Archiwum December 2008

O Liscie na Niedzielę Świętej Rodziny 111 Autor: Andrzej Figas

Dec28

Czy tylko dla mnie list był tak żenujący i kuriozalny?

Dla chętnych całość:
http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=20081216_0

I kilka “niezłych” kawałków:

Z całym naciskiem trzeba bowiem powiedzieć, że ojciec, który przekazuje dziecku życie a następnie opuszcza rodzinę, nie jest godzien nazywać się ojcem. Podobnie matka, która odchodzi z dzieckiem do innego.

Fajnie jest dziecku na mszy usłyszeć, że skoro mama żyje z innym facetem teraz to nie jest mamą, a jak tata nie dostał opieki nad dzieciakiem, to nie jest ojcem. W sumie, czemu nie?

Dzisiaj nurty post-oświeceniowe popełniają ten sam błąd w myśleniu o człowieku. Stolica Apostolska ostrzega, że może to doprowadzić do cywilizacji post-ludzkiej.

hę?!

W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia „in vitro”. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje „prawo do dziecka”.

Dyskusja o tym toczyła się na blogu niedawno i w szeregu logicznych dyskusji wydaje się, że doszliśmy do wniosku, że dopuścić można “w pewnym przypadku”, np. kiedy nie “produkujemy” niepotrzebnych zarodków. Ale co tam, zawsze można powiedzieć, że w żadnym ;-).

Chciałem wyjść z kościoła, zanim wybuchnę śmiechem, ale jakoś się powstrzymałem. I zastanowiło mnie jedno, albo jestem tak głupi i nic z tego przyjąć nie mogę, albo w Episkopacie Duch Święty nie działa dość silnie i inne szatany są tam czynne ;-).

Nadzwyczajne 2 Autor: Małgorzata Felicka

Dec24

Z dwojga ludzi, z których jeden mówi, że wierzy a drugi, że jest niewierzący, to ten niewierzący zapewne bardziej podoba się Bogu, o ile ten pierwszy Boga nie spotkał osobiście – twierdziła Simone Weil. Ona sama przeżyła takie spotkanie, więc wiedziała, o czym mówi. Wiedziała o tym również Matka Teresa. I ponieważ wiedziała, że bez spotkania z Bogiem można tylko o Nim spekulować, a wiary co najwyżej pragnąć lub ją udawać wreszcie, to chciała tego spotkania dla innych. Przestrzegała członkinie swojego Zgromadzenia, żeby troszcząc się o trędowatych nie myliły swej roli z rolą opiekunki społecznej. Miały mieć na względzie jedno: aby najbiedniejsi w Indiach spotkali Jezusa Chrystusa, aby im się ukazał.

Ojciec Jacek Salij wygłosił niedawno wykład o czarnej nocy niewiary Matki Teresy. Z jej prywatnych listów, które zresztą pragnęła zniszczyć, dowiadujemy się, jak bardzo cierpiała z powodu tego, że Jezus stał się dla niej przez całe lata nieobecny. Czy oddawała innym wszystko, łącznie z poczuciem obecności Boga? Tak bardzo chciała innym uobecnić Chrystusa, tak skutecznie Go dla nich przywoływała, że sama przestała Go widzieć? Jak to wytrzymywała, czy to się jej opłacało?

I znów Simone Weil: „W bliźnim należy kochać głód, który go zżera, a nie pokarm, jaki możemy w nim znaleźć, aby zaspokoić własny głód”. To zdanie może nieco wyjaśnić, co mogło być losem Matki Teresy. Mogłoby być tak, że trędowaci byliby dla niej pokarmem, gdyby dzięki pracy z nimi syciła swe pragnienie spotykania Chrystusa. A ona kochała ich głód, gdyż chciała, by to do nich przychodził. Pokochać ten głód, mówi Weil, to tyle co otworzyć szczelinę, przez którą do naszej duszy przenika światło nadprzyrodzone. Świadkowie spotkań z Matką Teresą opowiadają, iż promieniowała niezwykłą miłością i łagodnością, czymś, czego nie dawało się opisać, a co można było wyczuwać w jej obecności niemal namacalnie. A w środku odczuwała mrok. To była jakby cisza w oku cyklonu.

