O Liscie na Niedzielę Świętej Rodziny 111
Czy tylko dla mnie list był tak żenujący i kuriozalny?
Dla chętnych całość:
http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=20081216_0
I kilka “niezłych” kawałków:
Z całym naciskiem trzeba bowiem powiedzieć, że ojciec, który przekazuje dziecku życie a następnie opuszcza rodzinę, nie jest godzien nazywać się ojcem. Podobnie matka, która odchodzi z dzieckiem do innego.
Fajnie jest dziecku na mszy usłyszeć, że skoro mama żyje z innym facetem teraz to nie jest mamą, a jak tata nie dostał opieki nad dzieciakiem, to nie jest ojcem. W sumie, czemu nie?
Dzisiaj nurty post-oświeceniowe popełniają ten sam błąd w myśleniu o człowieku. Stolica Apostolska ostrzega, że może to doprowadzić do cywilizacji post-ludzkiej.
hę?!
W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia „in vitro”. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje „prawo do dziecka”.
Dyskusja o tym toczyła się na blogu niedawno i w szeregu logicznych dyskusji wydaje się, że doszliśmy do wniosku, że dopuścić można “w pewnym przypadku”, np. kiedy nie “produkujemy” niepotrzebnych zarodków. Ale co tam, zawsze można powiedzieć, że w żadnym ;-).
Chciałem wyjść z kościoła, zanim wybuchnę śmiechem, ale jakoś się powstrzymałem. I zastanowiło mnie jedno, albo jestem tak głupi i nic z tego przyjąć nie mogę, albo w Episkopacie Duch Święty nie działa dość silnie i inne szatany są tam czynne ;-).


@ Rafał
Małe nieporozumienie. Pytałeś, czy katolicyzm ma sens. Chodziło mi o to, że rzeczywistością jest to, że katolicyzm istnieje, więc nie warto zastanawiać się czy ma sens. Nie miałam na myśli tego, że nie warto zastanawiać się, czy się do niego przyłączać. Warto!
Druga sprawa: przynależności do grupy i konsekwencji stąd wynikających. Abstrahując od Kościoła, mówię tylko, że jestem istotą społeczną i że to pociąga za sobą konsekwencje dostosowawcze. Ale przesadą jest twierdzić, że z deklaracją przynależności do grupy traci wartość myślenie. Nadmierne dostosowanie może pociągać groźne skutki i dlatego warto myśleć. Również zbytnie zaufanie do własnych opinii może pociągać groźne skutki i dlatego też warto myśleć. A znajdywanie granic i proporcji nie jest jednorazowym aktem tylko robimy to przez całe życie.
Ja przez jakiś czas byłem ogólnie chrześcijaninem bez konkretnej przynależności wyznaniowej, a nawet może jeszcze ogólniej: człowiekiem wierzącym bez wyraźnej przynależności religijnej (choć wychowanym po katolicku, a podobno Amerykanie mawiają “raz katolik – na zawsze katolik”). I zapewniam, że nie było fajnie. Bo w Kościele poza poglądami (bardziej lub mniej obowiązującymi wyznawców) jest liturgia, pewien rytm i pewna forma życia. A bez formy człowiek się jednak rozłazi. Może nie każdy, ale taki jak ja – tak. Co nie oznacza, żeby zabronić sobie myślenia. Tylko, żeby mieć punkt orientacyjny, brać wypracowane przez wieki i przez zbiorowość przeświadczenia jako punkt orientacyjny (dokładnie tak, jak pisze Małgorzata).
A co do argumentu z Pisma Świętego – jeśli się nie mylę, koncepcja bezwzględnej ochrony życia od momentu poczęcia jest młodsza o jakieś 1300 lat od Ewangelii.
@Jerzy, Małgorzata
OK, rozumiem Wasze podejście w temacie przynależności do grup i poszukiwaniu złotego środka. Może i jest w tym jakaś racja, chociaż pewnie wszystko zależy od konkretnego człowieka, tak jak pisze Jerzy.
