służyło Chrystusowi, ale dzisiaj już nie służy.

* * *

Kościoły pustoszeją, wyludniają się klasztory, nowicjaty i seminaria duchowne, ubożeją parafie, zwłaszcza wiejskie, pogłębia się przepaść między przykazaniami i wartościami a praktyką dnia codziennego itd. Jednym słowem – kryzys. Co robić? Gdzie szukać przyczyn? Co zostało zaniedbane? A może należałoby zapytać o to, czy przepadkiem nie powinniśmy pomóc temuż kryzysowi, przyśpieszyć jego przebieg, bo być może Chrystusowi jest już za ciasno w tym ubraniu, w jakim dotychczas chodził i czuł się dobrze.

Zrozumieć Wildsteina 20 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun25

Czekałem na film ”Trzech kumpli’’. Mimo, że nie jestem zwolennikiem lustracji. Liczyłem, że dokument ten pozwoli lepiej poznać trzy osoby dramatu sprzed trzydziestu lat i późniejsze losy dwójki, już bez zamordowanego Stanisława Pyjasa.

Pytania, które przychodziły mi do głowy: Skąd u Bronisława Wildsteina ten ogromny zapał lustracyjny? Skąd przekonanie, że Okrągły Stół był ‘’grzechem pierworodnym Trzeciej Rzeczpospolitej’’? Skąd zupełny brak porozumienia między lustratorami a ich adwersarzami? ‘’Trzech kumpli’’ Ewy Stankiewicz i Anny Ferens częściowo na te pytania odpowiada.

Nie sposób po jego obejrzeniu spojrzeć bez empatii na Wildsteina, redaktora ‘’Rzeczpospolitej’’; historia jego przyjaźni ze Stanisławem Pyjasem i Lesławem Maleszką jest poruszająca, tragiczna i niebywale smutna: z trójki zaprzyjaźnionych studentów jeden zostaje zamordowany przez SB, drugi donosi na całe środowisko, a trzeci stara się pokazać opinii publicznej prawdę zarówno o zabójstwie, donosicielu, jak i innych tajnych współpracownikach SB.

Gdy chodzi o ukazanie historii z jej zawiłościami, opisanie mechanizmów pozyskiwania tajnych współpracowników przez SB, stylu pracy funkcjonariuszy, klimat w środowisku akademickim i opozycyjnym, autorki filmu robią świetną robotę. W doskonały sposób pokazują też coś, o czym w zasadzie się nie mówi, czyli stopień zaangażowania społeczeństwa w opozycję. Mity, jakoby naród stawił czoła komunizmowi, rozbija w tym filmie krótka scena, w której przeplatają się ujęcia z pochodu studentów po zabójstwie Pyjasa, z wielką uroczystością na Uniwersytecie Jagiellońskim – wyborami najpiękniejszej studentki. Tu grupa z czarnymi sztandarami, tam wiwatujące, rozradowane tłumy. Poczucie niezależności w PRL było udziałem bardzo niewielkiej grupy osób; gdy dziś słyszę, że Polacy, naród polski czy społeczeństwo stawiło czoła socjalizmowi, to mam wrażenie, że zakłamując historię, umniejszamy rolę prawdziwych bohaterów, których była garstka. Zwłaszcza wtedy, gdy toczy się akcja filmu – w latach 70., gdy Edward Gierek otworzył się na inwestycje i wystrzegał przed używaniem przemocy jak w Grudniu ’70.

Wracając do Wildsteina, trudno dziś nie rozumieć motywów jego postępowania – zaangażowania publicystycznego i politycznego, np. rozpowszechnienia katalogu danych IPN. Ale rozumienie nie oznacza akceptacji. Biografia nie wzmacnia argumentów. Nadal nie rozumiem, dlaczego wielkie osiągnięcie, Okrągły Stół, miałby być nazywany zdradą, dlaczego autorki dokumentu obrazy esbeków przeplatają z hymnem Unii Europejskiej? Dlatego, że Maleszka pracował w Gazecie Wyborczej, która opowiada się za europejską integracją?

