Artykuł

Cywilizacja post-ludzka, czyli czy jest się czego bać 8

Jan6

Złowieszcze słowa o cywilizacji post-ludzkiej pojawiły się w Liście Pasterskim Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny. Związane były z rozważaniem na temat zmieniającego się współcześnie kształtu rodziny, ubolewaniem nad zjawiskiem częstych rozwodów, zmian w pojmowaniu tego, czym jest rodzina w kontekście legalizacji związków homoseksualnych oraz zagadnień związanych z prokreacją, w tym etycznością inseminacji in vitro. Wynika stąd, że zachodzące w tych obszarach zmiany mogą według biskupów, powołujących się na Stolicę Apostolską, przynieść jako skutek kres cywilizacji ludzkiej. Tak kategoryczne stwierdzenie będzie usprawiedliwione, jeśli istoty, które nadal będą zamieszkiwały naszą planetę stracą jakieś cechy, których posiadanie jest konieczne dla tego, żeby nazywały się ludźmi. Co to za cechy? Czego biskupi z takim niezłomnym przekonaniem bronią? Chcąc to lepiej zrozumieć sięgnęłam do Instrukcji Kongregacji Nauki Wiary pt. „Dignitas Personae”, której tematyka bliska jest temu, co napisali polscy biskupi.

Lektura okazała się pouczająca. Najpierw, tytułem wprowadzenia, przytoczę kilka wyjątków z tej Instrukcji. Tłustym drukiem zaznaczyłam te wyrażenia, które wydały mi się frapujące:

„Jeżeli chodzi o leczenie bezpłodności, nowe techniki medyczne powinny uszanować trzy podstawowe dobra: a) prawo do życia i do integralności fizycznej każdej istoty ludzkiej od poczęcia aż do naturalnej śmierci; b) jedność małżeństwa, pociągającą za sobą wzajemne poszanowanie prawa małżonków do stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie; c) specyficznie ludzkie wartości płciowości, które «wymagają, by przekazanie życia osobie ludzkiej nastąpiło jako owoc właściwego aktu małżeńskiego, aktu miłości między małżonkami». Techniki przedstawiane jako pomoc do przekazywania życia «nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej, wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia».”

I dalej czytamy: „W świetle takiego kryterium należy wykluczyć wszelkie techniki sztucznego zapłodnienia heterologicznego oraz techniki sztucznego zapłodnienia homologicznego, zastępujące akt małżeński. Dopuszczalne są natomiast te metody, które mają na celu wspieranie aktu małżeńskiego i jego płodności. Instrukcja Donum vitae mówi: «Lekarz pozostaje w służbie osób i przekazywania życia ludzkiego. Nie jest uprawniony do dysponowania nimi, ani do decydowania o nich. Interwencja lekarska szanuje godność osób, gdy ułatwia ten akt lub pozwala uzyskać jego cel, jeśli został dokonany w sposób normalny». Natomiast na temat sztucznej inseminacji homologicznej mówi: «Nie można dopuścić sztucznego zapłodnienia homologicznego wewnątrz małżeństwa za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz służy jako ułatwienie i pomoc do osiągnięcia jego naturalnego celu».”


W dalszym ciągu Instrukcji czytamy: „Ponadto Kościół uważa za etycznie nie do przyjęcia oddzielanie prokreacji od całkowicie osobistego kontekstu aktu małżeńskiego: przekazywanie ludzkiego życia jest aktem osobistym mężczyzny i kobiety jako pary, nie dopuszczającym żadnego rodzaju zastępczego działania. Akceptowanie bez zastrzeżeń faktu, że stosowanie technik zapłodnienia in vitro pociąga za sobą wysoki procent poronień, pokazuje wyraźnie, że zastąpienie aktu małżeńskiego procedurą techniczną – oprócz tego, że uchybia szacunkowi, jaki należy się prokreacji, której nie można sprowadzać jedynie do wymiaru reprodukcyjnego – przyczynia się do osłabienia świadomości szacunku należnego każdej istocie ludzkiej. Natomiast uznaniu tego szacunku sprzyja bliskość małżonków, ożywiana miłością małżeńską.

