XXXI niedziela zwykła (2 XI): Wszyscy będą ożywieni w Chrystusie 3
Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych
(Hi 19,1.23 – 27a; 1 Kor 15,20 – 24a.25-28; Łk 23,44 – 46.50.52 – 53;24,1 – 6a)
Nauczono nas, że człowiek składa się z duszy i ciała. Oczywiście ze śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy. Śmierć następuje więc wtedy, gdy dusza odłączy się od ciała. Odchodząc do nieba, piekła albo czyśćca, pozostawia martwe ciało, które nadaje się tylko do zakopania w ziemi. Dusza żyje nadal, a ciało oczekuje zmartwychwstania. Tak, mniej więcej, wygląda katechizmowe nauczanie o śmierci człowieka. Przy wszystkich uproszczeniach trzeba jednak powiedzieć, że nie jest to nauczanie jedyne, znamy przecież nie od dzisiaj inne koncepcje śmierci i życia pozagrobowego.
Ot, choćby nazwa dzisiejszego dnia. Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wszystkich wiernych, a nie tylko ich dusz. Wzywając świętych, wzywamy po imieniu Piotra apostoła, Marię Magdalenę, Ignacego z Loyoli i Faustynę Kowalską, a nie ich dusze. Ale najważniejsze jest to, że Biblia inaczej widzi człowieka niż uproszczone formułki katechizmowe. Dusza i ciało, i jeszcze duch, to nie części, z których składa się człowiek, lecz opis, kim jesteśmy. Jesteśmy ciałem, bo jesteśmy zbudowani z tej samej materii, z jakiej zbudowany jest wszechświat (w tym rośliny i zwierzęta), jesteśmy też duszami – żyjemy przecież. Nie jesteśmy jednak roślinami ani zwierzętami, bo jesteśmy duchowi, podobni do Ducha, jakim jest Bóg, a więc przede wszystkim myślimy, a to znaczy, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni. W Biblii umiera nie ciało, ale cały człowiek i cały człowiek zmartwychwstaje i to nie w niebie, ale tu, na ziemi. Jezus jest przecież tym samym Jezusem, ale nie takim samym.
Paweł apostoł zapewnia Kościół, że już teraz umarliśmy. Umarliśmy, by żyć. Stało się to w chrzcie, który jednocześnie jest śmiercią i zmartwychwstaniem. Paweł mówi przecież o wewnętrznym człowieku, który nieustannie wzrasta, dorasta do człowieka tej miary, jakim jest Chrystus. A zatem, myśląc logicznie, nie ma potrzeby rozdzielania ciała od duszy, skoro człowiek jest całością i jako cały jest przez Chrystusa przebóstwiany.
* * *
Może więc nie mówmy o cmentarzu, że jest miejscem wiecznego spoczynku, że droga doń wiodąca jest drogą ostatnią a zmarli odchodzą, nawet jeśli dodajemy, że odchodzą do domu Ojca. My przecież nie mamy dokąd odchodzić, skoro nasz Bóg jest we wszystkim i ponad wszystkim.





“A zatem, myśląc logicznie, nie ma potrzeby rozdzielania ciała od duszy, skoro człowiek jest całością i jako cały jest przez Chrystusa przebóstwiany.”
Skad zatem dychotomia miedzy cielesnoscia a sfera duchowa czlowieka? Jesli cialo i dusza stanowi jedna nierozlaczna substancje, nie powinnismy przezywac stanow ambiwalencji emocjonalnej, nie powinnismy doswiadczac rozterek egzystencjalnych.
Idac dalej tokiem myslenia Ojca, naszemu zyciu powinna towarzyszyc wielka harmonia wynikajaca z polaczenia tego czego pragniemy (cielesnosc) z tym czego potrzebujemy (“rozumna dusza”). I wcale nie zachodzilaby potrzeba syntezowania tych dwoch stanow jak do tej pory, za pomoca woli wynikajacej z rozumu, ale owo polaczenie byloby naturalne i stale, co za tym idzie niezalezne od nas.
Byc moze posuwam sie za dalego i wypaczam mysl Ojca, w kazdym razie wydaje mi sie, ze nie mozemy tak jednoznacznie postulowac jednosci ducha i materii.
“jesteśmy duchowi, podobni do Ducha, jakim jest Bóg, a więc przede wszystkim myślimy”
Szanowny Ojcze, ale tu się coś nie zgadza. Myślenie nie jest wyznacznikiem duchowości. Myślenie to funkcja psychiki. Przypisywanie Bogu psychiki na podobieństwo człowieka to antropomorfizm, cóż że wyższego rzędu niż przypisywanie Bogu rąk, nóg i przyrodzenia.
Właśnie dyskutujemy o tym w komentarzach pod tym wpisem na blogu:
http://jedyniesluszne.blox.pl/2008/11/Koscielna-anoreksja-seksualna.html
Pojawia się tam zresztą parę myśli, pod którymi pewnie Ojciec by się podpisał. Np. to z odpowiedzialnością.