O ile pierwsza część ‘’Trzech kumpli’’ to przejmujący obraz historii, zawiłych losów trójki przyjaciół, druga kończy się politycznym manifestem. Nie ma sporu o ocenę Maleszki, o stosunek do niego Wildsteina i innych dawnych przyjaciół. Dlaczego jednak autorki starają się wmówić mi, że żyję w gorszym kraju niż widzę przez okno? Dlaczego tacy ludzie jak związany z PiS historyk Ryszard Terlecki ukazani są w lepszym świetle, a Krzysztof Kozłowski, pierwszy niekomunistyczny szef MSW, wówczas redaktor Tygodnika Powszechnego, łapany jest na wyrywkowych opiniach, które rzeczywiście działają na niekorzyść jego argumentacji? Dlaczego w filmie nie pojawiają się osoby, które mogłyby mieć odmienne spojrzenie na sprawę – choćby Adam Szostkiewicz z Polityki, który również studiował na polonistyce z ‘’Trzema kumplami’’. To może nie tyle zarzut w stosunku do autorek – one mogą robić film, jak chcą. Ale widz dostaje obraz niepełny.

W ‘’Trzech kumplach’’ obrywa Wyborcza i osobiście Adam Michnik za to, że trzymał w pracy Maleszkę. Autorki dokumentu pokazują, jak Maleszka telefonicznie ustala szczegóły jakiegoś artykułu, który ma być publikowany w Gazecie. Demonstruje tak swoją rolę jako redaktora. Prawo autorek – pokazywać bezkrytycznie takie sceny. Ale na zdrowy rozum: czy największy dziennik w kraju może być redagowany przez telefon? Ustalanie tytułów, lidów, treści wymaga szybkich decyzji, które są często zmieniane, a nie telefonicznych rozmów.

Jest jeszcze jedna nieścisłość. Bronisław Wildstein pokazywany jest jako ofiara w walce o słuszną sprawę. Częściowo można go rozumieć, częściowo się z nim nawet zgadzać. Jednak nie jest on bohaterem zupełnie przegranym. Z filmu dowiadujemy się, że po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina został zwolniony z pracy w ‘’Rzeczpospolitej’’. Ale przecież później do niej wrócił. I dziś jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej znaczących publicystów tego dziennika. I poczytnym pisarzem. Wildstein stał się także pierwszym piórem tzw. IV RP, projektu Polski opartego na rozliczaniu i wychowywaniu społeczeństwa. Projektu na szczęście skompromitowanego rządami braci Kaczyńskich.

Taka Polska istnieje naprawdę?! 10 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Jun25

Udając się pociągiem do Gdyni, kupiłem na Dworcu Centralnym powieść Bronisława Wildsteina „Dolina Nicości”. Na okładce kilka opinii o książce. Zdaniem Jarosława Gowina „to najważniejsza książka o współczesnej Polsce – Dolinie nicości, miejscu zła, kraju nierozliczonej zdrady, zapomnianych bohaterów, zakłamania, tchórzostwa, stadnego myślenia i manipulacji. Kraju układów sięgających korzeniami czasów PRL-u, oplatających biznes, media, sądy, politykę, Kościół… Taka Polska istnieje naprawdę”. Czy rzeczywiście taka Polska istnieje naprawdę? To niepokojące pytanie noszę w sobie.

Książka wciągnęła mnie. Żal było ją odłożyć, kiedy dojechałem do Gdyni. Lekturę dokończyłem przy najbliższej okazji. Nietrudno odgadnąć, kogo, jakie sytuacje, Wildstein miał na myśli kreując takie powieściowe postaci jak redaktor Bogatyrowicz, profesor Lew, redaktor Return, biskup Korytko, redaktor Niecnota… Czy taka Polska istnieje naprawdę?