Podobnie jak zapłodnienie in vitro, którego stanowi odmianę, ICSI jest ze swej istoty techniką niegodziwą: powoduje ona całkowite oddzielenie prokreacji od aktu małżeńskiego. W istocie bowiem ICSI «dokonuje się poza ciałem małżonków, za pośrednictwem działania osób trzecich, od których kompetencji i działań technicznych zależy powodzenie zabiegu (…) oddaje więc życie i tożsamość embrionów w ręce lekarzy i biologów, wprowadza panowanie techniki nad pochodzeniem i przeznaczeniem osoby ludzkiej. Tego rodzaju panowanie samo w sobie sprzeciwia się godności i równości, które winny być uznawane zarówno w rodzicach, jak i dzieciach. Poczęcie w probówce jest wynikiem działań technicznych, które prowadzą do zapłodnienia; nie jest ono w rzeczywistości ani osiągnięte, ani pozytywnie chciane jako wyraz i owoc właściwego aktu zjednoczenia małżeńskiego».”

Zwraca uwagę, że wielokrotnie powtarza się w tych fragmentach troska o akt małżeński. Może to być sporym zaskoczeniem w kontekście wrogich cielesności klimatów obecnych w poprzednich epokach w chrześcijaństwie w ogóle, a w Kościele w szczególności. Teraz zagrożeniem dla ludzkości jest zdaniem Kościoła życie bez aktów małżeńskich! Hm, a tak długo seks był czymś, przed czym należało się wystrzegać, zaś teraz niespodziewanie urósł do roli wyznacznika tego, co prawdziwie ludzkie. Czy to ironiczny chichot historii? Definitywne acz niespodziewane zwycięstwo rewolucji seksualnej? Otóż nie, bo tu nie chodzi o seks. Jak można się zorientować, akt małżeński różni się od seksu (w tym seksu małżeńskiego) tym, że jest nastawiony na prokreację.

Zaczynam rozumieć, że w troska Kościoła o przyszłość ludzkości bierze się z rozdęcia do monstrualnych rozmiarów i rzutowania w przyszłość tego, co teraz dopiero kiełkuje: Kościół przestrzega przed perspektywą, że seks wyprze akty małżeńskie, ponieważ te ostatnie nie będą potrzebne do przedłużenia gatunku.

Zatem wyobraźmy sobie post-ludzi przyszłości. Zastąpią oni ludzi i tym będą się od nich różnili, że nie będą ich łączyć akty małżeńskie, czyli nie będą chcieli łączyć się w pary, żeby mieć wspólne dzieci. Czy to rzeczywiście tak wiele by zmieniło, że przestaliby być ludźmi? Wyobraźmy to sobie: Jeśli post-ludzie będą chcieli mieć dziecko pójdą do laboratorium i dadzą sobie wstrzyknąć zarodek (w przypadku kobiety), albo odbiorą gotowego noworodka (w przypadku mężczyzny). Właściwie to kobiety też odbiorą nowego noworodka wyhodowanego w jakimś inkubatorze, po co się wysilać i nosić w sobie embrion, który może być wyhodowany w super-laboratorium przyszłości. Post-ludzie nie będą wiedzieli, kto dał materiał genetyczny, nie tylko w połowie i dlatego, że nie będą znali drugiego rodzica, ale nawet nie będą wiedzieli, że do produkcji tego noworodka został użyty ich własny materiał genetyczny, gdyż w laboratorium mogło się okazać podczas badań, że ich komórki mają jakieś wady i zostały wymienione lub zmodyfikowane. Pojęcie rodzicielstwa przestanie mieć sens. Jeśli post-ludzie będą spółkować, to tylko dla rozładowania napięcia lub przeżycia zmysłowej przyjemności. Życie będzie tak zorganizowane, że będzie można żyć w pojedynkę. W konsekwencji post-ludzie przestaną się sobą interesować i cieszyć. Coś takiego jak rodzina przestanie istnieć, bo nikt z nikim po paru pokoleniach nie będzie spokrewniony, albo nie będzie o tym wiedział i nie będzie się do tego przywiązywać wagi. Nie będzie opowiadało się historii rodzinnych, nie będzie szukało podobieństw i wskazywało, na to, że wady potomstwa są „zasługą” tej drugiej rodziny. Czy brak więzów krwi wytworzy taką pustkę, której nic nie zapełni?

Ale to przecież byłby świat, w którym wszystkie dzieci byłyby adoptowane przez samotne matki lub samotnych ojców, którzy sami też byli adoptowani. Czy istnieje uzasadniona obawa, że w końcu nikt nie będzie chciał mieć dzieci, bo nie będzie mógł przeglądać się w nich, wypatrywać młodszego i lepszego siebie, więc posiadanie dzieci straci na atrakcyjności? Czy ludzie tylko dlatego chcą mieć dzieci, żeby zaspokajać przy ich pomocy narcystyczne potrzeby?

