Artykuł

  • 16.07.2008
  • 06:18 PM
  • Dariusz Kowalczyk SJ

Pocieszenie “administratora religii” 5

Jul16

Warto czasem nadstawić ucha, by usłyszeć, co mówią po drugiej stronie barykady. W tym celu nabyłem kwartalnik „Bez Dogmatu” (wiosna 2008). A w nim przeczytałem m.in. tekst Barbary Stanosz pt. „Mistrz fikcji filozoficznej”. Owym mistrzem fikcji dla prof. Stanosz jest prof. Leszek Kołakowski. Stanosz szuka wyjaśnienia dla „transformacji, po której rzecznik dyktatury proletariatu [...] jako realizatora «historycznej konieczności» staje się rzecznikiem wiary religijnej, wspierającym jej natchnionych przez Ducha Świętego zarządców…”. Jedną z diagnoz – zdaniem pani profesor nie całkiem chybioną – może być wyjaśnienie psychoanalityczne, zgodnie z którym w powyższej transformacji został zachowany „rdzeń postawy życiowej nacechowanej silnym lękiem przed pospólstwem uwolnionym od wędzideł”. A zatem przemiana Kołakowskiego jest pozorna. W istocie chodzi o minimalizowanie lęku: „W warunkach dyktatury – partii politycznej lub politycznie wpływowego kościoła – lęk ten jest mniej dokuczliwy, bo wędzidła wydają się dostatecznie mocno osadzone”.

Barbarę Stanosz irytuje to, że postawa Kołakowskiego służy „administratorom religii” oraz „ich publicystycznym kibicom”, gdyż „wzbogaca zasób ich środków o argument, iż nawet filozof-ateista, wie, że «rozum bez teologicznych założeń ma ogromne kłopoty»”. Panią profesor irytuje też prof. Kołakowski, kiedy stwierdza: „to, że nie ma [w traktacie lizbońskim] ani słowa o przemożnym udziale chrześcijaństwa w historii Europy, w kształtowaniu europejskiej kultury i europejskich instytucji, jest w moim przekonaniu absurdalne”. Stanosz widzi ostatnie 2000 lat zdecydowanie inaczej: „chrystianizacja była dla Europy dolegliwym «wypadkiem przy pracy», którego skutki odczuwamy do dziś”.

„Na jakiej podstawie [Kołakowski] twierdzi – denerwuje się pani profesor – że chrześcijaństwo i Kościół nigdy nie zginie, natomiast lewicy już teraz nie ma na świecie? Albo że «istnieje pewna ciągłość między Marksem a gułagiem», ale «wyprawy krzyżowe nie są naturalnym owocem wiary chrześcijańskiej»”. Po czym kłuje Stanosz Kołakowskiego ostrzem swej ironii: „Jeśli znalazł kryterium, zgodnie z którym rozsądnie jest wierzyć w cudotwórczą moc pewnego (znanego mu osobiście) papieża, ale już nie w złowrogą moc kobiet zwerbowanych do służby przez Szatana, ani w dyskretną uczynność krasnoludków itp., to czemu nie podzieli się z nami tym wiekopomnym odkryciem?”. Stanosz nie odważa się zanegować inteligencji i wiedzy prof. Kołakowskiego. Dlatego też podejrzewa, że „jego filozofowanie jest świadomą błazenadą”. Na koniec stwierdza: „Wypadałoby jednak, by dość licznej grupie osób, które traktują go jako swego guru, powiedział w końcu: «Przepraszam, żartowałem»”.

Tekst Barbary Stanosz jest dla mnie w gruncie rzeczy pocieszeniem. Pokazuje on bowiem, że myśl ateistyczna, antychrześcijańska i antykatolicka znajduje się dziś w dość opłakanym stanie. Żenująca miałkość dorównuje w niej chorobliwemu zacietrzewieniu. Zastanawiam się tylko, co każe prof. Stanosz pisać takie rzeczy: racjonalna refleksja czy osobiste zranienia? To samo pytanie nasuwało mi się podczas dyskusji, jaką prowadziłem swego czasu na łamach „Życia Duchowego” (kiedy red. naczelnym był St. Obirek) z prof. Janem Woleńskim. Jego książka „Granice niewiary”, w której jestem zaszczycony licznymi odniesieniami, stanowi pomieszanie niby naukowo-logicznych argumentów ze złością na Rydzyka i na to, że jakiemuś zwolennikowi aborcji odmówiono katolickiego pogrzebu. No cóż! mam wrażenie, że nie ma dziś już racjonalnych ateistów, którzy potrafią tyleż logicznie, co spokojnie argumentować przeciwko wierze Kościoła.

