Artykuł

Coś przyleciało 3

Jul13

Lato to świetlista i duszna pora roku. Ułożyłam się do snu. Zapadała wreszcie krótka noc przecinana szelestem cykad. Kolory powoli traciły na intensywności. Za oknami cichło, narastało wrażenie spokojnego płynięcia przez pofalowane pola. Zasypiałam w maleńkim pokoiku na poddaszu samotnego poniemieckiego domu. Sterczał jak dumny okręt na szczycie niewielkiego wzniesienia i tylko od południowej strony widać było niedaleką linię brzegu lasu. Było spokojnie i bezpiecznie. Tutaj zawsze czułam się wolna i zatrzymana w gonitwie.

Rankiem zerwały mnie jakieś dziwnie bliskie odgłosy. Właściwie to się przestraszyłam. Skąd to stukanie? Wszyscy śpią na dole a na piętrze jestem tylko ja. Pewnie mi się wydawało – przekonywałam sama siebie. Ale wkrótce stuknięcie powtórzyło się. Ktoś tu jest – zdecydowałam. Jak się dostał? Przecież pokoik jest wysoko, a uchylony lufcik za mały, żeby ktokolwiek mógł się przecisnąć. Ze strachem otworzyłam oczy i uniosłam głowę. Ukazał mi się wielki ptak. Gołąb? Nie, to sowa! Cóż za niezwykły widok! Siedziała na oparciu krzesła – piękna, jasna, duża i puchata! Tkwiła tam nieruchomo i patrzyła na mnie z przypisywaną jej mądrością. Dopiero świtało. Było szaro. Nie widziałam kolorów, tylko jej miękkość. Sowa, widząc że się obudziłam, próbowała uciec i stuknęła kilkakrotnie głową o szybę. Zrozumiałam teraz, skąd dochodziły poprzednie stuknięcia: wleciała przez otwarty lufcik, a teraz była w pułapce. Przemknęło mi przez myśl, żeby zamknąć jej drogę ucieczki, bo inaczej nikt mi nie uwierzy, że tu rzeczywiście była. Gdybym ją zamknęła, mogłabym ją sfotografować albo zawołać resztę domowników i pochwalić się nią. Mogłabym też włączyć lampę i obejrzeć ją sobie dokładniej. Mogłaby zostać moja. Mogłam ją mieć.

Kiedy tak snułam plany, jak spożytkować niecodzienne wydarzenie, w pewnym momencie ocknęłam się i opadłam na poduszkę. Zawirowało mi w głowie pytanie: co planowałam? Miałam przewagę nad nią, była zdana na mnie, więc mogłam pozbawić ją wolności. I chciałam to zrobić, żeby zaspokoić swoją próżność. Właśnie złapałam się na tym jak rozwieram swoją zawsze głodną paszczę konsumenta. Jednak zatrzymałam się w porę. Coś mi przeszkodziło: jakaś międzygatunkowa solidarność, jakieś poczucie, że jesteśmy tu razem. Ona i ja, w tym samym świecie, oddychające tym samym powietrzem, dzielące lęk o życie.

Jeszcze raz powoli się podniosłam. Sowa natychmiast czujnie przeskoczyła na oparcie dalszego krzesła. „Już nie masz się czego bać” – pomyślałam z zadowoleniem i otworzyłam na oścież okno. Zrozumiała. Przekrzywiła lekko głowę i rzuciła mi krótkie spojrzenie. Następnie wzniosła się w powietrze i dała mi obejrzeć swój bezszelestny lot. Nigdy nie widziałam sowy w locie z odległości jednego metra i byłam zaskoczona, że jest tak aksamitny. Uśmiechnęłam się do siebie z przyjemnością i świadomością, że zadziało się coś niezwykłego, że spłynęło na mnie coś, co pozwoliło mi odnieść mnie tylko znane zwycięstwo.

Rozjaśniało się. Położyłam się jeszcze i myślałam o tym, czego znakiem była ta nie-moja sowa. Myślałam, że może chodzi o to, żebym tak jak ona: spokojnie, cicho i mądrze … Ale co takiego „spokojnie, cicho i mądrze”? Wszystko. Wszystko co przychodzi, napływa, czeka na mnie. Żeby przyjmować to w ciszy, wsłuchując się w słyszalny gdzieś w głębi siebie delikatny szept. Żeby przyjmować to miękko, bez protestu.

I żeby zachować czujność taką jak ona: gdy tylko otworzy się okno, majestatycznie rozłożyć skrzydła i bezszelestnie wylecieć w przestworza.

Komentarze przez RSS

3 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. maria chodyko says:

    Miła ta sówka. A ja miałam dziś drobną kolizję ze światem zwierząt. Jeździłam na rowerze po parku gapiąc sie na moje ulubione wiewiórki biegające z góry na dół oraz wzdłuż i wszerz, a także podziwiając niecodzienny pościg takiej rudej kity za jakimś dwulatkiem. Było na co patrzeć: przodem szedł tata ze spacerówką, następnie dreptał dwulatek, a z za nim goniła wiewiórka.
    Wiewiórki dotrzymywały mi towarzystwa aż do ostatniej rundy. Jedna z nich biegnąc wzdłuż alejki z orzechem(?) w pyszczku, najwidoczniej bardzo tym zaaferowana, ku mojemu przerażeniu skierowała się wprost pod rower. Ostro hamując – hamulcami i czym się tylko dało, poczułam jak coś miękkiego przemknęło mi po nodze, a tuż potem głośne klaśnięcie orzecha o ścieżkę. Na szczęście strata orzecha okazała się jedyną szkodą nieobliczalnej wiewiórki, która szybko dołączyła do dwu pozostałych, ganiających sie po drzewie. Zachowała sie bez sensu, ale z morałem.
    Zwierzęta łagodzą obyczaje.

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com