W polskim prawodawstwie sporo jest ustaw krótkich, często kilkuzdaniowych. Tak też była ustawa z dnia 3 października 2003 r. o zmianie ustawy – Kodeks karny. Wprawdzie zajmowała pół strony A4, ale sprowadzała się… do wstawienia jednego przecinka. Jeśli weźmie się pod uwagę to, że taką ustawę ktoś musi przygotować, potem musi ona przejść proces legislacyjny w Sejmie, czyli w komisjach sejmowych i na posiedzeniu plenarnym, w Senacie, czyli też w komisjach i na posiedzeniu plenarnym, a w końcu trafić do prezydenta i zostać opublikowana, to można pozazdrościć kariery temu przecinkowi, któremu poświęcono tyle uwagi. Tym bardziej, że był on jeszcze przedmiotem wyroków Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego. Ale zacznijmy od początku…
Kodeks karny z 1969 r. w 1997 r. został zastąpiony nowym kodeksem. W owym starym kodeksie art. 155 §1 pkt 2 mówił, że karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu podlega ten, kto “powoduje inne ciężkie kalectwo, ciężką chorobę nieuleczalną lub długotrwałą, chorobę zazwyczaj zagrażającą życiu”… itd. W nowym kodeksie odpowiedni artykuł, art. 156 §1 pkt 2, przeredagowano w ten sposób, że mówił on, iż kto powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci “innego ciężkiego kalectwa, ciężkiej choroby nieuleczalnej lub długotrwałej choroby realnie zagrażającej życiu”… itd., podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu. Zatem pierwsza merytoryczna zmiana w tym przepisie polegała na zastąpieniu słowa “zazwyczaj” słowem “realnie”, co powodowało, że odtąd należało stwierdzić, czy choroba zagraża życiu w tym konkretnym przypadku, nie wystarczyło stwierdzenie, że zagraża mu w przeważającej liczbie wypadków. Druga merytoryczna zmiana polegała na usunięciu przecinka po słowie “długotrwałej”, co sprawiało, że jako ciężki uszczerbek na zdrowiu zakwalifikowano, po pierwsze, ciężką chorobę nieuleczalną
, a po drugie, długotrwałą chorobę realnie zagrażającą życiu, nie zaś, jak w starym kodeksie, po pierwsze, ciężką chorobę nieuleczalną, po drugie, ciężką chorobę długotrwałą, po trzecie, chorobę realnie zagrażającą życiu. Tak więc usunięcie przecinka spowodowało zawężenie zakresu czynów zagrożonych karą.
Jednak po opublikowaniu kodeksu w “Dzienniku Ustaw” pojawił się problem, czy rzeczywiście ustawodawca chciał to zawęzić, czy też był to skutek pomyłki. Całego zamieszania pewnie by nie było, gdyby nie to, że okazało się, iż w tekście opublikowanym owego przecinka nie ma, mimo że jest w tekście podpisanym przez prezydenta. Służby premiera uznały to za oczywisty błąd i na podstawie przepisów uprawniających premiera do prostowania takich błędów w aktach prawnych zostało wydane obwieszczenie, na mocy którego przecinek wprowadzono. No i tu zaczął się prawdziwy problem, bo w różnych sprawach prawnicy zaczęli kwestionować legalność wprowadzenia takiej zmiany, w końcu bardzo zasadniczej, merytorycznej, przez władzę wykonawczą. Legalnością przecinka zajmowały się sądy apelacyjne, Sąd Najwyższy, a w końcu Trybunał Konstytucyjny. Ten odtworzył przebieg procesu legislacyjnego. Okazało się, że ani w projekcie przekazanym do Sejmu, ani w kodeksie uchwalonym przez Sejm, ani w tym uchwalonym przez Senat, ani w ponownie uchwalonym przez Sejm przecinka nie było. Pojawił się dopiero w tekście przekazanym prezydentowi. Został wprowadzony, jak wyjaśnił marszałek Sejmu, na etapie prac nad tekstem uchwalonej ustawy, w toku korygowania “usterek o charakterze technicznym zauważonych w kodyfikacjach karnych” i stało się to za widzą i zgodą projektodawców. Tak więc został wprowadzony przez urzędników, nie zaś władzę ustawodawczą. Trybunał uznał, że określony w konstytucji tryb ustawodawczy został naruszony jeszcze w Sejmie, a zatem przepis ukształtowany na mocy obwieszczenia premiera, czyli z przecinkiem, jest niekonstytucyjny. Wprowadzenie przecinka, jeśli taka była wola ustawodawcy, wymagało przeprowadzenia nowelizacji kodeksu karnego.
Historia ta pokazuje, jak wiele może zależeć od jednej małej plamki atramentu, którą ktoś usunął albo której ktoś nie wstawił przez nieuwagę czy może z powodu niewiedzy. Plamki, do której zazwyczaj nie przywiązujemy wagi. Na przykład może zależeć to, kto ile czasu spędzi za kratkami, a nawet, czy w ogóle za nimi się znajdzie. O kosztach wszystkich rozpraw i posiedzeń w sprawie przecinka nie ma potrzeby mówić.
Ciekawy tekst! Dlaczego wcale mnie nie dziwi, że taka historia się zdarzyła naprawdę…?
Masakra ;-). Dlatego właśnie nie chciałem nigdy być prawnikiem.