Archiwum August 2008

Solidarność 7 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug31

Zamiast cieszyć się z obrotu rzeczy, z naszej historii pełnej sukcesów, przygotowujemy się na wielką premierę książki, która opowie o naszej klęsce

Przy okazji kolejnej rocznicy Sierpnia czytam „Polską rewolucję. Solidarność 1980-1981” Timoty’ego Gartona Asha. Brytyjski historyk pisze nie kryjąc zachwytu naszym wybuchem.: „W 1979 roku istniał już zarodek cichego porozumienia robotników, inteligencji i Kościoła, bez precedensu w polskiej historii, unikalnego w bloku radzieckim, nieznanego na Zachodzie, zarodek, który miał zrosnąć się w >Solidarność<.

(…) niekomunistyczna lewica polska porzuciła przestarzały stereotyp bigoteryjnego, nacjonalistycznego, >reakcyjnego<, antysemickiego Kościoła (który to stereotyp dalej przecież straszył w wyobraźni zachodniej). Katoliccy i niekatoliccy intelektualiści znajdowali coraz rozleglejszy wspólny grunt dla obrony wspólnych wartości, zdrowego rozsądku i podstawowych praw w ostatnich latach Gierka. Natomiast Kościół Wyszyńskiego i Wojtyły osłaniał i chronił coraz otwarciej wypowiadającą się opozycję”.

Nie rozumiem, jak to się stało, że nie mamy dziś święta i że duża część opinii publicznej wypiera się największych sukcesów kraju, porozumień od Sierpnia do Okrągłego Stołu, od 1980 do 1989 r. Przecież „Okrągły Stół od początku do końca to były twarde, trudne negocjacje dla dobra Polski. Wielokrotnie dramatyczne, nawet z rzucaniem papierami, trzaskaniem krzesłami. Nie było żadnych spisków, porozumień pod stołem”, mówi ledwo słyszalnym głosem bp Alojzy Orszulik.

A co mówią Kaczyńscy? I gdzie wtedy byli – przecież po słusznej stronie. Jan Skórzyński przypomina ciekawą historię z 25 sierpnia 1988 r., kiedy grono doradców Lecha Wałęsy z udziałem braci Kaczyńskich, Tadeusza Mazowieckiego i Adama Michnika przeprowadziło naradę, kryjąc się przed podsłuchem, w dalekim kącie Stoczni. Tam na zaimprowizowanych ławach Stelmachowski wraz z Jarosławem Kaczyńskim sporządzili brulion oczekiwanego przez sekretarza Czyrka oświadczenia Lecha Wałęsy w sprawie możliwości rozpoczęcia negocjacji opozycji z władzą.

Droga do wolności byłaby niemożliwa bez woli każdej ze stron, bez porozumienia inteligencji z robotnikami i bez Kościoła. A my zamiast cieszyć się z obrotu rzeczy, z naszej historii pełnej sukcesów, przygotowujemy się na wielką premierę książki innego brytyjskiego historyka, który w wyczerpujący sposób opowie o naszej klęsce w kontekście Europy walczącej w latach 1939-45.

Rzecz o sumieniu 46 Autor: Rafał Figas

Aug30

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie refleksja jaka naszła mnie po wysłuchaniu wykładu wskazanego przez Cypiska. Jeśli ktoś jest zainteresowany wysłuchaniem to należy się udać tu: http://www.it.dominikanie.pl/spotkania/ wykład “Kiedy należy słuchać swojego sumienia?” Zbigniewa Bomerta OP.

Osobiście wykład uważam za taki sobie, ale zawiera parę ciekawych myśli. Wykład jest taki sobie, bo o. Bomert w wielu miejscach mówi w sposób albo bardzo skomplikowany, albo bardzo infantylny.

Jednakże do meritum. Wg tezy wykładu bazującej na naukach św. Tomasza:

  1. sumienie jest tożsame z rozumem,
  2. sumienie może być błędne,
  3. sumienie powinno ewoluować.

