Wszystko na sprzedaż 3
Pomyślałam, że jesteśmy świadkami wchodzenia społeczeństw w kolejne stadium rozwoju, kiedy usłyszałam o nadspodziewanie szerokim i entuzjastycznym odzewie, z jakim spotkała się kampania reklamowa firmy Kimberley-Clark zatytułowana „Let it out”. Pomysł był prosty: skoro reklama ma oddziaływać na prawą półkulę mózgu, która jest siedliskiem emocji, a w której również skrywają się procesy należące do podświadomości, to trzeba związać silne emocje z produktem, który jest reklamowany. Wytworzy to potrzebę nabywania tego produktu, a o to właśnie chodzi.
Biorąc ten mechanizm pod uwagę autorzy kampanii wpadli na pomysł, żeby skłaniać ludzi, przechodniów wielkich miast USA i Wielkiej Brytanii, do zwierzania się „dobremu słuchaczowi” na błękitnych (kolor firmowy) kanapach ustawionych na ruchliwych ulicach. Słuchaczem był jakiś znany aktor, a koło kanapy ustawiony był stolik z pudełkiem chusteczek Kleenex, którymi chętni do zwierzeń ocierali sobie łzy, po tym jak z siebie wyrzucili skrywane dotąd emocje.
Bo to jest tak – kombinowali twórcy kampanii – człowiek chce wyrażać silne emocje, ale nie ma po temu okazji, tłumi je więc w sobie i źle się z tym czuje. Jeśli da mu się szansę, żeby bez wysiłku, ryzyka i niepotrzebnej straty czasu wyrzucił je z siebie, to poczuje się znacznie lepiej. Jeśli zaś w tym wydarzeniu weźmie udział chusteczka, to będzie się dobrze kojarzyć i za nią potencjalny klient zacznie tęsknić jako za czymś, co przynosi ulgę.
Dawniej zwykły człowiek zanadto zajęty był walką o przetrwanie, żeby wgłębiać się w to, dlaczego czuje to, co czuje. Po prostu czuł. Mógł o swych uczuciach stworzyć pieśń, albo zadumać się chwilę nad nimi w samotności, lub kogoś mocno przytulić do piersi, albo spojrzeć mu głęboko w oczy czy – w przypadku negatywnych emocji – zazgrzytać zębami albo rzucić się na kogoś z pięściami. Potem nastały czasy łatwiejszego życia i człowiek zachłysnął się sobą. Zaczął roztrząsać i rozbierać swe uczucia na czynniki pierwsze. Stały się one najpierw wstydliwe, potem cenne, potem znów zaczęły przeszkadzać, bo gromadziło się ich wciąż więcej i więcej. Nie wystarczało już być dla kogoś dobrym ani opiekuńczym, trzeba było nazwać uczucia, które takie zachowanie wywoływały. Z tymi wszystkimi uczuciami, które wypłynęły na światło dzienne trzeba było następnie dać sobie radę. Trzeba było znaleźć kogoś, z kim można było się nimi podzielić. Można było się zwierzyć przyjacielowi lub żonie, komuś bliskiemu. Szukać u nich potwierdzenia słuszności wyborów podyktowanych emocjami albo szukać wsparcia lub porady czy też drogi wyprowadzającej z błędu.
Później nastała era kozetek u psychoanalityków i niezliczonych sesji terapeutycznych.
A teraz? Chyba idzie nowe. Ta oto kampania reklamowa pokazała, że członkowie zaawansowanych rozwojowo społeczeństw – Amerykanie i Brytyjczycy – nie mają na terapię czasu! Nie mają czasu na własne uczucia. Nie mają czasu, żeby je wyrazić i dlatego, po drodze do pracy, w biegu, w pośpiechu ale ochoczo, wyrzucają z siebie jakiemuś obcemu człowiekowi to, co ich cieszy czy boli. Już nie przyjacielowi ani terapeucie, który – teoretycznie przynajmniej – starał się pomóc. Teraz przyjacielem nie zostaje ten człowiek, któremu się zwierzają. Nie oczekują od niego niczego, poza tym, że będzie ich przez kilka minut słuchał. Charakterystyczne przy tym, że tym człowiekiem jest znany aktor. Więc jest to ktoś niby-znajomy i ktoś niby-prawdziwy. Przez to, że jest aktorem, tylko jedną nogą należy do rzeczywistego świata: on gra, jego zachowanie to teatr. Dlatego ten człowiek, który na chwilę przysiada na błękitnej kanapie ma poniekąd świadomość, że bierze udział w spektaklu. Jednak sztuką, którą przede wszystkim odgrywa, jest zdyszany bieg przez życie i na kanapie. chce wyjść z roli i odpocząć. Widzi, że puszcza się do niego oko, a mimo to odkrywa swoje prawdziwe emocje.
Lecz jeśli chce chwili prawdy, to spotka go rozczarowanie: dostaje nową rolę. Rolę, w której płacze.
W wyniku tej inscenizacji ma się wrażenie, że w całym tym zaplątaniu tylko ocierająca łzy chusteczka jest autentyczna. Tylko dzięki chusteczce człowiek na kanapie wie, że jego łzy nie były na niby. Niestety wydaje się, że “nowe” polega na tym, że ludzie tak chętnie godzą się na to, co kiedyś uznaliby za drwinę z siebie: na to, żeby chusteczka była ich świadkiem i przyjacielem.




Swego czasu w telewizji były programy w stylu “Wybacz mi”, w których skłoceni od wielu lat ludzie w świetle kamer godzili się i rzucali sobie na szyję. Popularność takich talk-show pokazuje, ze nawet uczucia przestały być nasza intymną sprawą, a płacząc – sprawdzamy, czy nam się tusz do rzęs nie rozmazał.
Wszystko na pokaz i na sprzedaż. Tylko co wówczas mozemy zaoferować ludziom, którzy naprawdę są nam bliscy?
A może ta kampania jest po prostu głupia ;-).
@ Andrzej
to, co mnie zdziwiło, to entuzjazm publiczności. To, że tylu ludziom nie wydawało się to głupie i było sukcesem reklamowym.
@ marzatela
w stosunku do talk-show jest “postęp”: tu już ludzie nie sprzedają swoich emocji. Nic nie sprzedają, nie dostają pieniędzy za występ i nie stają się gwiazdami(co w pewnym stopniu tłumaczyło uczestników talk-show). Tutaj za to wszystko kupują i są zachwyceni, że wciśnięto im kit.