W pewnym momencie po wykładzie ktoś z sali odezwał się, że widział to promieniowanie. Że zobaczył je w wyrazie twarzy Matki Teresy i trędowatego, którym się zajmowała, na pewnym zdjęciu, które wpadło mu w ręce. A wie, o co chodzi, bo tego doświadczył. Opowiedział, że przed laty po ciężkim wypadku samochodowym leżał w szpitalu na oddziale intensywnej terapii i był tak zainfekowany, że zarażali się od niego sepsą wszyscy, z którymi się zetknął. W szpitalu odwołano operacje, żeby nie zarażać pacjentów. Mówił, że do dziś z niedowierzaniem i wdzięcznością wspomina opiekę i troskliwy uśmiech na twarzy pielęgniarek, które się nim zajmowały nie dając mu odczuć ani swego strachu ani zniecierpliwienia czy obrzydzenia. Rozpoznał później ten sam co u nich wyraz twarzy na tamtym zdjęciu Matki Teresy. Siebie siłą rzeczy wówczas nie widział, ale sądzi, że wyglądał podobnie do owego trędowatego ze zdjęcia.

“Okno Życia” Hoża 53 działa 7 Autor: Małgorzata Felicka

Dec21

Dostałam wczoraj późnym wieczorem radosną wiadomość. To był krótki sms od zaprzyjaźnionej siostry franciszkanki: „ W “Oknie Życia” uratowany chłopczyk. Bogu niech będą dzięki” Przekazuję tę wiadomość dalej. “Okno Życia” otwarte 6-tego grudnia na ul. Hożej 53, zadziałało. Tak szybko okazało się potrzebne! I oto ktoś nie został wczoraj zabójcą, a ktoś inny nie stracił życia zanim na dobre otworzy oczy. Zostałam poproszona, aby informację o “Oknie Życia” przekazać na tym forum. Zatem wiedzcie wszyscy, którzy tu zaglądacie – o ile jeszcze nie wiecie – że jest takie miejsce w Warszawie, gdzie zdesperowana matka może położyć swoje dziecko, albo ktoś, kto znalazł porzucone dziecko, może je odnieść i uratować. Nikt go nie będzie widział, a jak zobaczy – o nic nie będzie pytał. Zbudowana została specjalna wnęka w murze klasztoru  Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w centrum Warszawy wyposażona w system alarmowy sygnalizujący, że coś zostało w nią włożone. Dzieckiem zajmą się od razu zaalarmowane siostry – jeśli trzeba, umieszczą dziecko w inkubatorze, umyją, ogrzeją, zawiną w pieluszki, nakarmią, trafi do szpitala, z którym jest podpisana umowa, później do ośrodka adopcyjnego i, jak najszybciej, do nowych rodziców. Będzie żyło i rosło.

Skóra cierpnie, gdy się pomyśli, co musiało się dziać w życiu i duszy matki lub ojca, jeśli to oni  to pięciodniowe dzieciątko przynieśli, ale nie nam to oceniać. Z jakiegoś powodu nie mieli siły, aby stać się rodzicami, ale ważne że mieli jej przynajmniej tyle, żeby dać szansę dziecku powierzając je innym, którzy tę siłę znajdują. Wiem, że siostry modlą się również za nich, aby ich też Ktoś przytulił i pocieszył w taki jak wczoraj mokry, zimowy wieczór, tuż przed Bożym Narodzeniem.

Brawo Siostry!   Wesołych Świąt!