Przyjmijmy, że zgadzam się ze wszystkimi 3 tezami, bo skoro sumienie może być błędne to, żebyśmy mieli szansę żyć zgodnie z tym czego oczekuje od nas Bóg musi móc ewoluować. Umiejscowienie sumienia w umyśle jest przekonujące, bo to dobre miejsce, które ewoluuje i podpowiada nam jak się zachować. To czy sumienie może w ogóle być błędne oczywiście można poddać w wątpliwość, jednakże myślę, że da się znaleźć trochę przykładów, że tak, rzeczywiście może takie być.

Co z tego wynika? Wynika tyle, że sumienie nie jest absolutnym miernikiem dobra i zła. Jest subiektywnym miernikiem wykształconym w oparciu o nasze życie i zdobyte przez nas doświadczenie. A z tego z kolei wynika, że skoro mamy różne doświadczenia, to znaczy, że mamy różne sumienia. A skoro mamy różne sumienia to nikt z nas nie potrafi powiedzieć co jest absolutnie dobre, a co jest absolutnie złe. Z tego z kolei wynika, że nikt nie może powiedzieć z całą pewnością, że czynię dobrze lub źle, bo nie ma gwarancji, że jego sumienie nie jest błędne. Ergo nikt z nas nie jest pewien, co jest dobre, a co jest złe. Jeszcze lepiej: dzisiaj uważam, że X jest dobre, ale w związku z nowym doświadczeniem jutro uważam, że X jest jednak złe. W praktyce oznacza to, że cały czas się uczymy i odkrywamy świat. W dodatku pech chciał, że nigdy nie będziemy wiedzieli, czy nasz rozum jest już doskonały i potrafi zawsze ocenić prawidłowo, dlatego, że nie mamy punktu odniesienia, nie wiemy, czyj rozum jest doskonały.

czytaj dalej »

XXII niedziela zwykła: Uwiodłeś mnie 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Aug30

(Jr 20,7-9; Rz 12,1-2; Mt 16,21-27)

Komentarze do Księgi Jeremiasza podają, że słowo „uwieść” ma podtekst natury seksualnej. Używano go w przypadku uwiedzenia dziewicy przez mężczyznę. Podobnie „ujarzmić” – też jest nacechowane seksualnie. Słowo „uwieść” oznaczało też „wprowadzić w błąd”, „okłamać”. Jednym słowem, prorok Jeremiasz odnosi się do Boga w sposób niesłychanie ostry, by nie powiedzieć brutalny. Czuje się bowiem oszukany. Bóg go okłamał! Prorok miał przecież obiecane, że nie tylko będzie napominał, nie tylko będzie burzył świat budowany na bezbożności, ale miał również budować. Tymczasem nic z tego, Bóg jak „żarłoczny ogień” wszystko pochłania, nic w zamian nie dając. Czyżby prorok stracił wiarę w Boga, przestał Mu ufać? Skoro tak, to jeśli jest uczciwym człowiekiem, powinien zerwać z Bogiem, zmienić religię, albo w ogóle dać sobie spokój, przyjmując za swój pogląd utrzymujący, że Bóg i wiara w Niego, a więc i religia, to jedno wielkie złudzenie.

Przypadek Jeremiasza nie jest wyjątkowy. Nam również blisko jest do takiego stanu ducha, tyle tylko, że najczęściej nawet przed sobą boimy się do tego przyznać. Ja mam wątpliwości? Jestem przecież głęboko wierzący i praktykujący, jak mogę grzeszyć taką małodusznością? Bóg jest miłością! Dobrze, ale co zrobić z cierpieniem, żeby daleko nie szukać, Birmańczyków i Chińczyków? Bóg nie zsyła zła, tylko je dopuszcza. Jeśli dopuszcza, to znaczy, że też odpowiada za zaistniałe zło. Mógł przecież zaradzić złu, a nie zrobił tego.

