Anders z Harlequina 1

Maria Nurowska, “Anders”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, ss. 254. Zobacz: Książka na stronie wydawnictwa
Książka Marii Nurowskiej „Anders” stała się przedmiotem nietrudnej krytyki. W kilku słowach zawarł swoją ocenę Piotr Adamczewski („Romans z generałem”, www.polityka.pl).: Nurowska nie mogła zdecydować się na to, co chce napisać: dokumentalną biografię wybitnego Polaka czy też powieść osnutą wokół autentycznych wydarzeń, (…) powstał chaos (…). Wspomnienia znanych i wybitnych towarzyszy życia generała oraz członków jego rodziny przeplatają się z wyraźnie fabularyzowanymi wątkami. Cytaty z dokumentów inkrustowane są wymyślonymi dialogami (z Berią, Stalinem i innymi postaciami historycznymi), co irytuje i zgrzyta w trakcie lektury (…) montaż fikcji z autentycznymi wydarzeniami wprowadza niesamowity bałagan chronologiczny. Nie mniejszym błędem jest też patos, z jakim autorka stara się nam wmówić, że jej bohater jest Wielkim Polakiem i Prawdziwym Patriotą.
Zgoda. Trudno powieść „Anders” traktować jako monografię historyczną. Nie może ona być traktowana jako rzetelne źródło wiedzy o Generale. Przyczyniła się do tego autorka także wybiórczym powoływaniem się na źródła. Na przykład, gdy opisuje wydarzenia wokół przewrotu majowego: 12 maja 1926 roku, pod wieczór, Anders wyszedł z domu na spacer, mijał właśnie Belweder, kiedy niemal wybiegł mu na spotkanie nowo mianowany minister spraw wojskowych, generał Malczewski. (…) – To nic pan nie wie? – zdumiał się (…) minister. – Szykuje nam się zamach stanu. Wacław A. Zbyszewski w swoich „Gawendach o ludziach i czasach przedwojennych” (Czytelnik, Warszawa 2000) tak opisuje to zdarzenie, powołując się na słowa Andersa: 12 maja 1926 roku, pod wieczór, (…) wyszedłem z domu, by udać się z wizytą. Gdym przechodził pod Belwederem, za rękę złapał mnie nowo mianowany minister spraw wojskowych, generał Malczewski. – Co, nic nie wie pan, co się stało? (…) Próba zamachu stanu. Autorka nie bierze pod uwagę faktu, że Zbyszewski może po prostu bujać. Sama przecież to robi, o czym pisał wcześniej Adamczewski. Więc o ile Władysław Anders rzeczywiście był szefem obrony Belwederu, okoliczności, w jakich zostało na tę funkcję powołany, nie musiały przedstawiać się równie plastycznie. A to przecież zaledwie jeden przykład sytuacji, której opis znalazł się w tej książce.
Jakkolwiek by jednak było, książkę przeczytać warto.
Autorka bowiem decyduje się spojrzeć na Władysława Andersa z ciekawej perspektywy. Punkt ciężkości kładzie ona nie na dosłowną biografię twórcy i dowódcy Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, dowódcy Armii Polskiej na Wschodzie i 2 Korpusu Polskiego, legendarnego przywódcy spod Monte Cassino, ale na losy człowieka wplątanego w miłość i wojnę; człowieka, który potrafi niekiedy bardziej denerwować, niż wzbudzać podziw. Czyni go to wprawdzie bohaterem rodem z romansu, ale jeśli takie było drugie oblicze generała, Nurowska je pokazuje.
Jej Anders to mężczyzna, który w czasie wojny porzuca swoją żonę, Irenę Anders, dla młodej Renaty Bogdańskiej, tancerki kabaretowej w wieku własnej córki; tchórz, który nie ma odwagi by powiedzieć generałowej o swojej nowej wybrance; ojciec, który na długie lata traci kontakt z córką. Gdyby przyjąć optykę autorki, omówione powyżej wady powieści tracą na znaczeniu, słabości książki zaczynają przemawiać na jej korzyść. Ważniejsza od faktów staje się bowiem fabuła i dramat. A tych w przypadku złożonej postaci Andersa nie brakuje.
Książka popularyzuje wiedzę o Generale, którego niektórzy stawiają na drugim miejscu po Józefie Piłsudskim, a na przykład cytowany już Zbyszewski porównuje go do księcia Józefa Poniatowskiego.
Nurowska lekko wprowadza czytelnika w meandry sporów historycznych; na poboczu biografii umieszcza cztery odmienne oceny bitwy o Monte Cassino. Daje próbkę tego, czym emocjonowała się polska emigracja po wojnie, relacjonując proces o zniesławienia, jaki Anders wytoczył dziennikarzom „Narodowca”. Pismo zarzucało generałowi, że w czasie pierwszej wojny światowej nie czuł się Polakiem, odmówił udziału w Bitwie Warszawskiej, a podczas drugiej wojny światowej był wrogiem generała Sikorskiego i wierzył w zwycięstwo Hitlera. Przebieg tego procesu jak w soczewce pokazuje nonsensy wojen toczonych w środowisku polskich emigrantów.
Bohater Nurowskiej prawdziwą miłością pałał do koni. To o nie musiał walczyć do końca, jako starzejący się emigrant. Przedwojenny właściciel stajni wyścigowej czuł się obrabowany przez aliantów, którzy na jego koniach wygrywali pieniądze. Domagał się zadośćuczynienia od Amerykanów; na pięć lat przed śmiercią, w 1965 r., wygrał proces o zrabowane konie z Republiką Federalną Niemiec.




Książka kiepska, felieton jeszcze gorszy. Obydwu czytać nie warto.