(więcej informacji na www.siostryfranciszkanki.pl)

IV niedziela Adwentu (21 XII): Nie bój się, Maryjo 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec21

(2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38)

Liturgia, a więc Chrystus, z każdą niedzielą Adwentu coraz mocniej ściąga nas na ziemię. Zwłaszcza tych, którzy już są w ciepłym niebku całkowicie bezcielesnym, czysto duchowym, przeanielonym, jednokolorowym, np. różowiutkim. Najważniejsze wydarzenie dla całego świata, dla całej ziemi i całego nieba, rozgrywa się przecież w Nazarecie, o którym było wiadomo tyle, co nic, ale tam było jednak to, co dla Boga najważniejsze – ludzie. Zwyczajni i niezwyczajni, zabiegani, zadumani, raz głodni, raz syci, zakochani i płodzący dzieci, plotkujący, pewnie także awanturujący się, bo gdyby było inaczej, Józef nie przemyśliwałby, w jaki sposób uchronić swoją żonę przed złośliwymi językami, a może jeszcze przed czymś nieskończenie gorszym. Tak więc najważniejsze dla świata dokonało się, a co za tym idzie, dokonuje nadal tam, gdzie jest człowiek.

Mieszkanka Nazaretu, Maryja, która niebawem zostanie nazwana pierwszą chrześcijanką, pierwszą numerycznie, i pierwszą co do doskonałości chrześcijańskiego życia, wpada w panikę. Boi się, to prawda, ale nie Boga, skoro staje do dyskusji z Nim. Jej lęk bierze się z niezrozumienia Bożego działania. Jak się może stać coś, co nigdy jeszcze się nie stało? Namysł, rozmowa z Bogiem, a więc modlitwa Maryi, nie jest skutkiem zwątpienia, niedowierzania Bogu, ale dociekania, domyślania się, dochodzenia do prawdy o działaniu Boga, o Jego pracy dla człowieka.

Z nami dzieje się podobnie. Łatwo wierzyć w Boga, zwłaszcza takiego, który mieszka w zaświatach i co najwyżej zjawia się tutaj od czasu do czasu. Łatwo jest również wierzyć w Boga, który, jak się Go ładnie poprosi, to prośbę spełni. Trudniej wierzyć, gdy wiara jest współżyciem z Bogiem już teraz, tutaj, w tych warunkach i czasach, w jakich żyjemy.

* * *

To już ostatnia godzina na kupowanie prezentów, poganiają nas sprzedawcy, reklama, media. A może by tak raz święta bez prezentów? Zamiast tracić czas na uganianie się po sklepach, zamiast potem cieszyć się tym czy tamtym, może tak zaoszczędzony czas podarować swoim bliskim i cieszyć się sobą bardziej niż czymkolwiek innym? Może warto uniknąć prezentomanii i poświętować bardziej po ludzku, tzn. bardziej osobiście?

Inna relacja ze spotkania 8 Autor: Małgorzata Felicka

Dec19

To nie była rozmowa o seksie. Tematem było ciało, a seks przy okazji. I dlatego, że temat był zbyt słabo sprecyzowany, rozmowa była mdła: o wszystkim i o niczym. Było trochę o odchudzaniu, o niezgodzie na starzenie się, o dyscyplinie, której poddawane jest ciało w imię podtrzymania nakazanego medialnie wizerunku, i wreszcie o seksie. Każdy z panelistów rzucał w publiczność garść informacji (momentami ciekawych), ale pozostali do tego przeważnie nie nawiązywali, więc była to seria monologów raczej aniżeli rozmowa.

Uderzyło mnie, że Artur Sporniak, jako jedyny w tym gronie optymista, podkreślał swoją radość z tego, że żyje w tych a nie przeszłych czasach. Mówił, ze czuje się wyzwolony, zaopatrzony w wiedzę konieczną do tego, żeby mieć radość z seksu, czego przodkowie – jego zdaniem – nie mieli okazji w takim stopniu doświadczyć.

I okazało się, że według p. dr Małgorzaty Jacyno, ulegał złudzeniu. Parokrotnie usiłowała p. Sporniaka przekonać, że po prostu nie zauważa swojego zniewolenia i tylko wydaje mu się, że jest się z czego cieszyć. To swoją drogą ciekawy problem: czy jeśli myślę i czuję, że jestem wolna i szczęśliwa, to tak jest, czy też jakiś specjalista od spraw społecznych lub psychicznych oglądający moje nastawienia z metapoziomu swojej dyscypliny ma prawo to zakwestionować? Słowem, czy poczucie szczęścia da się zobiektywizować? Osobiście wątpię i instynktownie bronię tego, co o sobie myśli p. Sporniak.