A jednak Jeremiasz wytrwał przy Bogu i zapłacił za tę wierność najwyższą cenę. Widocznie wolał trzymać się wątłego, słabego światła niż zaufać fajerwerkom, czyli łatwym odpowiedziom tzw. wiedzących więcej.

* * *

W mojej duszy tak wiele sprzeczności. – Tak dojmująca tęsknota za Bogiem – tak dojmująca, że bolesna – nieustanne cierpienie – a mimo to [jestem] przez Boga niechciana – odrzucona – pusta – bez wiary – bez miłości – bez zapału. – Dusze [mnie] nie pociągają. – Niebo nic nie znaczy – dla mnie wygląda jak puste miejsce – myśl o nim nic nie znaczy, a mimo to dręcząca tęsknota za Bogiem. – Bardzo proszę o modlitwę, żebym wciąż się [do] Niego uśmiechała mimo wszystko. Bo jestem tylko Jego – więc On ma wszelkie prawa do mnie. Jestem całkowicie szczęśliwa, że jestem nikim nawet dla Boga – mówi w jednym ze swoich listów matka Teresa z Kalkuty.

Okrągły trójkąt, czyli antykościelny katolik 32 Autor: Małgorzata Felicka

Aug30

Załóżmy, że wiemy, kim jest chrześcijanin. Ale zachodzę w głowę, kim jest katolik? Kiedyś odpowiedź była prosta. Należało przyznać się do Kościoła Katolickiego i było się katolikiem. Ale wtedy do Kościoła się rzeczywiście należało. Kościół miał autorytet, rząd dusz. Mniejsza z tym, czy były to czasy dobre dla wierzących, czy nie. A dziś? W Niemczech katolikiem jest ten, kto na Kościół płaci podatki. Gdyby tak zarządzić podobny przepis w Polsce, kto wie, ilu by się ostało. Na szczęście u nas wystarczy rzucić (albo nie) grosik na tacę i tego dylematu Polacy nie mają. W Polsce można za to chodzić do katolickiego kościoła „z przyzwyczajenia”, albo dlatego, że innego nie ma w pobliżu.

Więc kto jest katolikiem? Sądzę, że odpowiedź powinno dać wyznanie wiary. Większość Credo jest ważna dla chrześcijan w ogóle, z tym zastrzeżeniem, że protestanci chyba jednak nie mówią “który narodził się z Maryi dziewicy” i nie mówią o wierze w obcowanie świętych.

Poza tym w Credo jest fragment o wierze w jeden, święty, powszechny i apostolski kościół. Właśnie stosunek do Kościoła wydaje mi się kluczowy dla rozstrzygnięcia, czy ktoś jest katolikiem. Słyszy się jednak, że niektórzy mówią o sobie, iż są wierzący (w domyśle – są katolikami), ale niepraktykujący, bo Kościół im nie odpowiada.

Chciałabym wobec tego zapytać: Czy jest katolikiem ktoś, kto tę ostatnią część credo odrzuca? Ktoś, kto na przykład nie uznaje autorytetu Kościoła, nauczania Kościoła, prymatu papieża, sakramentów, sensu spowiedzi, wszystko mu jedno, na jakie chrześcijańskie nabożeństwo chodzi, nie uważa, żeby ten Kościół był w czymś lepszy od innych, śmieszy go liturgia i dogmaty, wstydzi się historii Kościoła i widzi głównie jego niedoskonałość, zbrodniczość, nienowoczesność itd?

Jeśli tak, to każdy chrześcijanin byłby katolikiem.

A z drugiej strony, przecież wielu ludzi uważających się za katolików ma co do spraw związanych z Kościołem (choć niekoniecznie co do wszystkich na raz) mniejsze lub większe wątpliwości, tylko nie mówi o tym głośno. Czy zatem, żeby być katolikiem. trzeba nie mieć tego rodzaju wątpliwości? Czy też można je mieć, ale nie obnosić się z nimi i starać się je w cichości ducha przezwyciężać? Czy może ta kwestia nie ma znaczenia i wystarczy, że samemu uważa się siebie za katolika?