W powyższej wizji wymieniłam wszystko to, co napawa mnie lękiem. Z jednej strony jest to perspektywa przerażająca i rodzi odruchową chęć obrony tego świata, jaki znam, który nagle zaczyna mi się wydawać nadspodziewanie kruchy i przyjazny. A jednak nie chcę ulegać takim wizjom, budzi mój opór dokonywanie takich ekstrapolacji i takich uogólnień. Bo nawet jeśli ta ponura fantazja miałaby się ziścić, to przecież zamiast nuklearnej rodziny pielęgnującej rozszerzony egoizm – mama, tata i kilkoro dzieci – może wytworzyć się poczucie powszechnego braterstwa. Brak więzów krwi może równie dobrze pomóc, a nie przeszkodzić budowaniu jedności wśród ludzi. Może wszystkie dzieci naprawdę zaczęłyby być nasze. Czy człowieka może zniszczyć to, że nie będzie MUSIAŁ spółkować w celu prokreacji? Czy nie WYBIERZE właśnie takich związków i takiego życia, które dla mnie, żyjącej dzisiaj, są tak drogie, ale które są zastane i nie podlegają wyborowi?

Jeśli nauczono mnie przeczuwać jakiś zamysł Boga wobec ludzi, to jest nim to, że obdarzył człowieka kochającą i spragnioną miłości naturą. Przyznać należy, że ta natura dotychczas realizowała się najpełniej za pośrednictwem rodziny i rodzicielstwa. Jeśli wszakże faktycznie taka jest ludzka natura, to żadna technika i żadne udogodnienia w trybie życia jej nie zmienią. Natura to wszak z definicji coś niezmiennego. Może by tak przyjrzeć się człowiekowi przez pryzmat Pieśni nad Pieśniami, żeby nabrać trochę więcej zaufania do Stwórcy, który stworzył człowieka jako istotę zdolną do kochania przede wszystkim?

Zresztą na początku instrukcji „Dignitas personae” znajdują się właśnie takie pełne optymizmu słowa, które później ulegają zatarciu w ferworze obrony ludzkości przed rezygnacją z aktów małżeńskich: „Spojrzenie Kościoła jest rzeczywiście pełne ufności, ponieważ «życie zwycięży: ta nadzieja nie może nas zawieść. Tak, życie zwycięży, ponieważ po stronie życia stoi prawda, dobro, radość, prawdziwy postęp. Po stronie życia stoi Bóg, który miłuje życie i obficie nim obdarza»”.

Zatem można mieć również nadzieję, że to Bóg, który jest po stronie życia, pozwala człowiekowi, żeby wykorzystując technikę pomagał procesowi powstawania życia. Dlaczego nie uznać, że Bóg wcale nie jest zazdrosny o Swoje stwórcze prerogatywy, bo ani przez chwilę nie pojawia się zagrożenie, że zostanie przez człowieka zdetronizowany i bezczelnością jest wyobrażać sobie, że może być inaczej?


Komentarze przez RSS

8 komentarzy(e) dla tego wpisu

  1. Andrzej says:

    Nasmarowałem komentarz i chyba ostatecznie go nie wysłałem. No nic, jeszcze raz ;-).

    Takie czarnowidztwo raczej się nie sprawdza. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w filmie i literaturze Science Fiction nasze współczesne czasy miały być czasem maszyn, upadku człowieka, zniszczenia środowiska i wojny. Tak się nie stało. Ludzie mają pewien pęd do szeroko pojętej “naturalności”. Kiedy środowisko jest zagrożone pojawiają się technologie wykorzystujące energię odnawialną, kupowane są samochody z napędem hybrydowym a sami ludzie zachowują się bardziej proekologicznie.

    Tak samo jest z “in vitro”. Gdyby ludziom nie zależało na pokrewieństwie, to by po prostu adoptowali dzieci. Ale chcą mieć kości ze swoich kości, krew ze swojej krwi. Chcą potomka spokrewnionego genetycznie i dlatego ważne jest dla nich wspomagane zapłodnienie.

    Dziękuję Ci za ten post, bo mogę lepiej poznać oficjalne stanowisko Watykanu, które nadal mnie rozczarowuje. Znowu same stwierdzenia i prawie nigdzie nie ma odpowiedzi na pytanie: ale dlaczego?

