XI niedziela zwykła: Proście więc Pana żniwa 0
(Wj 19,1-6a; Rz 5,6-1; Mt 9,36-10,8)
Co do proszenia, to nie można narzekać, mamy wprawę. Chociaż czasami przemknie nam przez głowę myśl, czy przypadkiem tym nieustannym zwracaniem się do Boga nie nadwerężamy Jego cierpliwości? Czy przypadkiem nie jest już tak, że zamiast sami wziąć się do roboty, próbujemy wyręczać się Bogiem?
Tymczasem Jezus, po zachęceniu zebranych przy Nim do modlitwy, przywołuje do siebie uczniów i wysyła ich do roboty. Udziela im władzy, mówi Mateusz, by leczyli wszelkie słabości. Z czasem okaże się, że Jezus nie tylko będzie wspierał swoich uczniów i tych, których oni do Niego przyprowadzą, ale sam w nich zamieszka. Tym samym chrześcijanie, czyli Kościół, staną się ciałem Chrystusa i Jego słowem.
Jeśli więc ktoś zwraca się do Boga z prośbą o pomoc, Bóg ma prawo oczekiwać od tych, którzy mu zaufali i nazywają się Jego dziećmi, że będą Jego rękoma i Jego ustami. Że przez nich, przez Kościół, Bóg odpowie na modlitwy do Niego zanoszone. Dlatego podczas mszy Bóg pozwala nam słyszeć prośby do Niego skierowane, byśmy, a raczej by On sam przez nas, mógł na nie odpowiedzieć. Prośba skierowana do Boga, ale nie poparta gotowością zaradzenia tym i innym biedom dręczącym ludzi, z którymi mieszkamy pod jednym niebem i dachem, jest spychaniem naszych obowiązków na Boga. A przecież powinno być zupełnie inaczej.
* * *
Kiedy więc polecamy Bożej opiece cierpiących z powodu głodu, chorób, prześladowań czy wojny, powinniśmy w tym samym momencie zacząć się zastanawiać, jak my, tu i teraz, mimo odległości mierzonej tysiącami kilometrów, możemy tym nieszczęściom zaradzić. Dzięki tej, tak przez niektórych demonizowanej globalizacji, nasze możliwości niesienia pomocy w praktyce nie mają granic.




Komentarze przez RSS
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy dla tego wpisu