Czy może usłyszę, że myli mi się Kościół jako wspólnota z Kościołem jako instytucją albo, że istnieje jakieś zupełnie inne kryterium bycia katolikiem?

Zapowiedzi na początek września 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug29

W rozwinięciu wpisu kilka zapowiedzi na nadchodzące dni. Kończą się wakacje, zaczynają – interesujące spotkania. M.in.: otwarcie wystawy „Porwit”, premiera książki Normana Daviesa “Europa walczy 1939 – 1945″, otwarcie wystawy “W obiektywie wroga. Niemieccy fotoreporterzy w okupowanej Warszawie (1939-1945)”, spacer po wystawie “Świat Kresów” oraz spotkanie z Christophem von Marschallem, autorem książki „Barack Obama czarnoskóry Kennedy” czytaj dalej »

Portret zbiorowy słuchaczy Radia Maryja 6 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug27

11 proc. dorosłych Polaków – co najmniej kilka razy w miesiącu. CBOS od maja do lipca badał, jacy są słuchacze radiostacji o. Tadeusza Rydzyka – pisze dziś Gazeta Wyborcza

Kto słucha Radia Maryja?

42 proc. (płci obojga) przekroczyło 65. rok życia, kolejne 19 proc. mieści się między 55. a 64. rokiem życia. Tylko 12 proc. to osoby między 18. a 34. rokiem życia.

49 proc. mieszka na wsi, a ledwie 6 proc. – w wielkim mieście.

49 proc. ma wykształcenie podstawowe, 23 proc. ma wykształcenie średnie. Nieznacznie mniej niż w całym społeczeństwie jest wśród słuchaczy radia osób z wykształceniem wyższym – 8 proc.

44 proc. uzyskuje miesięczne dochody na głowę w wysokości od 501 zł do 900 zł, a 21 proc. – od 901 zł do 1200 zł.

Na kogo głosowali słuchacze Radia Maryja?

2001 r .: LPR – 41 proc., Samoobrona – 14 proc., AWS – 10 proc.

2005 r .: PiS – 40 proc., PO – 16 proc., LPR – 12 proc., Samoobrona – 11 proc.

2007 r .: PiS – 62 proc., PO – 20 proc., PSL – 8 proc., LPR i Samoobrona – po 3 proc.

CBOS, próba reprezentatywna: 9-12 maja (1116 osób), 6-9 czerwca (1107 osób), 4-7 lipca (1094 osób)

„Takie » dobranie się «pewnych środowisk społecznych (religijnych starszych ludzi, słabo wykształconych, mieszkających poza dużymi miastami) i jednej rozgłośni radiowej, choć znaczące, nie jest niczym nadzwyczajnym. Problem jednak polega na tym, że Radio Maryja – jak utrzymują jego krytycy – kształtuje przekonania polityczne słuchaczy, mobilizuje ich do wzięcia udziału w wyborach, wskazuje, na kogo głosować, a na kogo nie głosować” – pisze Mirosława Grabowska, socjolog i dyrektor CBOS.

więcej > gw

Pani Profesor 2 Autor: Małgorzata Felicka

Aug26

Niestety 16 sierpnia zmarła prof. Anna Świderkówna! Jej drobna, coraz bardziej krucha i bielutka postać coraz mniej przystawała do skrywającej się w niej energii. Obdarzona była dźwięcznym i łagodnym głosem, w którym pobrzmiewała radość pochodząca z obcowania ze świętością. Słuchałam – przyznam, że nieregularnie – jej wykładów u św. Andrzeja Boboli w poniedziałki po Mszy św. o 19.00. Prowadziła je od wielu, wielu lat i miała wieloletnich wiernych słuchaczy, którzy pilnie co tydzień notowali jej rozważania. To u niej, na jej wykładzie, po raz pierwszy w moim życiu zetknęłam się z tak oczywistą miłością do Boga i Jego słowa, że nabrałam szacunku dla Ich cierpliwego poznawania.