  2. Rafal says:

    A ja jeszcze dorzucę od siebie, że mam taką teorię, podpartą słabą próbką statystyczną, że:

    q = Liczba aktów małżeńskich/liczba aktów seksualnych = 0,03

    Jest to proporcja z całego życia ludzkiego. I myślę, że na przestrzeni ostatnich lat wartość q specjalnie się nie zmieniła. I mogę powiedzieć, że q w przypadku małżeństw gorąco katolickich jest dość podobne do q dla małżeństw niekatolickich. Podejrzewam, że może być trochę wyższe, ale bynajmniej nie ze względu na wzrost licznika, lecz zmalenie mianownika :), co wynika z nauczania kościoła o seksualności w małżeństwie – NPR.

    Można za to obwiniać również:
    - narzucenie odpowiedzialności rodzicom za jakość wychowania ich dziecka
    - powstrzymanie facetów od poligamii

    Myślę, że zasadniczo hierarchowie niepotrzebnie demonizują. Rozumiem, można ostrzec, ale czy trzeba od razu demonizować i ostatecznie wylewać dziecko z kąpielą?

    I po raz kolejny mam wrażenie, że dokumenty watykańskie są w tak mydlany sposób pisane, żeby w razie czego nie można było się za bardzo czepiać :). Ewentualnie ja nie do końca posługuję się tym samym zakresem słownictwa i dlatego tego za bardzo nie rozumiem.

  3. gościówa says:

    Czytaliście “Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya? Małgorzato, jeśli nie znasz tej książki, to mogłabyś ją napisać: opisujesz kubek w kubek to samo, co autor. Ta książka nie podobała mi się z tego właśnie powodu, który wymieniasz – w gruncie rzeczy przewodnią ideą jest tam, że gdy ludzie zaczną uprawiać seks dla samej przyjemności to świat się zawali.

  4. Małgorzata says:

    @ gościówa
    Oczywiście znam “Nowy wspaniały świat”, ale Huxley wydał go w 1932 roku i to, że teraz nie potrzeba być genialnym wizjonerem (którym on był) ani sięgać do jego powieści a można tylko trochę “podkręcić” rzeczywistość, żeby ukazały się opisywane przez niego wylęgarnie noworodków, świadczy o tym, że dobrze przewidział przyszłość, w tym aspekcie przynajmniej. Jeśli to, co napisałam, wyobrażając sobie zagrożenia, wygląda na plagiat z Huxley’a, to przepraszam. Ale to tak trochę jest, że świat dogonił wyobraźnię Huxley’a. Natomiast fajnie, że przypomniałaś “Nowy wspaniały świat”, bo na jego przykładzie widać, jak bardzo rzeczywistość jest całością, systemem, w którym ruszenie jednego elementu powoduje lawinę nieprzewidzianych skutków w odległych dziedzinach. U Huxley’a pożądana likwidacja cierpienia skutkowała rozkładem wszystkich relacji. I jeśli Kościołowi chodzi o tego typu ostrzeżenie, to zgadzam się, że należy być ostrożnym zwłaszcza dokonując zmian w najintymniejszych sferach życia, bo cała konstrukcja naszego świata społecznego jest delikatna i wszystko jest ze sobą powiązane. Ale ponieważ nie wiemy, na pewno, jakie działanie wywoła jakie skutki, to możemy próbować przewidywać na podstawie doświadczenia i (dla niektórych) Objawienia. Temu powinny służyć jakieś zasady etyczne, pozwalające decydować, co TERAZ wolno a czego nie wolno. Żeby były przestrzegane, to muszą być silnie uargumentowane. Dla mnie, jako wierzącej katoliczki, mogą być uargumentowane w oparciu o religię, którą wyznaję. W wypadku in vitro, w którym nie dochodzi do “produkcji” nadmiarowych embrionów, chodziłoby mi o silne i jasne racje etyczne, dlaczego nie powinno się z tej techniki korzystać. I to nie w ogóle, ale w indywidualnym przypadku jakiejś Zosi i Andrzeja. A tu jak filip z konopi pojawia się akt małżeński jako ostateczny argument (zresztą nie tylko tu. Zauważyłam, że zaczyna on pełnić rolę dyżurną w różnych tekstach i dyskusjach np.w ostatnim wpisie o. Oszajcy też). Próbowałam domyśleć się, o co chodzi z tym aktem. Wyobrażanie sobie globalnej katastrofy moim zdaniem nie wystarcza, bo można wymyślić konkurencyjne optymistyczne scenariusze. Powiedzenie, że taka jest wola Boga, też nie wystarcza, bo powstaje pytanie, skąd to wiadomo.