Kiedy czytam o tym jak Niecnota, Bogatyrowicz i pułkownik Nowak uderzają w prawicowego polityka Widłaka wykorzystując jego nastoletnią córkę, to przypominam sobie oczywiście sprawę Andrzeja Kerna i jego córki Moniki, która uciekła z domu ze swoim chłopakiem. Kern walczy o powrót córki do domu. Zostaje przez największe media okrzyknięty prawicowym oszołomem, który dla kariery politycznej chce zniszczyć piękną miłość córki. W Sejmie dochodzi do głosowania nad odwołaniem marszłka. Kiedy wniosek nie przechodzi, autorytet, prof. Geremek uderza w znane tony: „Sejm dokonał aktu samokompromitacji. Instytucja, która nie potrafi ludzi społecznie skompromitowanych – chociażby nosili oni tytuł wicemarszałka Sejmu – skłonić do zrzeczenia się funkcji, sama jest sobie winna”. Na ślubie Moniki, okrzykniętym przez media „ślubem stulecia”, bawi się doskonale sam Jerzy Urban. „Gazeta Wyborcza” przytacza jego słowa: „Kern jest już chyba skończony w oczach opinii publicznej”. W rekordowym tempie reżyser Marek Piwowski, kręci film „Uprowadzenie Agaty”, w którym pokazuje zdemoralizowanego, solidarnościowego polityka i jego wspaniałą córkę, uciekającą z domu dla miłości. Producentem filmu jest Lew Rywin. Potem okazuje się, że swego czasu Piwowski współpracował z ubecją. Kariera polityczna Andrzeja Kerna legnie w gruzach. Dziś po „wielkiej miłości” i małżeństwie Moniki nie ma już śladu. O dawnych wydarzeniach i jej głównych postaciach Monika Kern mówi: „To jest tak, jakby w pewnym momencie przyszli, odegrali rolę w spektaklu i zniknęli. Kostiumy zabrane, dekoracja sprzątnięta”. W książce redaktor Niecnota dziwi się, że wszystko poszło tak gładko i zakończyło się takim sukcesem.

O sprawie Kernów mało kto chce pamiętać. Nie dziwię się, skoro ma rację prof. Legutko, że to „największa kompromitacja środowiska medialnego w dziejach Trzeciej RP”. Przytaczam tę historię, choć nie jest ona najważniejsza w porównaniu z innymi wydarzeniami. Ale jest bardzo pomocna w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „Czy taka Polska istnieje naprawdę?

Obejrzałem film „Trzech kumpli” – fabularyzowany dokument o Bronisławie Wildsteinie, Stanisławie Pyjasie i Lesławie Maleszce. Wstrząsający! Pyjas zostaje zamordowany przez ubecję, Maleszka pracuje w GW, a Wildstein zostaje wyrzucony z „Rzeczpospolitej” za próbę popchnięcia lustracji do przodu. Z zażenowaniem i zgrozą patrzę na Krzysztofa Kozłowskiego, redaktora „Tygodnika Powszechnego”, który ujawnienie, że Maleszka był agentem, nazwał „podłym donosem”, a dziś na stwierdzenie, że przecież Maleszka sam się przyznał, bredzi, że to jeszcze nie jest dowód przed sądem.

Czy taka Polska istnieje naprawdę? Mieliśmy wszyscy patrzeć w przyszłość. Błękitną. Cieszyć się niewątpliwymi sukcesami osiągniętymi po 1989. A tu wciąż nie brakuje ludzi, w tym ludzi młodych, którym coś nie gra i wkurzeni zadają pytanie: W jakim kraju, k…, ja żyję?