W kościele siadała zawsze na tym samym miejscu. Modliła się przed wykładem tak, że budziło to respekt. Coraz bardziej pochylona, już od kliku lat wspierająca się na męskim ramieniu, gdy przechodziła z kościoła do sali Emaus. Na wykładach imponowała erudycją, kulturą i wzruszała swą delikatną miłością. Do Boga a więc i do każdego człowieka. Było na co popatrzeć! Niezwykle pociągające było to, że potrafiła mówić o sprawach świętych normalnym językiem, bez przesadnej religijnej retoryki i bez pokrywania niewiedzy i niewiary wysłużonymi i głucho brzmiącymi formułkami. Historie biblijne stawały się w jej interpretacji bardziej zrozumiałe, mówiące o ludziach, którzy żyli dawno i w innych warunkach, ale którzy mieli podobne do nas pragnienia i lęki. Ten dawny świat dzięki niej nabierał życia i stawał się bliski. W ostatnim czasie jej nie słuchałam, ale w pamięci zostanie mi jej doskonała znajomość starożytności, bystrość umysłu i wyczulenie na reakcje i pytania słuchaczy. Kochana i mądra. Wielka szkoda, że nie będzie już następnego wykładu. Dobrze, że zostały książki.

Tak pisze po jej pogrzebie jedna z jej słuchaczek, Hania Krzemińska: „Wczoraj pożegnaliśmy Panią Profesor Annę Świderkównę, została pochowana na Starych Powązkach, kw.242-4-13 w grobie jej rodziców. Dość daleko od kościoła jeszcze za V-tą bramą. Przed Mszą Św. w imieniu prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej został jej nadany krzyż odrodzenia (była dwuosobowa delegacje z kancelarii). Abp. Muszyński mówił podczas Mszy Św. i wspomniał ponadto, że przyjęto Panią Profesor do Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Koncelebra 3 biskupów (byli też bp. Pikus i bp. Dembowski) oraz 13 prezbiterów (rozpoznałam ks. Chrostowskiego, ks. Santorskiego, ks. Kasowskiego – był dyr. Radia Józef, i inni).
Nastała cisza, modlitwa trwa, pozostała miłość i wdzięczność Bogu za jej życie …
Obdarowana jestem obecnością przy Pani Profesor podczas ostatnich miesięcy jej choroby i jestem wdzięczna, że miałam tę możliwość by być blisko niej. Wielką pomocą były dla mnie spotkania, które prowadziła od wielu lat – chodziłam tam co poniedziałek regularnie równolegle ze studiami. Świadectwo życia Słowem Boga było wielkim światłem i zachętą do pochylenia się nad Biblią i jej umiłowania tak jak ona.
Czy ktoś podejmie jej dzieło jak “płaszcz Eliasza” i nadal będzie prowadzić dialog z każdym chętnym i objaśniać Słowo Boże, zachęcając do stawiania pytań…?
Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie!”

***

I jeszcze zaproszenie od wiernych słuchaczek na tę samą Mszę, w której uczestniczyła Pani Profesor przed swoimi wykładami. Tym razem już bez niej w ławce kościelnej: „Łącząc się w modlitwie w jej intencji zapraszamy także na Mszę Świętą w poniedziałek 15 września b.r. o godz. 19-stej w sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.”