Jeden robaczek zwątpienia mnie tylko dotyka. Mianowicie to, że grupy religijne mają chyba trochę inny charakter i zastanawiam się na ile to jest problem z myśleniem w czasie uczestnictwa w takiej grupie. Mianowicie chodzi o to, że w czasie myślenia nad rożnymi tematami i polemiką w takiej grupie automatycznie wierny naraża się na krytykę, że jak reguła nie pasuje to zaraz się zaczyna poszukiwanie argumentów dla obrony wygodnictwa. I tutaj w katolicyzmie pojawia się nieustający problem kto ma rozsądzać kto ma rację, a kto nie. W ramach nauczania religii jesteśmy uczeni posłuszeństwa, a nie wątpliwości i dyskutowania. Oczywiście są pomysły takie jak błędne sumienie, intencje itp. Tylko, że to trochę podważa z drugiej strony sens kodeksów katolickich. I tak w kółko. Nie wiem, mnie to trochę odrzuca, ale rozumiem, że może nie odrzucać.
@Jerzy
Coś i mnie się wydaje, że z tą ochroną życia to właśnie tak jest. Na razie nikt konkretnego cytatu nie podał i sam go również nie znalazłem pomimo przeszukania wszystkich 4 ewangelii. Ale czekam cierpliwie.
@ Rafał
To bardzo ciekawa kwestia. Bo przecież Jezus złożył życie w ofierze. Z miłości do wszystkich ludzi. Nie jestem teologiem, ale jeśli kluczem ma być miłość (a nie życie), to może właśnie ona w momencie zapłodnienia jest ważniejsza niż sposób przekazywania życia.
@Kuba
Tak właśnie :).
To nawet dobrze brzmi, ale też wydaje się trochę naciągane. Dyskusja jest teoretyczna, a w praktyce in vitro może wystawiać ludzi na wiele cierpienia fizycznego i psychicznego. O tym nie mówiliśmy, skupiając się tylko na ideologii. W praktyce więc jest pewnie o wiele trudniej niż może wynikać z naszych rozważań.
Znajomy opowiedział przypadek z jego otoczenia: żona po dziewięciu próbach zapłodnienia in vitro stanęła na skraju samobójstwa.
Chcę powiedzieć, że pojęcia miłości i życia nie odnoszą się tylko do przyszłego dziecka, kwestia in vitro nie jest jednoznaczna, a dyskusja teoretyczna wydaje się mało przekonująca.
@Kuba
Mówimy tutaj na razie o bieżącym stanowisku, żeby ustalić czy należy je zrewidować, a dokładnie zrewidować jego przyczyny. Na razie problem polega na tym, czy w ogóle metodę dopuścić. Dlatego nie skupiamy się tak bardzo na stronie praktycznej.
Mogę również skonstruować bardzo prawdziwe twierdzenia:
Życie może wystawiać ludzi na cierpienie.
Miłość może wystawiać ludzi na cierpienie.
Sport może wystawiać ludzi na cierpienie.
Czy wszystkie powyższe powinny być zakazane?
Myślę, że praktycznie wszystko w co angażujemy się emocjonalnie może nas wystawiać na cierpienie.
Mam nieodparte wrażenie, że stanięcie na skraju samobójstwa nie było spowodowane in vitro (bo niby czym? nieskutecznością?). Spodziewam się, że generalnie starała się ona o dziecko i że przyczyną mogły być:
1. brak zrozumienia niemożności zrealizowania marzenia o posiadaniu potomstwa
2. utrata poczucia kobiecości.
Owszem, in vitro mogło to poczucie spotęgować. Na zasadzie “mnie nie pomaga nawet in vitro. próbowałam już wszystkiego.”. Tylko, że dla mnie ponownie nie jest to argument przeciwko metodzie, bo byłoby to wylewanie dziecka z kąpielą. Raczej bym się skupił otoczeniu takiej osoby stosownym wsparciem (choćby i duchowym).
@Rafał
Przyznaje Ci rację w jednej kwestii, mianowicie: szukałem dosyć długo i faktycznie nie znalazłem takiego cytatu, jakiego oczekujesz, tj. dosłowne uznanie życia za wartość priorytetową. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym wypadku chyba spieramy się o kwestie semantyczne. Pozwolisz, że zacytuje pewien fragment z pracy ks. prof. Stycznia:
“Miłość jest tą wartością i tym wymiarem życia człowieka, w którym i przez który spełnia się on jako osoba. W tym sensie jest ona jego dobrej najwyższym, dobrem moralnym. Wszystko inne zasługuje na miano dobra moralnego o tyle, o ile stanowi warunek, element lub wyraz miłości. Miłość bowiem domaga się wyrazu: domaga się ‘przekładu’ na takie dobro, które w danej sytuacji wymaga szczególnej ochrony lub pomnożenia.