XII niedziela zwykła: Uratował życie ubogiego 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jun22

(Jr 20,10-13; Rz 5, 12-15; Mt 10,26-33)

Doświadczenie życiowe, chciałoby się powiedzieć, mówi nam, że Bóg nic nie zrobił, by swojego Syna wyrwać z rąk złoczyńców. Przeciwnie, mówi się, że z satysfakcją przyjął tę śmierć jako zadośćuczynienie za wyrządzoną Bogu krzywdę. Trzeba dodać, krzywdę wyrządzoną przez nas, ludzi, bo przecież nie przez Jezusa, gdyż tylko On jest jedynym niewinnym. Cierpiąc i umierając, Jezus odpokutował za nas karę, która niechybnie powinna spaść na nas, jeśli sprawiedliwość nie ma być jedynie pustym słowem.

Historia Jezusowej udręki i śmierci nieustannie powtarza się w historii życia wszystkich ludzkich pokoleń. Nadal złoczyńcy na wszelkie możliwe sposoby dręczą i zabijają niewinnych. Niedorozwój gospodarczy, spowodowany przez złą politykę, hamuje rozwój całych narodów, nie dopuszcza do bogacenia się, do dobrobytu. Do gnębienia ludzi wciąga się też bogów i Boga. Przykładów jest aż nadto: fundamentalizm i terroryzm islamski, chrześcijański antysemityzm, międzywyznaniowy i bezwyznaniowy nacjonalizm i rasizm, hinduska kastowość, ateistyczna nietolerancja. Dla chrześcijanina wszystkie te zjawiska nie mają charakteru jedynie społeczno-politycznego, ale również, czy nawet przede wszystkim, religijny. Przecież ten sam Bóg, który cierpiał w Jezusie, cierpi wciąż w ludziach. Można wprost powiedzieć, że historia ludzkości jest życiorysem Boga, jako że Bóg chrześcijan nie stoi obok swoich cierpiących dzieci, nie obserwuje ich, ani tym bardziej nie przeprowadza na nas żadnych eksperymentów. Nasz Bóg cierpi w nas, gdyż my, ludzie, jesteśmy Jego ciałem. Ten ciemny obraz nie powinien jednak osłabiać naszej odwagi i radości życia. Przeciwnie, ten ogrom zła powinien wyzwalać w nas nowe siły, pobudzające nas do działania, do szukania skutecznych środków wyzwalania naszych bliźnich z ich niedoli.

* * *

24 czerwca przypada uroczystość Narodzin Jana Chrzciciela, czyli jego urodziny. Trudno o lepszego patrona dla tych, którzy troszczą się o poprawę losu innych. Za swoją działalność Jan zapłacił głową. Został zabity, a jednak żyje. W przedziwny sposób wciąż wraca do nas i to również w tzw. zlaicyzowanych społeczeństwach. Noc świętojańska w Paryżu to noc muzyki, śpiewu i tańca. Noc radości życia. W kościołach, na ulicach i placach, w remizach strażackich koncerty orkiestr i chórów. Czy trzeba jeszcze innych dowodów na to, że zło można przezwyciężyć tylko dobrem i pięknem.

Nie byliśmy biskupami…, czyli powrót do „Humanae vitae” 11 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Jun21

Arcybiskup Wiednia, kardynał Schönborn, jeden z kandydatów na przyszłego Biskupa Rzymu, wygłosił na – zorganizowanym w marcu br. przez Neokatechumenat – spotkaniu biskupów europejskich w Ziemi Świętej, dość mocne przemówienie. Oto fragment: Europa powiedziała trzy razy „nie” swojej przyszłości. Pierwszy raz w 1968 roku – obchodzimy teraz czterdziestolecie – przez odrzucenie „Humanae vitae”. Drugi raz w 1975 roku, kiedy prawa popierające aborcję zalały Europę. I trzeci raz…, akurat wczoraj dostałem wiadomość z Austrii o tym, że rząd doszedł do porozumienia w sprawie małżeństw homoseksualnych, również w Austrii, trzecie „nie” przyszłości, życiu. [...] Dzisiaj w Niemczech 100 rodziców ma 64 dzieci i 44 wnucząt; to znaczy, że w ciągu jednego pokolenia populacja niemiecka – nie licząc imigracji – zmniejsza się o połowę. Powiedzieliśmy „nie” wobec „Humanae vitae”. Nie byliśmy biskupami, ale nasi współbracia nimi byli. [...] My byliśmy za zamkniętymi drzwiami, ze strachu. Myślę, że chociaż nie byliśmy biskupami w tamtych latach, mamy żałować za ten grzech europejskiego Episkopatu, który nie miał odwagi, by z mocą wspierać Pawła VI, ponieważ dzisiaj nosimy wszyscy w naszych Kościołach, w naszych diecezjach ciężar konsekwencji tego grzechu.