Komentarze przez RSS

5 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. maria chodyko says:

    Jestem głęboko przekonana, że niewiara jet tzw. “grzechem cudzym” – czyli u podstaw czyjejś niewiary leży złe świadectwo kogoś innego. Dylematy ateizmu sprowadzają się chyba do jednego pytania: “dlaczego każesz mi ufać że świat jest dobry a jednocześnie mnie krzywdzisz? Dlaczego każesz mi ufać tobie, zmuszając mnie do niewiary w siebie?”. Ateizm skrywa lęk przed jedną z podstawowych potrzeb ludzkich: potrzebą zależności. chyba każdy doświadczył tego, że zależność może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
    Korzenie ateizmu, podobnie jak i teizmu nie są racjonalne, bo i sam człowiek nie jest istotą racjonalną.
    Nie stawiam znaku równości między Janem Woleńskim a Barbarą Stanosz. Ateizm, który zaprzecza zjawisku religijności uważam za bezwartościowy. Nie zaliczam do tego nurtu postawy prof. Woleńskiego, co więcej – powiem że pytania o wiarę i niewiarę, które zadaje w sposób znaczący budują moją religijność i uważam że wyrazem autentycznego poszukiwania prawdy (za przeproszeniem).
    Gdyby zabrakło profesora Woleńskiego dyskusja religijna w Polsce byłaby o wiele, wiele uboższa. Bo na resztę “dyskutantów” to wyzłośliwiać się po prostu nie uchodzi.
    Łaska wiary nie wszystkim została dana po równo. I nie wiem dlaczego Bóg tak to urządził.

  2. Małgorzata says:

    Tu chyba nie o logikę chodzi. Na gruncie logiki pani prof.Barbara Stanosz czuje się przecież wyjątkowo pewnie. Oto przykład jej rozumowania z artykułu pt.TAJEMNICA PRAWA NATURALNEGO:
    “Każdy początkujący student filozofii wie, że z opisowych, em¬pirycznie sprawdzalnych twierdzeń o człowieku nie wynikają żadne jego prawa ani powinności. Z tego bowiem, jakie coś jest, nie wynika nic w kwestii, jakie owo coś być powinno, ani jak po¬winno być oceniane.
    Każdy myślący człowiek zauważy, że jeśli takie powinnościo-we tezy chce się z czegoś wyprowadzić, to w istocie trzeba je w przesłankach założyć. Z nieempirycznego, metafizycznego twierdzenia o „przyrodzonej godności człowieka” lub o „istocie człowieczeństwa” można wywodzić wnioski dotyczące ludzkich praw i powinności tylko wtedy, gdy godność czy istotę człowie¬ka zdefiniuje się explicite lub implicite tak, że owe prawa i po¬winności się w niej mieszczą. Wtedy jednak cały wywód nie ma wartości uzasadniającej: staje się tym, co nazywamy błędnym kołem w rozumowaniu.
    Wreszcie każdy, kto poświęcił choć trochę czasu na refleksję etyczną, uświadomił sobie, że sumienie, tj. intuicje moralne czło¬wieka, są nie tylko zróżnicowane indywidualnie i kulturowo, lecz także notorycznie chwiejne, a przede wszystkim nie tolerują ge-neralizacji: od każdej ogólnej zasady moralnej skłonni jesteśmy dopuszczać wyjątki, przy czym nie potrafimy sporządzić z góry pełnej listy sytuacji, w których daną zasadę gotowi bylibyśmy za¬wiesić. Dotyczy to także takich „przyrodzonych” praw człowieka, jak prawo do życia, prawo do własności czy wolności słowa. Na¬szych intuicji moralnych nie można więc przywoływać na popar¬cie istnienia jakichś uniwersalnych i absolutnych, niezależnych od naszej woli i wiedzy praw czy powinności człowieka.
    Dlaczego zatem co pewien czas ktoś stara się nas przekonać o istnieniu takich praw, twierdząc, że są one ponad prawami przez nas stanowionymi, że muszą być respektowane, czy tego chcemy czy nie, jako prawa naturalne? Nasuwa się jedna hipote¬za wyjaśniająca: czynią to ci, którzy chcą nam coś w tej dziedzi¬nie narzucić, ograniczyć nasze możliwości wyboru przez podpo¬rządkowanie ich swojej własnej koncepcji godnego życia lub – co chyba częstsze – preferowanym przez siebie, niedemokratycznym mechanizmom stanowienia prawa. Mechanizmy takie usprawie¬dliwiano dawniej boskim pochodzeniem wszelkiej władzy; dziś usprawiedliwia się je najczęściej boskim pochodzeniem wiedzy o tym, co dobre i złe. I naszej domyślności pozostawia się wnio¬sek, że skoro nieomylny dostęp do tej wiedzy mają zwierzchnicy instytucji, która pośredniczy między nami i Bogiem, więc właśnie ona winna nadzorować proces stanowienia prawa i ingerować weń, ilekroć uzna to za wskazane. A zapewnienie, że musi to czy¬nić dla ochrony nadrzędnych, naturalnych praw, usypia nasze podejrzenia, że instytucja ta może się kierować po prostu wła¬snym interesem.”

