Artykuł

Daleki strajk 1

Jul15

Ukoronowaniem naszej wyprawy do Peru miało być legendarne Machu Picchu. Było nas dwanaścioro plus nasza przewodniczka. Już się poznaliśmy. Jeździliśmy razem drogami i dróżkami Peru od niemal trzech tygodni. Część z nas tylko po to, żeby znaleźć się na Machu Picchu. I raptem plan zaczął się załamywać, bo zapowiadany w zeszłym tygodniu na jeden dzień strajk transportowców przedłużono w ostatniej chwili o dodatkowy dzień: 8 lipca, ten właśnie dzień, w którym mieliśmy dojechać do celu.

Na początku nie zdawaliśmy sobie sprawy z dramatu. Strajk to strajk, cóż to nas może obchodzić? Zawsze można znaleźć prywatny samochód, albo kogoś, kogo strajk nie będzie dotyczył. Tylko nasza przewodniczka, mieszkająca w Peru Polka, wydawała się zgnębiona. Zapowiedziała wieczorem, tuż po tym jak dotarliśmy do hostelu w Cusco, że jeśli wiadomości się potwierdzą, mamy w ciągu dziesięciu minut stawić się spakowani i gotowi do odjazdu przed hotelem. Inaczej – klapa. Byliśmy wykończeni po całym dniu jazdy i poprzedniej nocy spędzonej u Indian na wyspie na jeziorze Titicaca, gdzie nie można było się umyć i warunki były zdecydowanie prymitywne, a Indianie – żeby nas dobrze przyjąć – zorganizowali tańce wokół ogniska trwające do późna w nocy. Niestety sprawdził się czarny scenariusz, zdążyliśmy tylko wziąć prysznic w Cusco i zamiast ułożyć się spać, trzeba było znowu ruszać w drogę. A rankiem następnego dnia, zaopatrzeni w wodę, wyruszyliśmy z miejscowości Olantaytambo z jak najmniejszymi plecaczkami na dwudniową wyprawę.

Najpierw wsiedliśmy na pakę ciężarówki należącej do miejscowego rolnika, który wracał do domu i mógł nas podwieźć jakieś trzydzieści kilometrów. Mieliśmy przykazane, żeby się do siebie nie odzywać, siedzieć w pozycji skulonej tak, by nikt z zewnątrz nie mógł nas zauważyć i zakrywać ramionami głowy, gdyby posypały się na nas kamienie. Pokornie spełnialiśmy wszystkie polecenia. Co chwila zatrzymywaliśmy się, ale nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wreszcie hasło: wysiadać. Niestety do stacji kolei i końca drogi samochodowej pozostało jeszcze czternaście kilometrów. Po wyjściu zorientowaliśmy się, na czym polega ten niezrozumiały wcześniej przez nas strajk: na drodze przed nami leżały stosy głazów zrzucone z wysokiego pobocza (tu wszędzie są góry). Nie było wątpliwości – dalej samochód nie pojedzie. Niespodziewanie mamy więc do przejścia na piechotę nie dwadzieścia osiem, lecz czterdzieści dwa kilometry. Nikt się nie wycofuje. Jest to przecież dla nas jedyna szansa na zobaczenie Machu Picchu. Wszystko we mnie zamiera z niepokoju: czy dam radę? Postanawiam maksymalnie oszczędzać siły i nie odzywam się niepotrzebnie, nie przyspieszam ani nie zwalniam, skupiam się na marszu, na następnym kroku, na tym, żeby tak stawiać nogi, żeby chronić ugniatane przy każdym zetknięciu z podłożem miejsca na stopach.

Jest zima. Jesteśmy blisko równika, na wysokości około dwóch tysięcy metrów, dzień trwa trochę mniej niż dwanaście godzin. Musimy więc iść szybko, bo nie zdążymy przed zmrokiem i będziemy musieli iść po ciemku. Pierwszy etap wzdłuż normalnej drogi przebywamy sprawnie – mamy średnią prędkość sześć kilometrów na godzinę. Na 82 km przy stacji kolejowej miejscowe kobiety ostrzegają nas przed strażnikami, którzy mogą nie wpuścić nas na tory. Przewodniczka na wszelki wypadek przygotowuje dla nich łapówkę. Jednak strażnicy nie interesują się nami – nie wiadomo jakie mają zadania, po prostu tam tkwią. Droga samochodowa się skończyła i zaczynamy iść po torach. Między podkładami wysypany jest gruby tłuczeń, po którym stąpa się bardzo niewygodnie. Maszerujemy Świętą Doliną Inków. Towarzyszy nam szum wartkiej rzeki płynącej kamienistą doliną. Poza tym jest cicho, bezludnie i zielono. Zerkam na święte góry z podziwem, ale tylko krótkimi rzutami oka, bo trzeba ciągle patrzeć pod nogi, żeby nie skręcić kostki, albo nie wpaść stopą pomiędzy podkłady w tych miejscach, gdzie tory wiszą w powietrzu nad strumykami i gdzie zamiast na tłuczeń stopa może natrafić na pustkę.