Cieszą mnie te słowa. Mam nadzieję, że za kard. Schönbornem pójdą inni biskupi, którym niekiedy brakuje odwagi w obliczu agresywnej promocji panseksualizmu, antykoncepcji, aborcji, eutanazji i wszelkich mniejszości seksualnych, czyli tego, co Jan Paweł II nazywał cywilizacją śmierci. Z lęku uciekają w bardziej bezpieczne tematy, jak np. wspólna walka z globalnym ociepleniem. Nie tak dawno pewien duński duchowny przekonywał mnie, że Kościół powinien zająć się kwestią topnienia lodowców.

Media Night 2008 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun19

Wczoraj, jak co rok, odbyła się konferencja Fundacji Konrada Adenauera Media Night o stanie polskiego dziennikarstwa. Zeszłoroczna mocno osadzała się w kontekście bieżących wydarzeń politycznych. Rząd PiS-u grał kartą antyniemiecką, w niemieckiej prasie z Kaczyńskich zrobiono kartofle. Teraz jest spokojnie, stosunki z zachodnim sąsiadem, przynajmniej na zewnątrz, w sferze gestów i symboli, układają się bardziej niż poprawnie. Można rozmawiać o mediach bez obciążenia – oczywiście nie do końca – polityką.

Fundacja przygotowała jak zwykle trzy panele: „Nowe media, nowe dziennikarstwo?”, „Nieoczekiwana zmiana miejsc: Media pierwszą władzą?” i „O sztuce dziennikarstwa i wartościach w mediach”.

Najbardziej widownię zainteresował ten drugi (trzeba było wybierać, ponieważ odbywały się równolegle). Jednym z jego uczestników był Michał Kamiński z kancelarii prezydenta, który winę za przegraną PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zrzucił właśnie na media. Decydująca wg niego była kapania z hasłem „Idź na wybory, zmień Polskę”, którą podobno obejrzała ogromna liczba Polaków i jej posłuchała. Dziwne, że doświadczony polityk może mieć aż tak zasłonięte oczy. Przypuszczam, że wiele osób o tym haśle w ogóle nie słyszało. Zresztą „zmień Polskę” nie oznacza od razu „odsuń od władzy PiS”, bo każde wybory, jak każda decyzja, są zmianą. Jeśli politycy PiS uważają, że przegrali przez media (a przecież mieli większość silnych mediów za sobą), to znaczy, że niczego się nie nauczyli.

Tymczasem najciekawszy wydał mi się panel poświęcony sztuce dziennikarstwa. Thomas Urban, niemiecki korespondent w Polsce zauważył, że nasze media, bardziej niż gdzie indziej, zajęte są same sobą. „Prawie codziennie pół kolumny poświęca się walce z inną gazetą” – mówił. – „I mam wrażenie, że ten spór rozumie w kraju nie więcej niż dziesięć osób. Walka między mediami prowadzi do przekazywania samych informacji w inny sposób – to znaczy do obniżania ich jakości”. Słuszne uwagi. U nas warto czytać kilka tytułów, by lepiej wyrobić sobie opinię o wydarzeniach. Ale z drugiej strony – nie tylko u nas.