Tym bardziej, że gdyby chcieć poddać się wizjom p. Jacyno, trzeba by uznać to, co wieszczyła na podstawie swoich badań socjologicznych: że następną wojną światową (a twierdziła, że na pewno będzie III- cia, bo przecież, jeśli były dwie, to i trzecia jest nieunikniona) będzie wojna kobiet z mężczyznami. Szalony pomysł. Żeby tak twierdzić trzeba nie mieć synów, mężów, ojców. Gdyby ktoś wykonał na swoim zdrowym rozsądku gwałt i uwierzył w perspektywę roztaczaną przez panią socjolog, musiałby zdębieć na końcu spotkania, kiedy obwieściła, że wierzy w zwycięstwo miłości. Czyżby nagle zapomniała o socjologii i odwołała się do własnego zdrowego rozsądku?

Widząc wśród rozmówców jezuitę, byłam bardzo ciekawa, czy w ramach przeciwwagi dla dyskusji o powszechnym rozpasaniu seksualnym, utracie miary w poszukiwaniu coraz to nowych i ekstremalnych doświadczeń, nie powie kilku słów na temat seksualnej powściągliwości. Jej sensu i roli w całokształcie procesu rozwoju człowieka. Ale niestety nic na ten temat nie usłyszałam a zabrakło mi odwagi, aby zapytać.

Po wczorajszym spotkaniu o seksie 3 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Dec19

Wczoraj w Auli Bobolanum zorganizowaliśmy wraz z CKiD spotkanie związane z tematem ostatniego numeru Przeglądu Powszechnego, czyli „Uwikłani w ciało. Człowieka współczesnego kłopoty z seksem”.

Miałem wrażenie, że zaproszeni goście – oprócz Artura Sporniaka z Tygodnika Powszechnego – powtórzyli zebranym wszystkie możliwe stereotypy o problemach współczesności, nie tylko te związane z seksem.

Otóż właśnie: lada moment zamożni rodzice będą tak dobierać geny swoim dzieciom, że wszystkie dziewczynki dostaną blond włosy, niebieskie oczy, potrojone IQ, a na imię Amanda; na większą, biedną część świata złożą się ludzie zwykli, brzydcy, bez perspektyw na zdobycie wykształcenia, wyższego statusu społecznego. Rządzić ma pieniądz i biologia. No i media, rzecz jasna. One wmówią nam – w zasadzie już wmawiają – że otaczający nas świat jest jak najbardziej w porządku. A jeśli, mimo wszystko, poczujesz się niepewnie, niedobrze, idź do supermarketu i nakupuj sobie leków, tyle ich leży dostępnych na półkach.

Ze zdumieniem słuchałem tego wszystkiego. Sporniak zaczął tłumaczyć, że można na przykład oglądać z dziećmi telewizję i uczyć podejścia refleksyjnego do mediów – rozmawiać z nimi po prostu. Uczą tego psycholodzy mediów. Jest to prosta recepta na wiele bolączek związanych z mediami. Ale zarazem nastręcza wiele trudności: potrzeba dobrej woli, cierpliwości, czasu, empatii, żeby rozumnie wychować dziecko.

O wiele prościej powiedzieć sobie, że żyje się w matriksie, w świecie, na który nie ma się wpływu, a wszystko wokół zagraża człowiekowi. Ale teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego Kościół tak sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro. Jeśli w perspektywie ma Amandę…

III niedziela Adwentu (14 XII): Działo się to w Betanii 2 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec14

(Iz 61,1-2a.10-11; 1 Tes 5,16-24; J 1,6-8.19-28)