Państwo PiS państwem Jerzego Urbana 7 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug25

Cenię Jerzego Urbana za przenikliwość, ostrość widzenia. Jeszcze w sierpniu 2005 roku uśmiechałem się z pobłażliwością czytając w jego felietonie w tygodniku „Nie” zapowiedź powstania koalicji PiS-Samoobrona-LPR. Przecież do władzy szła wówczas Platforma, która miała współrządzić z „przyjaciółmi z PiS”. Nikt nie wyobrażał sobie wtedy koalicji nacjonalistów i populistów. Z niedowierzaniem patrzyłem na spełniającą się później przepowiednię Urbana i urzeczywistnienie koalicji, która rządziła Polską do jesieni ubiegłego roku.

Umiejętności analityczne redaktora „Nie” i strategiczne koncepcje przywódcy PiS zespoliły się w jedno. Okazało się, że obaj oni potrafią wskazać, co dla kraju najgorsze, aczkolwiek w ustach pierwszego to przestroga, a dla drugiego plan działania.

To jednak jeszcze nie koniec politycznej gry zręcznościowej, którą śledzimy. Otóż właśnie teraz, gdy teoretycznie PiS znalazł się w defensywie, w praktyce i wbrew sejmowej arytmetyce, zawiązuje koalicję, która da mu realną większość. Dziś bowiem sejmowa większość to nie 231 posłów zdolnych uchwalać ustawy, ale 185, którzy utrzymają prezydenckie weto wobec każdej ustawy koalicji rządowej PO-PSL. Ekipa Tuska ma więc przeciw sobie antykoalicję PiS-prezydent-SLD, cyniczną i destruktywną. Choć na cynizm monopolu oczywiście nie ma żadna ze stron konfliktu.

„Decyzję o podtrzymaniu prezydenckiego weta [w sprawie ustawy medialnej] SLD podjął z ciężkim sercem” – napisał w oświadczeniu szef SLD Grzegorz Napieralski. Czy Urban by to lepiej wymyślił? W każdym razie skomentował: „Lidera SLD pocieszyć należy, że dziewictwo traci się tylko raz i wtedy trochę boli. Później spółkowanie choćby i z Lechem Kaczyńskim to już będzie rutyna” (GW).

*

Nigdy nie byłem przeciwnikiem zbliżenia umiarkowanej partii, jaką wydawała mi się Platforma, do SLD. Miałem nadzieję na sprawną koalicję partii nowoczesnych i zwróconych w stronę Unii Europejskiej. Patrzącej „do przodu nie wstecz” (choć to akurat hasło Partii Demokratycznej). Nie potrafię jednak zrozumieć powstania antykoalicji złożonej z antykomunistów, rewolucjonistów i lustratorów z PiS łączących się z SLD, które poszukując nowej tożsamości kompletnie się pogubiło. Liderzy partyjni muszą mieć naprawdę głęboką wiarę w to, że lud jest nawet nie ciemny, ale czarny jak smoła.

A pan Jerzy pewnie się śmieje. Marsz, marsz Polonia!

XXI niedziela zwykła: Kim Ty jesteś dzisiaj? 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Aug22

(Iz 22,19-23; Rz 11,33-36; Mt 16,13-20)

Jezus umarł, odszedł do Ojca, przyjdzie sądzić żywych i umarłych, ukrywa się w Najświętszym Sakramencie i przychodzi w Komunii pod postaciami chleba i wina. Nie chcąc żyć z Jezusem na odległość, trzymać Go w jakimś zaświatowym niebie, próbujemy Go sobie wyobrażać, jak chodzi po ziemi Izraela, wisi na krzyżu, albo jako małe dziecko kwili z zimna w szopce betlejemskiej. Jeśli nas stać, jedziemy do Izraela, a nawet Egiptu i Syrii, by tam, na miejscu, sprawdzić, czy nasze wyobrażenia pokrywają się z rzeczywistością. Bywa, że wracamy z tych pielgrzymek rozczarowani. Wyjeżdżając, spodziewaliśmy się, że z całą pewnością będziemy tam, gdzie bywał Chrystus, a tymczasem – z małymi wyjątkami – przewodnik mówi, że gdzieś tutaj, zapewne w tym miejscu, a może troszkę dalej, stał krzyż, a gdzieś tutaj grób był, a tzw. żłóbek, no, należy przyjąć, że może tutaj. Wracamy więc rozczarowani, bo nawet krajobraz Izraela choć jest tym samym, jak za czasów Jezusa, to jednak nie takim samym. Wygląd krajobrazu jest jednak najbliższy prawdy.