Cesarzowi co cesarskie 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jun19

Zagadnął mnie pewien były katolik, ale nie Polak, lecz Sąsiad z Europy, człowiek już nie młody, czy ja naprawdę wierzę, że Kościół jest uczciwą instytucją. Jego pytanie było oczywistą zaczepką. Pewnie od dawna chciał na ten temat porozmawiać z kimś, kto nie potępiłby Kościoła natychmiast. Dzięki temu mógł opowiedzieć, co go boli i czekać na jakieś przeciwne argumenty. Sam przeżył w życiu zwrot. Mówił, że służył do mszy jako chłopiec, modlił się, myślał, że będzie księdzem. Ale potem przyszedł do swego księdza w jakiejś sprawie i przyłapał go na spółkowaniu w tym samym pomieszczeniu, w którym udzielał nauk młodym ludziom. Był to szok, który spowodował odejście od Kościoła. Ktoś życzliwy podrzucił mu wkrótce po tym incydencie lektury opowiadające o zakłamaniu hierarchii kościelnej. Przechowuje je do dzisiaj, chciał mi nawet pożyczać, żebym przekonała się na własne oczy, z czym mam do czynienia. Mówił rzeczy straszne, o średniowiecznym cmentarzu nowonarodzonych dzieci pochodzących ze związków zakonników z męskiego zakonu z zakonnicami z sąsiedniego klasztoru. Nie wiem, czy to prawda, dość, że on to nadal przeżywał. Zresztą, niemiło się tego słuchało. Potem opowiadał, że był na prywatnej audiencji u papieża Pawła VI i jako jedyny z drużyny nie pocałował jego pierścienia, bo uważał, że takiego hołdu złożyć nie pozwala mu sumienie. Dlaczego?

Rozmowa zeszła na temat bogactwa zgromadzonego w Watykanie i w Kościele w ogóle. Dlaczego – pytał – nie poświęci Kościół tych skarbów na pomoc ubogim? To, co robi Kościół jest czystą hipokryzją – przekonywał – bo samo nawoływanie do miłosierdzia i współczucia czy też braterskiej miłości, kiedy żyje się w luksusowych warunkach, ma się służbę, świetne trunki, jedwabne szaty i władzę nad ludźmi, jest po prostu nieuczciwe wobec wiernych i innowierców.

Kościół stawia się w ten sposób po stronie tego co cesarskie w zadanym Jezusowi w Ewangelii pytaniu, komu należy służyć. Jezus popatrzał wówczas na monetę z wizerunkiem cesarza i powiedział, żeby oddać Bogu, co Boskie a cesarzowi, co cesarskie. Kościół, chcąc monet, gromadząc monety, czyli dobra ziemskie stał się jeszcze jednym obliczem cesarza.

Jakoś tam próbowałam oponować. Mówiłam, że aby działać, należy mieć środki do działania, że większy wpływ na życie ludzi ma się mogąc do nich docierać z przesłaniem, a do tego trzeba mieć i pieniądze i organizację i wpływ na prawodawstwo i dostęp do mediów, czyli, że naturalnie bierze się udział w ziemskiej grze sił, że wypadnięcie z niej grozi zapadnięciem się w nicość. Mówiłam te i inne rzeczy, ale w duchu nie czułam się pewnie. Moje własne słowa obijały się o obrazy czarnych limuzyn biskupów, skarbców kościelnych, pałaców i posiadłości. A mój rozmówca nie ułatwiał mi sprawy podsuwając z kolei obrazy dzieci z wydętymi brzuszkami, których pełen jest świat.

I myślałam sobie: Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, czy takim chciał je Jezus widzieć? Czy ma być to ciało kapiące złotem czy raczej przybrane zgrzebną szatą?