Pismo Święte mocno trzyma się ziemi. Jan zanurza w wodzie ludzi w Betanii po drugiej stronie Jordanu, Jezus rodzi się w Betlejem Judzkim, umiera w Jerozolimie, a przedtem Mojżesz spotyka się z Bogiem na Synaju, Izajasz i Jeremiasz „robią” w polityce, troszczą się przecież o swój naród, król Dawid, pomazaniec Boży, i Machabeusze mieczem „uskuteczniają” Bożą opiekę nad Jego narodem. Tych ostatnich jednak nie skazujmy na zapomnienie mówiąc, że wojna jest zawsze złem. Zanim ich potępimy czy dyskretnie usuniemy w cień, pomyślmy o naszych narodowych bohaterach, choćby powstańcach listopadowych i styczniowych, a z najnowszych czasów o górnikach z kopalni „Wujek”. Tak czy inaczej, biblijne historie, wydarzenia nie dzieją się poza ziemią, w jakiejś bliżej nieokreślonej przeszłości. Wszystkie dzieją się tu, na ziemi, i w swoim czasie. Nawet te, o których człowiek nie może pamiętać, jak początek wszechświata, są datowane, a wszystko po to, by nikt nie posądzał Boga Biblii, że jest On jedynie wytworem naszych lęków czy marzeń.

Dlatego Adwent niekoniecznie musi być oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa. My już nie mamy na co czekać, szkoda czasu na to. Przecież Jezus już przyszedł i mimo naszych usilnych, gwałtownych, zawziętych, świadomych i nieświadomych starań w przeszłości i dzisiaj nie jesteśmy w stanie się Go pozbyć. Czasami mówienie o przychodzeniu Boga, a tym bardziej o Jego odchodzeniu, wygląda na sprytny wybieg, pozwalający pobożnemu człowiekowi na święte lenistwo. Nic prostszego nad nieustanne czekanie. Czekając, nic więcej już nie muszę robić, gdy tymczasem Jezus pragnie nas posłać do roboty, do tych, pośród których sam żyje, byśmy wspólnie z Nim zaradzali biedom tego świata.

* * *

Chodzi o to, by spełniły się słowa Psalmu 113, który mówi o Bogu, że jest tym, który ubogiego wziąwszy z gnoju prawie/ Umie posadzić na książęcej ławie. To wydobywanie biedaka z nędzy Chrystus dokonuje przez ludzi, może zwłaszcza przez polityków.

Uwikłani w ciało – debata 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Dec14

Uwikłani w ciało – człowieka współczesnego kłopoty z seksem

Debatę poprowadzi Jan Pniewski (Polskie Radio), a wezmą  w niej udział:
Artur Sporniak – TP
Artur Filipowicz SJ
Małgorzata Jacyno – UW
18.12, g. 18, Warszawa, ul. Rakowiecka 61, Aula Bobolanum

Skromnego gościa mieliśmy 2 Autor: Małgorzata Felicka

Dec14

Podobno po owocach mamy poznawać wartość tego czy owego. Skoro tak, to jeśli potraktuję postać Dalajlamy jako owoc duchowości buddyjskiej, muszę przyznać, ze owa duchowość jest dobra. Podoba mi się i przemawia do mnie przede wszystkim dlatego, że nie pozbawiła swego przywódcy poczucia, że jest zwykłym człowiekiem. Ostatnia wizyta Dalajlamy w Polsce stanowiła dla mnie okazję do dokonania raczej smutnych porównań jego zachowania z zachowaniem rodzimych „wielkich” (z pewnymi chwalebnymi wyjątkami, inaczej byłoby to zbyt smutne).