Wydawać by się mogło, że taka wyprawa, jak też wyobraźnia przyniosły jedno – rozczarowanie. Jeśli tak, to znaczy, że trud nie poszedł na marne. To rozczarowanie, w ostatecznym rozrachunku, miało przecież na celu dalsze utrzymywanie nas w złudzeniu, co do Jezusa. Miał On być takim, jak Go tworzy nasza wyobraźnia, potwierdzona przez wykopaliska, zabytki. Taki Chrystus jest przecież postacią z przeszłości albo postacią wymyśloną, a więc też mało realną, żywą, niezależną od naszej fantazji. Dlatego to Jezus wciąż na nowo pyta każdego dnia: A ty, za kogo mnie masz? Kim jestem, za kogo mnie uważasz?

Chodzi Mu o to, byśmy jako Kościół stawali się coraz bardziej czytelnym znakiem Jego nie tylko obecności, ale i działania. Byśmy byli zarówno Jego ciałem jak i słowem.

* * *

Z Jezusem dzieje się podobnie jak z Ziemią Świętą. Jest to ta sama ziemia, ale nie taka sama. Jezus jest również tym samym Jezusem z Nazaretu, ale nie takim samym. Przeżył przecież śmierć i zmartwychwstanie, a więc Jego materialność, cielesność, Jego człowieczeństwo osiągnęło szczyt swego rozwoju. Dzisiaj żyje również na nowy sposób i dlatego nie wystarczy znać Pismo Święte, teologię, archeologię, trzeba jeszcze umieć dostrzec Jezusa i zrozumieć to, co On mówi do nas dzisiaj, teraz i tutaj.

Czyta się (2): Prezydent i telewizory 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug20

Inny od obowiązującego sposób wyboru prezydenta, wznioślej nazywanego głową państwa, od wielu lat, niezależnie od okresu i uregulowań konstytucyjnych, jest powtarzającym się tematem debat publicznych. Na przykład w styczniowych i lutowych numerach Robotnika, prasowego organu Polskiej Partii Socjalistycznej, z 1928 roku (okres kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu i Senatu II kadencji) znajdziemy postulat takiej zmiany ustrojowej, która dawałaby możliwość wyboru prezydenta pośrednio, przez przedstawicieli społeczeństwa, czyli ogólnie mówiąc elekcji na sposób amerykański. Miałoby to bardziej zdemokratyzować wybory, które dotąd znajdowały się w domenie połączonych izb parlamentu, czyli Zgromadzenia Narodowego.

We wtorkowej Rzeczpospolitej Jarosław Makowski (“Ten polityczny układ trzeba rozbić”) widzi nadzieję na zmianę obyczaju wyborczego, ale bez konieczności wprowadzenia modyfikacji konstytucyjnych: „Zarówno niektóre poczynania Kwaśniewskiego, jak i obecne wolty Kaczyńskiego pokazują, że prezydent z rozdania partyjnego to dla kraju utrapienie. Może się okazać, (…) że Polacy rzeczywiście zechcą widzieć w prezydencie autentycznego arbitra polskich sporów, a nie partyjnego żołnierza.
Rodzi się więc szansa dla takich ludzi jak były rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll czy były prezes Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan. I jeden, i drugi mogą liczyć na szerokie poparcie obywatelskie oraz przychylność mediów. Obaj też uosabiają spokój, powagę i kompetencję, których Polacy oczekują od głowy państwa”.

