Znajoma poleciła mi lekturę czasopisma „Polonia Christiana”. Pewnego razu sięgnąłem więc po numer wakacyjny (proszę wybaczyć zwłokę, ale pewne kwestie szybko się nie dezaktualizują), w którym tematem numeru był „ekoterror”. Niestety, teksty o tym „ekoterrorze” to żadne artykuły problemowe, a tylko tromtadracja udająca poważną publicystykę. Autorzy dbali chwilami o pozory rzetelności, ale ich ideologiczna zaciekłość szybko stawiała tamę jakiemukolwiek namysłowi. Tendencyjność zastąpiła rozwagę do tego stopnia, że trudno te manifesty traktować poważnie; przyjrzyjmy się pierwszemu z nich.
Damian Leszczyński pisze we wstępie artykułu zatytułowanego Ekoideologia: „Jedną ze specyficznych cech stanu, w jakim znalazła się zachodnia cywilizacja, jest dążenie do upolitycznienia wszystkiego. Klasyczna rzymska maksyma, oddzielająca to, co prywatne, od tego, co publiczne i polityczne, będąca jednym z gwarantów indywidualnej wolności, ustępuje obecnie miejsca przekonaniu, że wszystko jest polityczne – i jako takie – stanowić może przedmiot państwowej kontroli. Wychodząc z takiego założenia, doprowadzono w ciągu ostatnich 150 lat do upolitycznienia problemów pracy, edukacji, zdrowia, a w ostatnim półwieczu również płciowości oraz przyrody”.
Można się zgodzić, że takie „dążenia do upolitycznienia wszystkiego” istnieją, ale warto zadać sobie pytanie, czy tego rodzaju tendencje są czymś negatywnym i czy nie należałoby rozpatrywać ich raczej jako naturalnych konsekwencji rozwoju (czy też – ewolucji) społeczeństw, w których powstaje gęsta sieć relacji między człowiekiem a innymi ludźmi i między człowiekiem a rozmaitymi instytucjami. Mówiąc najprościej: jeśli odpoczywam w mieszkaniu na kanapie, to trudno moją – by tak rzec – działalność opisywać w kategoriach politycznych. Jeśli jednak wychodzę z domu i spotykam znajomych na ulicy, w banku, w parku – to występuje duże prawdopodobieństwo wystąpienia pierwiastka politycznego. Tam, gdzie krzyżują się sprawy nawet dwojga ludzi, bardzo często pojawia się polityka; zgodzimy się chyba, że kiedy ktoś reaguje gniewem na zaśmiecanie trawnika, to zakłada, że trawnik – jako dobro wspólne – nie powinien być zaśmiecany. Jeśli ktoś inny uważa, że służba zdrowia powinna być podporządkowana zasadom wolnego rynku, to też jest pogląd polityczny. Skoro mówimy więc o upolitycznieniu wszystkiego, przyznajmy, że nie jest to dzieło jednego obozu politycznego, a skutek tak prostych zjawisk, jak odmienność poglądów na stosunki jednostki ze zbiorowością, jak mnogość relacji międzyludzkich.
D. Leszczyński pisze dalej: „Zjawisko to [upolitycznienie wszystkiego – T.J.] ma rozmaite konsekwencje. Jedną nich jest to, że sfery naszego życia regulowane dotąd przez nieformalne, ugruntowane tradycją zasady, poddane zostały prawnemu i urzędniczemu nadzorowi. Kiedyś to, czy ktoś pracuje, czy nie, było jego prywatną sprawą, dziś zapewnieniem prawa do pracy zajmuje się już państwo. Również decyzja o sposobie edukacji dzieci byłą niegdyś prywatną sprawą rodziców – można było posyłać je do szkół, można było uczyć je w domu”.
No tak, można było posyłać do szkół, można było uczyć w domu. Tertium non datur. Widocznie o tym, że o edukację niektórych dzieci nie troszczono się w ogóle, lepiej nie pisać. Sugestia, że „nieformalne, ugruntowane tradycją zasady” były zacne – także wydaje się delikatnym uproszczeniem.
czytaj dalej »