Zachodzę w głowę, jak to się dzieje, że Dalajlama – choć ważny, przyjmowany przez największych tego świata, otaczany podziwem i szacunkiem – nic sobie nie robi ze swojej ważności i zachowuje się tak, jakby go ona nie dotyczyła? Jak to się dzieje, że nigdy nie identyfikuje się z tytułami, które mu się nadaje, że pozostaje prosty i bezpośredni, a zaszczyty spływają po nim jak woda po gęsich piórach – wydaje się impregnowany na zarozumiałość? Nie kreuje się ani na króla ani na męczennika, mówi o sobie, że jest człowiekiem, który przypadkowo urodził się w Tybecie i postanowił zostać buddyjskim mnichem. Jego mowa i życie świadczące o tym, że chce służyć innym całym sobą, są pozbawione nadętego patosu, są tak naturalne jak oddychanie i nie mają w sobie nic ani z celebry ani z tragizmu. Analogiczna sytuacja na zachodzie wydaje się prawie nieosiągalna. Oczywiście spotyka się pięknych ludzi i w naszym kręgu kulturowym; takich, którzy świecą jak prawdziwe brylanty, ponieważ czuje się, że są zarazem mądrzy, dobrzy i skromni. Słyszałam od nich równie mądre i proste słowa jak te, które wypowiada Dalajlama, ale u nas cechą wspólną dla tych osób jest ich anonimowość i niepozorność. Spotyka się ich  skrytych gdzieś w tylnym rzędzie pośród wielu innych. Tylko uśmiech i ciepło, które z nich promieniuje pozwala ich rozpoznać. Natomiast dzieje się natychmiast coś zatrważającego z tymi, których wyciągnięto z anonimowości. Nagły przypływ władzy i sławy uderza im do głowy, ich ego rozdyma się, więc nie minie chwila a każą się podziwiać. Zaczynają wierzyć w swoją wyjątkowość, w swoją „lepszość”, w czym wspomaga ich świta pochlebców i adoratorów, która prędzej czy później robi z nich nieznośnych pyszałków, a z reszty – ogłupiałych gapiów. Jak się przed tym uchronił Dalajlama? czytaj dalej »

Zakręty historii 0 Autor: Emil Górecki

Dec13

Siedzę nocą w ciepłym mieszkaniu, a po drugiej stronie rzeki, pod domem generała zebrali się ci, których ta postać nadal porusza. Tak jak zresztą co roku od iluś tam lat. I jak co roku gazety pytają z zaangażowaniem, czy zdrajca, czy bohater? Lub też wymijająco: może po prostu postać tragiczna? Już dwadzieścia siedem lat historia ocenia tę postać, choć z perspektywy historii to dopiero dwadzieścia siedem lat. Mimo to zdaje się nam, że wiemy coraz więcej o tamtych dniach i możemy je oceniać coraz bardziej pewnie, choć ze świadomością, że i tak stąpamy po grząskim gruncie. A postać generała jak dzieliła, tak nadal dzieli. Czy doczekamy się jednoznacznej oceny wprowadzenia stanu wojennego? Chciałbym. Bo chciałbym mieć jasność, w imię czego strzelano do górników, zamykano inaczej myślących, skazywano na śmierć przez ciszę w słuchawce i czytano listy moich rodziców.

Drugą postacią, jaka przychodzi mi dziś do głowy jest także wojskowy, tym razem niższy rangą. Pułkownik Kukliński, bo o nim myślę, też nie jest postacią w pełni przejrzystą, mimo, że aktualni władcy historii pozwolili mu spocząć wśród najświetniejszych. Kilka dni temu CIA ujawniła część raportów, jakie składał Zachodowi. Być może dla wielu, jest to nie ważne, w imię czego Kukliński to robił. Dla mnie jest. Chciałbym dowiedzieć się w przyszłości, czy spokojnie przy jego nazwisku mogę pisać słowo “patriota”.

Może ktoś się oburzy, że zapytam teraz o Lecha Wałęsę, ale w mym myśleniu nie ma “świętych krów”. Od niedawna próbuje się nam wszczepić, że nie wszystko było tak, jak nam się do tej pory wydaje. Nie wiem. Ale mam głęboką nadzieję, że ta sprawa nie ma podwójnego dna. Pojawiają się jednak różne pytania, wątpliwości, mniej, lub bardziej uzasadnione. Ufam, że moje dzieci będą uczone o Wałęsie bez zbędnych znaków zapytania. Chcę i ja nie zadawać sobie zbędnych pytań. Kiedy tak będzie?

Ile takich niejednoznacznych życiorysów możemy sobie przypomnieć? Pewnie każdy po kilka. Świadczą one o tym, że w ciekawych czasach żyliśmy. Wydaje się, że to chińskie przekleństwo zostało już z nas zdjęte. Dlatego dziś możemy te ciekawe czasy raz jeszcze przeglądać, interpretować, uszczegóławiać, kartka po kartce, notatka po notatce, foliogram po foliogramie, podpis po podpisie… Tylko umiejmy je czytać.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com