XI niedziela zwykła: Proście więc Pana żniwa 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jun15

(Wj 19,1-6a; Rz 5,6-1; Mt 9,36-10,8)

Co do proszenia, to nie można narzekać, mamy wprawę. Chociaż czasami przemknie nam przez głowę myśl, czy przypadkiem tym nieustannym zwracaniem się do Boga nie nadwerężamy Jego cierpliwości? Czy przypadkiem nie jest już tak, że zamiast sami wziąć się do roboty, próbujemy wyręczać się Bogiem?

Tymczasem Jezus, po zachęceniu zebranych przy Nim do modlitwy, przywołuje do siebie uczniów i wysyła ich do roboty. Udziela im władzy, mówi Mateusz, by leczyli wszelkie słabości. Z czasem okaże się, że Jezus nie tylko będzie wspierał swoich uczniów i tych, których oni do Niego przyprowadzą, ale sam w nich zamieszka. Tym samym chrześcijanie, czyli Kościół, staną się ciałem Chrystusa i Jego słowem.

Jeśli więc ktoś zwraca się do Boga z prośbą o pomoc, Bóg ma prawo oczekiwać od tych, którzy mu zaufali i nazywają się Jego dziećmi, że będą Jego rękoma i Jego ustami. Że przez nich, przez Kościół, Bóg odpowie na modlitwy do Niego zanoszone. Dlatego podczas mszy Bóg pozwala nam słyszeć prośby do Niego skierowane, byśmy, a raczej by On sam przez nas, mógł na nie odpowiedzieć. Prośba skierowana do Boga, ale nie poparta gotowością zaradzenia tym i innym biedom dręczącym ludzi, z którymi mieszkamy pod jednym niebem i dachem, jest spychaniem naszych obowiązków na Boga. A przecież powinno być zupełnie inaczej.

* * *

Kiedy więc polecamy Bożej opiece cierpiących z powodu głodu, chorób, prześladowań czy wojny, powinniśmy w tym samym momencie zacząć się zastanawiać, jak my, tu i teraz, mimo odległości mierzonej tysiącami kilometrów, możemy tym nieszczęściom zaradzić. Dzięki tej, tak przez niektórych demonizowanej globalizacji, nasze możliwości niesienia pomocy w praktyce nie mają granic.

Bałwochwalstwo 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jun15

Diagnoza Simone Weil dotycząca współczesności brzmi krótko i dobitnie: cierpimy na chorobę bałwochwalstwa. To bałwochwalstwo właściwe jest na równi nauce i religii, a dusza współczesnego człowieka rozdarta jest między przyznaniem władzy jednej z nich, z tym, że religia w tych wahaniach coraz częściej przegrywa.

Albowiem we wszystko można dziś wątpić i wszystko ośmieszać, ale nikt nie wątpi i nie pogardza nauką. Simone Weil pisała, że „we wszystkich polemikach, w których religia i nauka zdają się popadać ze sobą w konflikt, jest po stronie Kościoła prawie śmieszna niższość intelektualna, polegająca nie na sile przeciwnych argumentów, na ogół bardzo miernych, ale wyłącznie na kompleksie niższości”. Czy jest to kompleks o rzeczywistych podstawach? Jak można się z nim rozprawić?

Należy spojrzeć na naukę współczesną i odkryć jej ukryte przed okiem publiczności cechy i założenia. Zacznijmy od ważnego spostrzeżenia, że ponieważ jeśli chodzi o naukę, nie ma dziś ludzi niewierzących w nią, odpowiedzialność naukowców jest podobna do tej, którą mieli w XII i XIII księża i zakonnicy. Społeczeństwo żywi ich, aby mieli dosyć czasu wolnego na szukanie, odnajdywanie i przekazywanie mu tego, czym jest prawda. Zamiast tego uczeni ulegają opinii zbiorowej i poddają się modzie. czytaj dalej »

Dla tych, którzy mają dość “Bolka” i bolców 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun13

Lech Wałęsa - Człowiek Roku TIME

Na stronie TIME’a można taką okładkę zamówić. Na znak solidarności.

Znalazłem jeszcze jedną ciekawą…

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com