W świetle tego co ksiądz napisał wydaje się jednak, że nauka katechizmowa jest jakąś klamrą spinającą personalizm biblijny i pobiblijne rozumienie człowieka. Już z tekstu księdza widać, że śmierć człowieka jest wielowymiarowa, tak jak człowiek jest wielowymiarowy. Należy przypomnieć sobie, że śmierć w Bożej koncepcji człowieka jest intruzem (pozwolę sobie na personifikację). Jest jakąś katastrofą człowieczeństwa, a więc katastrofą dla różnych wymiarów człowieka – tak dla ciała, jak i dla wnętrza. Jest efektem działania trucizny, która dostała się przez grzech do krwiobiegu człowieka. Krwiobiegu w sensie ciała, które niszczeje oraz w sensie życia, które nie może cieszyć się wolnością trwania przy źrodle i zamiera na sposób w jaki wysycha rzeka odjęta od strumienia. Obrazowy opis katechizmowy śmierci jako odłączenia duszy od ciała zawiera więc w sobie to dramatyczne napięcie momentu rozerwania tego co winno być jednością. Charakteryzuje zatem śmierć jak coś nienaturalnego, co nie zostało zaprojektowane przez Boga. Czy opis ten jest dobry, czy nie? Z pewnością – jak słusznie ksiądz zauważył – jest czasem w dosyć absurdalny i niekonsekwentny sposób używany. Lecz niezależnie od jego antropologicznej wartości, pokazuje on nieludzki wymiar śmierci, zburzenie harmonii człowieczeństwa. Prawda, że jest wielu współczesnych duchownych, którzy antagonizując materię i niematerię w człowieku, nie do końca poprawnie przekazują, mam wrażenie, ujęcie katechizmowe, zapominając o ważnym aspekcie, który – myślę – miał na myśli również wspominany przez księdza św. Paweł. Paweł, inaczej niż wielu współczesnych duchownych, nie ogranicza śmierci jedynie do jej finalnego aktu, w którego następstwie zapełniane są miejsca na cmentarzach. Dla Pawła śmierć jest, jak napisał ojciec, “już teraz”. Paweł nie znający formułek katechizmowych daje do zrozumienia, że śmierć jest naszą (nie)ludzką rzeczywistością tu i teraz, że zostaliśmy skażeni tą trucizną. Ale pomny Dobrej Nowiny i dzieł Jezusa dodaje: “umarliśmy, by żyć”. Myślę, że katechizm w taki a nie inny sposób definiuje, by podkreślić fakt, że to grzech powoduje śmierć człowieka (czyli obrazowej jedności), pomimo trwania nieśmiertelnego pierwiastka. Przy czym odłączenie duszy od ciała wcale nie musi oznaczać śmierci ciała, czy być konsekwencją śmierci ciała, co ksiądz akcentuje. Warto przytoczyć opis zmartwychwstania w dniu ponownego przyjścia Jezusa – ciała tych co zmarli powstaną z grobów, a ci którzy zostali będą przemienieni. Nie wszystcy zatem umrą (w sensie cielesnym), ale wszyscy będą przemienieni. Niewątpliwie pasuje to do koncepcji śmierci w ujęciu Pawła – już teraz martwi rodzimy się do życia. Również do pięknego personalizmu, który ksiądz opisał – człowiek jako całość umiera i jako całość zostaje przemieniony w wybranym przez Boga momencie.
Z drugiej strony słabość księdza rozważań wyrażają następujące pytania: czy śmierć ciała jest śmiercią człowieka? Czy jeśli ktoś straci np. nogę, wzrok, słuch, przestaje być człowiekiem? A czy gdy umrze mózg – czy nie jest to podobna do amputacji sytuacja braku? Jeśli więc ciało jest na cmentarzu to czy człowiek nie istnieje nadal? Katechizm wszak nie mówi, że zmarły przestaje być człowiekiem. Pozostałaby więc tylko kwestia terminologii i odpowiedniego wyrażania prawdy o śmierci – np. zamiast modlitwy za duszę, modlitwa za człowieka. Zamiast cmentarz jako miejsce wiecznego spoczynku, miejsce spoczynku ciała aż do zmartwychwstania. Coś dla teologów.
@Marcin: Spójrz na tę kondycję jako efekt grzechu, prowadzącego do śmierci (cielesnej i tej prawdziwej – duchowej). Myślę, że katechizmowa prawda stara się właśnie ów dziwny stan zaznaczać.
@gościówa: Piszesz, że myślenie nie jest wyznacznikiem duchowości, a jedynie funkcją psychiki. Jeśli byłoby tylko funkją psychiki, oznaczałoby, że nie tylko homo sapiens powinien być myślący. Bowiem da się również wyodrębnić pewien rodzaj psychiki u zwierząt – np. poprzez określenie cech psychicznych z zachowania np. kota lub psa. Objawia się tu słabość psychologii, która zaczęła przyporządkowywać funkcje psychiki wyłącznie czynnościom mózgowym, “odbarwiając” jakby mózg i psychikę z duchowości. Jakkolwiek słuszną jest koncepcja, że duchowość człowieka jest powiązana z funkcjami biologicznymi, tak nie można stwierdzić, że jest z nimi tożsama. Myślenie nie jest jedynie funkcją psychiczno-biologiczną, ale również procesem mającym dostęp do np. woli i rozumu. Dla mnie jest to jeszcze jeden argument za jednością psychofizyczno-duchową człowieka.
Antropomorfizm to bardzo zwyczajna rzecz w opisach Boga, wszak jak inaczej możemy Boga opisać? Jest to również argument i świadectwo naszego podobieństwa do Boga. Jeśli mówimy o Bogu np. Ojciec to przypisujemy mu rodzaj męski. A dlaczego nie mówimy Matka? Przecież rodzicielstwo Boga względem nas zasługuje na taką nazwę. Albo mówimy, że Bóg jest zadowolony, że się gniewa, że się cieszy. To wszystko jakby nie było są antropomorfizmy. Wreszcie przykład Jezusa – prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka. Czy to nie sam Bóg dokonał swoistego “antropomorfizmu Syna Bożego”? Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem, z psychiką. :)