Bez dwóch zdań, sam zagłosowałbym na Andrzeja Zolla, a zwłaszcza na Marka Safjana. Ale fakt, że prezydent angażuje się coraz bardziej w spory polityczne, nie sprawia jeszcze, że zbiorowa mądrość wyborców wspartych przez media zadziała na korzyść kandydatów może nie bez-, ale ponadpartyjnych. Brutalizacja – według niektórych obserwatorów życia politycznego profesjonalizacja – polskich polityków i polityki w ogóle ostatnio zadziałała raczej aktywizująco na wyborców. Jeżeli taka polityka nie odstręcza, to dlaczego szansę miałyby dostać niewybijające się bezpartyjne wykształciuchy? To wbrew logice, która rządzi dzisiejszą sceną polityczną.

Co nie znaczy, że to obecny model jest dobry. Ja skłaniałbym się do zmiany konstytucji (oczywiście, obecnie niemożliwej) i zastosowania rozwiązania przedwojennego, czyli wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Może nie ze względu na zbiorową mądrość tym razem parlamentu, ale choćby dlatego, by prezydent – nie wybierany już w wyborach powszechnych – nie rościł sobie zbyt wielu praw, jak to ma w zwyczaju czynić obecnie nam panujący Lech Kaczyński. Moim typem prezydenta wybranego przez Zgromadzenie byłby Piotr Węgleński, poprzedni rektor UW (Węgleński na prezydenta!).

Ludzie nie odsuwają się od partyjnych polityków, ale – może po części dlatego, że jednak mają ich dosyć – przestają oglądać telewizję. „Ludzi bez odbiornika TV jest już całkiem sporo – pisze Donata Subbotko w środowej Gazecie Wyborczej (“Jest życie bez telewizora”). – Wolą gazety i przede wszystkim internet. Przejściowa moda czy zmierzch epoki? (…) większość rodaków po latach postu uprawia konsumpcyjny wyścig na coraz większe plazmy, a status społeczny mierzy się przekątną ekranu.

Jednak obserwujemy cichy protest wobec oferty płynącej z telewizorów. I chodzi nie tylko – jak w przypadku manifestacyjnego nieposiadania telefonów komórkowych – o bunt wobec technologii, która nas ubezwłasnowolnia, ale także o wstręt do bezmyślnego gapienia się w telewizor. No i wybór internetu jako bardziej odpowiadającego czasom źródła informacji.”

Sam straciłem kontakt z telewizorem, ostatnia rzecz jaką oglądałem w domu to „Trzech kumpli”, opowieść o Maleszce, Pyjasie i Wildsteinie. Ale gdy trafia się okazja, nie mogę odmówić sobie odcinka „Seksu w wielkim mieście”, a przegapienie kolejnej powtórki „Czterech wesel i pogrzebu” wymagałoby ode mnie głębokiej samokrytyki. Trudno też nie obejrzeć – ale na szczęście w tak doniosłej chwili ratuje nas internet – przemówienia tej najważniejszej naszej głowy, głowy najjaśniejszej RP.

Orędzie Prezydenta RP

Wygląda na to, że kadencja weszła w fazę schyłkową, a prezydent nie ma nam nic do powiedzenia. Na pewno nie ma nic do powiedzenia od siebie, bo ciągłe zmiany tonu przemówień świadczą o tym, że specjaliści od wizerunku gotowi są układać mowy wzajemnie sprzeczne, byleby tylko wizerunek prezydenta był mniej tragiczny. I dlatego stał się on groteskowy. Chyba pierwszy raz poczułem, że naprawdę interesuje mnie, co Lech Kaczyński w głębi duszy myśli o Polsce (albo choćby o dokonaniach od 89 r.: czuje dumę i wdzięczność czy ucisk w gardle oplecionym układem?). Kiedy czyta w telewizji nieswoje słowa, nieswoim rytmem, robi wrażenie przygnębiającego człowieka na niewłaściwej funkcji.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com