Rano było wściekle zimno a teraz robi się gorąco. Postanawiamy robić krótkie odpoczynki co godzinę. Podczas kolejnych przerw sprawdzamy nasze tempo i coraz bardziej niepokoimy się o to, czy zdążymy przed zmrokiem. No, cóż, to była dla wszystkich próba wytrzymałości. Ostatnią godzinę szliśmy w ciemności w tempie 3 km/godz. Jeden z uczestników mdlał z wysiłku. Wszyscy mieliśmy całe stopy w pęcherzach. Słanialiśmy się ze zmęczenia, ale dotarliśmy do celu marszu, którym była tabliczka z napisem 110 km i za nią miasteczko Aguas Calientes.

Następnego dnia cieszyliśmy się nagrodą – co prawda chodziliśmy jak paralitycy, ale oglądaliśmy Machu Picchu, tym bardziej tajemnicze, że puste w wyniku strajku. Dowiózł nas na miejsce elegancki busik, którego strajk nie obowiązywał. Ujrzeliśmy zachwycający cud przyrody i cud ludzkiego kunsztu urbanistycznego, który przyrodę w tym miejscu koronuje nic jej nie ujmując ani jej nie raniąc. Inkaskie imponujące miasto jaśniało w ostrym górskim równikowym słońcu, idealnie wkomponowane w krajobraz, umiejscowione na jedynym w miarę płaskim miejscu pośród sterczących pionowo, porośniętych dżunglą gór.

Na pewno nigdy nie zapomnimy ani tego widoku ani wysiłku i determinacji, jaki włożyliśmy, żeby móc cieszyć nim nasze oczy. Nie dość nam było wyczynu. Mieliśmy tak podniosły nastrój, że postanowiliśmy wejść na okoliczne szczyty. Jedni na Machu Picchu, inni na Wayno Picchu, jeszcze inni trawersem do wrót prowadzących do doliny.

Oprócz piękna świata, tak oczywistego w tym miejscu, pamiętać będę jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to miejscowi Indianie zdążający w przeciwną niż my stronę. Pojawiali się na torach spoceni, strudzeni, obciążeni ogromnymi, ciężkimi tobołami przytroczonymi do pleców. Niektórzy biegli po naszych torach w przeciwnym kierunku wprawiając nas tym w nieme osłupienie. My ledwie szliśmy, a oni biegli z ciężarem na grzbiecie. I to pewnie nie po raz pierwszy. Przyszło mi do głowy, że w odróżnieniu od nas oni naprawdę nie mają wyboru. Nie biegną z ciekawości zobaczenia sławnego z urody miejsca, ale z potrzeby zarobienia paru groszy. I – co najbardziej zdumiewające – mimo okropnego wysiłku, starczało im sił na skierowanie na mnie wzroku i wypowiedzenie pozdrowienia „buenos dias’, a w dalszej części dnia „buenos tardes”. U tych prostych, spracowanych ludzi potrzeba pozdrowienia napotykanego człowieka była więc silniejsza niż ból i zmęczenie!

A drugim przeżyciem było to, jak zakończyła się przygoda koleżanki z naszej grupy. Na nieszczęście zostawiła ona w skromnym hoteliku pod Machu Picchu aparat fotograficzny z dużą kwotą pieniędzy w futerale i spostrzegła to dopiero po wyjeździe, gdy znów byliśmy w Cusco odległym o ponad sto kilometrów. Telefon do hotelu i natychmiastowe potwierdzenie: JEST. Przeliczono pieniądze. Ku mojemu zaskoczeniu aparat i pieniądze – nietknięte – zostały dostarczone przez umyślnego posłańca, jakiegoś znajomego właściciela hoteliku, który jechał do Cusco jeszcze tego samego wieczora.

A spodziewałam się, że jadę do dość dzikiego kraju!
Te dwie interakcje z Peruwiańczykami wywarły na mnie nie mniej piorunujące wrażenie niż wielkie cuda przyrody i architektury razem wzięte!

Komentarze przez RSS

Jest jeden komentarz dla tego wpisu

  1. Andrzej says:

    :)

    To tylko utwierdza w przekonaniu, że w ludzi trzeba wierzyć. Wspaniała przygoda! Pozdrawiam!

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com