  5. Wojtek_himself says:

    Małgorzato,
    W swoim blogu a szczególnie w twoim komentarzu wyrazilaś to co mnie również nurtuje: jak uzasadnić sprzeciw wobec in vitro jeśli nie dochodzi do produkcji nadmiarowych embrionów? Ty piszesz o argumencie “akt małżeński”, ktoś inny argumentuje że tylko Bóg jest Panem życia i śmierci. Ale czy w takim razie uciekanie się np. do przeszczepu serca to również nie byłoby ingerowanie w domenę zarezerwowaną dla Pana Boga? A przecież nikt nie widzi nic złego w przeszczepach.
    Z jednej strony mamy nadzieję i ufność w Bogu, w to że nas ludzi “zaprogramował” do życia, do miłości. Ale z drugiej strony wiemy do czego jest zdolny człowiek, do czego sami jesteśmy zdolni, wiemy jak to jest z naszą wolną wolą. I to nie napawa optymizmem.

  6. Małgorzata says:

    @Wojtek
    Właśnie dlatego, że rozwój przebiega żywiołowo, że ścierają się różne pozytywne i negatywne tendencje zarówno w duszy poszczególnych ludzi jak i w całym świecie, to konieczna jest refleksja nad tym, co się dzieje i jaki to może mieć skutki. Tym bardziej, że teraz nie wystarczy opierać się na zdaniu starszyzny wioskowej, bo po pierwsze nie żyjemy w wioskach, a po drugie, zmiany w świecie są tak szybkie, że bycie starym i doświadczonym nie wystarcza, żeby umieć poradzić, co należy w konkretnej sytuacji zrobić, bo ta konkretna sytuacja jest nowa nie również dla doświadczonego człowieka. Wszyscy są niedoświadczeni. Dla mnie jest ważne, czy moim życiem przyczyniam się do dobra czy nie.Zastanawiam się nad tym, ale też mam świadomość, że z miejsca, w którym jestem nie wszystko widać. Dlatego cenię sobie bardzo, że jest taka instytucja jak Kościół, w której dokonuje się takiej refleksji dzięki zespołowemu namysłowi ludzi do tego specjalnie powołanych i wykształconych, których światopogląd jest jasno sformułowany, oparty na jawnych przesłankach. Doznaję zawodu i mam poczucie, że nie spełnia on (Kościół) swego obowiązku, jeśli refleksja jest marna i nie odpowiadająca na najpilniejsze pytania lub jeśli wstydliwie ukrywa się jakieś założenia i podaje jakieś wnioski twierdząc, że są uzasadnione, chociaż nie są i znacznie lepiej byłoby przyznać się do wahania.

  7. Marek says:

    Był kiedyś, taki film co się “Matrix” nazywał. Do tej pory nie rozumiem czemu bohaterowie próbowali wyrwać się z otaczającej ich “rzeczywistości”… Ci którzy się zdecydowali na ucieczkę z Matrycy, żyli w ciągłym strachu o swoje życie. Miało to sens?

    Wydaje mi się, że wizja człowieka spełnionego, sytego, żyjącego w braterstwie ze “wszystkimi” trochę przypomina świat wygenerowany przez maszyny we wspomnianym filmie.

    Pamiętajmy, że tak naprawdę jesteśmy pielgrzymami tu na tym świecie. Chrystus wyraźnie powiedział, że jego królestwo nie jest stąd.

    Jeżeli chcemy zbudować społeczeństwo szczęsliwe, bez cierpienia to, cóż wystarczy “podpiąć” się do wirtualnej rzeczywistości i gotowe (jeszcze nie dziś, ale…)

    Wg mnie tak naprawdę wcale nie chodzi o sex, in vitro, mniejszości itp. Człowiek chce uciec od odpowiedzialności i cierpienia.

    Pozdrawiam

  8. Agata says:

    Głos w sprawie in vitro. Doktora Tadeusza Wasilewskiego, jakże pozytywnej postaci…

    (link zawarty w nicku – Agata)

Proszę, zostaw swój komentarz

* Pola wymagane

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com