    Ciekawa byłabym logicznych argumentów dowodzących fałszywości formułowanych tu wniosków.

  3. maria chodyko says:

    Ja widzę niespójność wniosków. Z jednej strony prof. Stanosz mówi, że intuicje moralne nie tolerują generalizacji, więc nie istnieją uniwersalne prawa czy powinności człowieka. Z drugiej – jesteśmy poddani jakieś pośredniczącej instytucji między nami a Bogiem, jak z tego tekstu wnioskuję – dobrowolnie. Na jakich zatem zasadach funkcjonuje umowa społeczna takiej instytucji?
    (Przebudzone sumienie Barbary Stanosz sugeruje, że na przyzwoleniu dla zbiorowego oszustwa i wyzysku.)
    Aż prosi sie o ponowną lekturę “Lewiatana” Hobbesa i znajomość kilku elementarnych zasad psychologii społecznej.

  4. Małgorzata says:

    Zdaje mi się, że odwoływanie się do umowy społecznej wspiera to, co twierdzi p. Stanosz, mianowicie coś, na co ludzie się umawiają między sobą podlega zmianom, nie jest więc absolutne. Co miałaś na myśli, Mario?
    Ja raczej pokusiłabym się o zakwestionowanie tego, jak definiujemy to, co stanowi “empirycznie sprawdzalne tezy o człowieku”. Jest to wyjściowa przesłanka rozumowania i jeśli jest błędna, to dalsze wnioski są bezwartościowe. Zdaje się, że pani Profesor posługuje się tym pojęciem w wąskim znaczeniu czegoś mierzalnego i powtarzalnego na drodze eksperymentu fizykalnego. A przecież w skład mojego (i sądzę, że nie tylko mojego) doświadczenia (empirii) siebie i innych ludzi wchodzi to, że mamy część wymykającą się pomiarowi.
    Poza tym to, że p. Stanosz “nasuwa się jedna hipoteza wyjaśniająca”, o co chodzi Kościołowi nie znaczy, że nie ma innych hipotez np. że chodzi o prowadzenie ludzi do zbawienia. Tak więc dalszy wniosek jest tylko jednym z możliwych a przedstawiany jest jako jedyny.
    A tak w ogóle, Mario, zgadzam się z tym, co napisałaś zarówno o korzeniach ateizmu jak i potrzebie zależności.:)

  5. maria chodyko says:

    Ja myślałam najbardziej rudymentarnie jak sie da – że jakąś społeczność ludzie są w stanie stworzyć ze względu na korzyści, jakie mogą z tego odnieść, a nie na krzywdę i wyzysk.
    “Część wymykająca sie pomiarowi” określiłabym w tym wypadku po po prostu jako potrzebę religijną, znamienną dla gatunku ludzkiego. Neopozytywizm ma trochę idealistycznego wdzięku, który sobie cenię, ale redukcjonizm zideologizowany jest równie zły, co rozbuchana metafizyka. Zaprzeczanie jakiemuś zjawisku każdą dziedzinę nauki prowadzi w ślepy zaułek.

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com