Internet bezpieczny dla języka 21
W kalendarzu jest tak dużo różnych dni i świąt – czasami tak humorystycznych jak Międzynarodowy Dzień Sprzątania Biurka – że z reguły nie wzbudzają one większego zainteresowania i nie wiążą się z nimi żadne działania. Ale w lutym są dwa takie dni, które, zwłaszcza gdy się je zestawi, powinny skłonić do refleksji, zwłaszcza internautę. Chodzi o obchodzony w różne dni lutego (w 2009 r. 10 lutego) Dzień Bezpiecznego Internetu i o obchodzony 21 lutego Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Pierwszy ma na celu inicjowanie i propagowanie działań na rzecz bezpiecznego dostępu dzieci i młodzieży do zasobów internetowych. W tym drugim zdaniem językoznawców należałoby się zastanawiać, czy język polski jest w jakiś sposób zagrożony i co ewentualnie można zrobić, żeby go od tych zagrożeń uchronić. Czy ma to coś wspólnego z bezpiecznym dostępem dzieci i młodzieży do Internetu? Tak, jeśli uznamy, że Internet jest zagrożeniem dla języka polskiego.
Czy coś wskazuje jednak na takie zagrożenie ze strony sieci? Zdaniem wielu jest nim pleniąca się na stronach prywatnych, blogach, forach, czatach, w e-mailach, komunikatorach itd. specyficzna polszczyzna, która z tą ogólną nie ma wiele wspólnego. Wielu internautów ona drażni, wielu chciałoby z nią w jakiś sposób walczyć. Ale czy rzeczywiście jest ona zagrożeniem dla języka?
Językoznawcy są raczej zgodni, że nie. Jerzy Bralczyk sądzi, że język “naszą swobodę w posługiwaniu się nim wytrzymuje i wytrzyma”. Wtóruje mu Piotr Żmigrodzki: “nie uznaję polszczyzny początku XXI wieku za jakoś specjalnie zagrożoną, ani z zewnątrz, ani przez czynniki wewnętrznojęzykowe”. Ten ostatni zauważa jednak, że “to właśnie w spontanicznych tekstach internetowych objawia się prawdziwa kompetencja językowa przeciętnego Polaka, wcześniej może nieznana językoznawcy, jeśli badając język, ograniczał się do ekscerptów z literatury pięknej i czasopism, bezlitośnie też demaskuje nieskuteczność praktykowanych od lat metod nauczania ortografii w szkole”. Czy zatem owa “prawdziwa kompetencja językowa przeciętnego Polaka” nie jest żadnym zagrożeniem dla polszczyzny? Zwłaszcza dla polszczyzny tych, którzy dopiero poznają jej zasady?
P. Żmigrodzki wskazuje, że “teksty te [internetowe] stanowią negatywny wzorzec dla ich odbiorców”. Co to oznacza w praktyce, pokazują obserwacje samych internautów, a każdy, kto korzysta z Internetu, raczej je potwierdzi, niż im zaprzeczy. Internauta o nicku Kozalesz zauważa: “Ostatnio sam się złapałem na tym, że zacząłem pisać słowo «różny» od «ru». Do «rz» już nie dotarłem, bo zorientowałem się na czas, że coś nie gra. Taki jest skutek zbyt częstego czytania internetowego forum”. A zatem nie sposób nie uznać, że nieortograficzne, niegramatyczne i byle jakie pisanie ma, albo przynajmniej może mieć, wpływ na to, jak piszą, czy w Internecie, czy poza nim, ci, którzy w jakimś stopniu przyswoili zasady poprawnościowe. Nietrudno też sobie wyobrazić, jaki jest wpływ tej bylejakości językowej na tych, którzy tych zasad dopiero się uczą. Zresztą działa tu proste prawo: skoro niepoprawne pisanie prawie nikomu nie przeszkadza (na niektórych forach jest wręcz zakaz wskazywania błędów językowych), nie warto się wysilać.
Może jednak nie ma się czym przejmować, bo normy poprawnościowe po prostu się rozluźnią i będzie to naturalny etap rozwoju języka? Opisana jakiś czas temu przez mnie historia przecinka, którym zajmował się Trybunał Konstytucyjny, powinna studzić zapał entuzjastów rozluźniania norm poprawnościowych. Oczywiście język naszą swobodę w posługiwaniu się nim wytrzyma, ale pytanie, czy my ją wytrzymamy.
Czy można jednak spowodować, by teksty internetowe nie były, albo przynajmniej były w mniejszym stopniu, owym “negatywnym wzorcem” językowym? Żeby tak się stało, zmianie musi ulec przede wszystkim owa “kompetencja językowa przeciętnego Polaka”. Tyle że do tego daleka droga. Dlatego ważne jest, by zmieniło się podejście do języka internautów, zwłaszcza tych wykształconych. Niestety, mniej lub bardziej świadomie dorównują oni do najniższego poziomu. Oczywiście nic nie pomogą nawoływania do poprawnego pisania. Byłoby więc dobrze, gdyby każdy uświadomił sobie, że pisząc niepoprawnie, psuje polszczyznę nie tylko swoją, ale i innych. Że warto dwie minuty później umieścić wpis na forum czy wysłać e-mail, ale jednak przeczytać tekst powtórnie i przynajmniej sprawdzić narzędziami pozwalającymi wykryć błędy ortograficzne. Przypomnieniu sobie zasad poprawnościowych i ortograficznych też warto poświęcić trochę czasu. Nie, nie namawiam nikogo do sztywnego, nudnego pisania zgodnie z wszelkimi regułami. Eksperymentowanie z językiem jest i przyjemne, i zabawne, i pożyteczne dla języka. Czym innym jest jednak takie eksperymentowanie, a czym innym zwykła niewiedza czy niechlujstwo. Świadomość, że nasz napisany w pośpiechu i byle jak tekst może być nie tylko niezrozumiały, ale i stanowić negatywny wzorzec językowy dla innych, zwłaszcza tych, którzy dopiero tych wzorców się uczą, powinna nas skłaniać do staranności językowej. Zwłaszcza w miesiącu, w którym szczególnie powinniśmy się troszczyć o to, by Internet był bezpieczny. Moim zdaniem, bezpieczny również dla naszego języka ojczystego.




