Nadzwyczajne 2
Z dwojga ludzi, z których jeden mówi, że wierzy a drugi, że jest niewierzący, to ten niewierzący zapewne bardziej podoba się Bogu, o ile ten pierwszy Boga nie spotkał osobiście – twierdziła Simone Weil. Ona sama przeżyła takie spotkanie, więc wiedziała, o czym mówi. Wiedziała o tym również Matka Teresa. I ponieważ wiedziała, że bez spotkania z Bogiem można tylko o Nim spekulować, a wiary co najwyżej pragnąć lub ją udawać wreszcie, to chciała tego spotkania dla innych. Przestrzegała członkinie swojego Zgromadzenia, żeby troszcząc się o trędowatych nie myliły swej roli z rolą opiekunki społecznej. Miały mieć na względzie jedno: aby najbiedniejsi w Indiach spotkali Jezusa Chrystusa, aby im się ukazał.
Ojciec Jacek Salij wygłosił niedawno wykład o czarnej nocy niewiary Matki Teresy. Z jej prywatnych listów, które zresztą pragnęła zniszczyć, dowiadujemy się, jak bardzo cierpiała z powodu tego, że Jezus stał się dla niej przez całe lata nieobecny. Czy oddawała innym wszystko, łącznie z poczuciem obecności Boga? Tak bardzo chciała innym uobecnić Chrystusa, tak skutecznie Go dla nich przywoływała, że sama przestała Go widzieć? Jak to wytrzymywała, czy to się jej opłacało?
I znów Simone Weil: „W bliźnim należy kochać głód, który go zżera, a nie pokarm, jaki możemy w nim znaleźć, aby zaspokoić własny głód”. To zdanie może nieco wyjaśnić, co mogło być losem Matki Teresy. Mogłoby być tak, że trędowaci byliby dla niej pokarmem, gdyby dzięki pracy z nimi syciła swe pragnienie spotykania Chrystusa. A ona kochała ich głód, gdyż chciała, by to do nich przychodził. Pokochać ten głód, mówi Weil, to tyle co otworzyć szczelinę, przez którą do naszej duszy przenika światło nadprzyrodzone. Świadkowie spotkań z Matką Teresą opowiadają, iż promieniowała niezwykłą miłością i łagodnością, czymś, czego nie dawało się opisać, a co można było wyczuwać w jej obecności niemal namacalnie. A w środku odczuwała mrok. To była jakby cisza w oku cyklonu.
W pewnym momencie po wykładzie ktoś z sali odezwał się, że widział to promieniowanie. Że zobaczył je w wyrazie twarzy Matki Teresy i trędowatego, którym się zajmowała, na pewnym zdjęciu, które wpadło mu w ręce. A wie, o co chodzi, bo tego doświadczył. Opowiedział, że przed laty po ciężkim wypadku samochodowym leżał w szpitalu na oddziale intensywnej terapii i był tak zainfekowany, że zarażali się od niego sepsą wszyscy, z którymi się zetknął. W szpitalu odwołano operacje, żeby nie zarażać pacjentów. Mówił, że do dziś z niedowierzaniem i wdzięcznością wspomina opiekę i troskliwy uśmiech na twarzy pielęgniarek, które się nim zajmowały nie dając mu odczuć ani swego strachu ani zniecierpliwienia czy obrzydzenia. Rozpoznał później ten sam co u nich wyraz twarzy na tamtym zdjęciu Matki Teresy. Siebie siłą rzeczy wówczas nie widział, ale sądzi, że wyglądał podobnie do owego trędowatego ze zdjęcia.





Proszę łaskawie zrozumieć i ewentualnie uznać przedstawiony poniżej powód braku komentarzy.
Według mnie trudno komentować to, co Pani tak pięknie ujęła i napisała nt. postaw ludzkich wobec Boga i bliźnich.
Szczególnie wówczas, gdy wielu czytelników i dyskutantów tzn. chrześcijan, a może tylko pozornie zatroskanych o KK-AiP ?……..
Jest wielce oburzona i zbulwersowana, a nawet zgorszona postawą Episkopatu Polski, a ściślej “niezłymi” kawałkami z listu pasterskiego, które wybrał i skomentował Pan Andrzej.
@Zibik
Cieszę się, że Pan tu jeszcze zagląda i pozdrawiam serdecznie. Ta reakcja z sali po wykładzie zrobiła na mnie duże wrażenie, a zdanie o tym, żeby nie traktować bliźniego jak pokarm nadaje się moim zdaniem do codziennej kontemplacji.