Jeśli jednak miłość jest dobrej najwyższym ludzkiej osoby – to co jest dobrej podstawowym; takim, które przede wszystkim wymaga -w imię miłości!- ochrony? Trudno wskazać na dobro, które mogłoby w tym miejscy konkurować z ŻYCIEM (podkreślenie moje). A skoro tak, czy jest do pomyślenia akt miłości, który by nie respektował życia? Czy można w imię miłości – lub przynajmniej w zgodzie z nią – zabijać?.” (Wprowadzenie do etyki, str. 175)
Być może jest to odpowiedź wymijająca, ale jestem ciekaw Twojego zdania.
@Rafał
Tak próbowałabym to wyjaśnić: Miłość to hipostaza. Istnieją tylko żywi ludzie, którzy się kochają. Żeby się kochać, muszą żyć. Jeśli wprost w Ewangelii nie padają takie słowa, o jakie Ci chodzi, że wartością najwyższą jest życie (nie szukałam, ale polegam na tym, co napisał Marcin Ł. Makowski), to można sądzić, że dlatego, że jest to oczywistą oczywistością dla każdego wierzącego żyda. Jeśli zna Księgę Rodzaju, rozdział 1, to nie ma wątpliwości, za co szanuje, podziwia i kocha Boga: za to, że stworzył wszystko, co istnieje i że to istnienie podtrzymuje w istnieniu. A istnienie człowieka, tego stworzenia, które Bóg stworzył na końcu i które określił jako bardzo dobre, to właśnie jego życie.
@ Rafał
Napisałeś:
“Mam nieodparte wrażenie, że stanięcie na skraju samobójstwa nie było spowodowane in vitro (bo niby czym? nieskutecznością?).”
Widocznie mało wiesz o samej procedurze zapłodnienia: oczywiscie na pewno kwestie psychologiczne wchodzily tu w gre, ale wazniejszą sprawą jest rozstrojenie organizmu spowodowane duza dawka hormonow i lekow, ktore musi przyjac kobieta przed implantacją.
A od takiego rozstrojenia, juz tylko krok do samobojstwa. Zapewniam.
@m
OK, nawet jeśli, to ponownie powtórzę, należy to uświadomić, może lepiej skonstruować zestaw leków, a nie zakazać. Nożem też się można skaleczyć.
@Małgorzata, Marcin
Dla mnie to nie jest spór jedynie o semantykę i szczerze mówiąc żaden z przytoczonych przez Was argumentów nie przekonuje mnie do tak radykalnej obrony życia (w sensie za wszelką cenę, nawet wbrew jego posiadaczowi), a także przypisywanie jeszcze nie wiadomo skąd atrybutów temu życiu, na przykład takich, że tylko Bóg je może tworzyć i to konkretnie w akcie seksualnym. To już jest bardzo grubymi nićmi szyte.
Dla mnie to nie jest wyraz miłości jeśli życie osoby jest podtrzymywane sztucznie wbrew jej woli, pomimo jej wycieńczenia psychicznego i fizycznego. To może być na przykład wyraz samolubności, bo nie chcemy się z tą osobą rozstać.
Dla mnie to jest wyraz miłości, jeśli jest wojna i ja zabijam swojego kolegę, który wpadł w ręce wroga i wiadomo, że będzie ciężko torturowany i nie ma żadnych szans go uratować.
Dla mnie to jest wyraz miłości, jeśli kobiecie dokona się aborcji dziecka poczętego na skutek gwałtu, bo być może ono i jego matka miałyby bardzo ciężkie i obarczone cierpieniem życie.
I tak można by mnożyć przypadki. Nie jest dla mnie zatem kwestią semantyczną arbitralna, nie znosząca sprzeciwu i wyjątków zasada ochrony życia jako najcenniejszego daru od Boga, zwłaszcza w sytuacji, w której nie ma ani słowa w tej sprawie w ewangelii. Istnieją tylko i wyłącznie jakieś tam traktaty filozoficzne różnych ludzi.
Nie jest to kwestią semantyczną również dlatego, że jeśli życie wcale nie jest najcenniejszym darem od Boga, to próba argumentowania w ten sposób niemoralności in vitro dla mnie upada. W dodatku znajduję jeszcze argument, że wyrazem miłości jest chęć niesienia pomocy, w tym również pomocy w poczęciu potomstwa, które może być przyczyną wielkiego dobra w rodzinie.
I jeszcze a propos cytatu Marcina:
A skąd teza, że jakieś dobro podstawowe w imię miłości wymagające ochrony musi istnieć? To jest dla mnie naciągane.