Zdumiewające tak wiele troski o język, ale ani słowa o języku etycznym.
Bardzo ciekawe!
A może – tak mi się właśnie nasuwa – wyluzujmy się trochę i pozostawmy użytkownikom języka więcej… wolności, żeby nie powiedzieć wprost: “wolny wybór”?
Ktoś kto czytał moje ostatnie posty w innym wątku tutaj pewnie myśli, ze robię sobie “polewkę”. Nic z tego: mówię jak najbardziej “serialnie”.
Rozumiem oczywiście, że pasjonaci językoznawstwa, gramatyki historycznej itd. daliby się zabić za ó, ż i rz, ch i h…
Ale my zwykli, prości ludzie (którzy do tego nie mamy talentu do zapamiętywania różnych ortaograficznych regułek z długimi listami wyjątków)… Po co nas tak męczyć przez wszystkie szkoły a na koniec jeszcze… w internecie?
:-)
A więc pełny luz, swawola zamiast wolności – “róbta co chceta” ?…..
Internet jest takim samym zagrożeniem dla języka, jak każde inne medium dostępne dla wszystkich. Pewne wzorce i nawyki językowe – dobre i złe – są obecne w wypowiedziach osób publicznych. To, w jakim zakresie będziemy je naśladować zależy od naszego poziomu świadomości językowej, który kształtuje się najpierw w domu, a potem w szkole i w gronie rówieśników. Innymi słowy – najbardziej konstruktywne lub destrukcyjne wzorce językowe są w domu, potem w szkole i na podwórku, a internet lub inne media, to już tylko publikacja tych wzorców. Ale… wobec tego… jakie szanse na kulturę języka ma ktoś, kto nie ma dostępu do dobrych wzorców i sam też ich nie szuka?
> A więc pełny luz, swawola zamiast wolności – “róbta co chceta” ?…
Nie. Nie proponowałem zlikwidowania wszelkich reguł ortograficznych a jedynie uproszczenie ich w trzech wymienionych przypadkach. Mówiąc dokładniej chodziło mi o zalegalizowanie stosowania (względnie nie karania za stosowanie): “u”, “ż” oraz “h” także w tych przypadkach, w których dziś wymagane jest
“ó”, “rz” i “ch”.
Wolność polegałaby na tym, że jeśli ktoś koniecznie chciałby używać “ó”, “rz” i “ch” tam, gdzie były kiedyś używane – mógłby to dalej robić.
@Adam
Ja bym jeszcze dorzucił ze swojej strony rezygnację z odmiany liczebników. Każdy zrozumie, jak się powie w domu było pięć dzieci, zamiast w domu było pięcioro dzieci.
Andrzeju. Wiedziałem!
Wiedziałem, że prędzej czy później będziemy walczyć razem: ramię w ramię, po tej samej stronie barykady.
Żółwik! > <
Szkoda tylko, że Małgorzata i Sierżant jakoś jeszcze nas nie poparli. ;)
Sprzeciwiam się wprowadzaniu uproszczeń do języka. Dlaczego? – bo w nim jest zawarta pewna świadomość i kultura Polaków. Jest w języku jakaś ciągłość tradycji, której nigdy nie wolno bezkarnie niszczyć.
Gramatyki języka polskiego, także i tej historycznej można się nauczyć. Jeszcze bardziej skomplikowaną pisownię niż polska mają Anglicy, Francuzi oraz Niemcy i jakoś wszyscy inni, także obcokrajowcy, jeśli chcą zanć język i rozumieć sposób myślenia wymienionych nacji, po prostu muszą się tej specyfiki nauczyć nauczyć.
Tak na marginesie, przed chwilą czytałam materiał na temat odradzania się kultów pogańskich w Polsce i na Litwie. Może się za chwile okazać, że ktoś będzie chciał wracać także do języka staropolskiego – i co wtedy?
W ogóle żyjemy w dziwnych czasach – z jednej strony postmodernizm poza psuciem kultury nie tworzy nic nowego i jednocześnie istnieje spora grupa ludzi, którzy wracają do korzeni. Jedni katolickich, choćby poprzez uczestnictwo we Mszy Św. sprawowanej w rycie trydenckim, inni do korzeni przedchrześcijańskich. Najwyraźniej ludzie coraz bardziej mają dość rozmycia struktur i granic kultury, w tym także kultury języka!
Dlaczego? – bo kultura nas tworzy. Potrzebujemy jej także do zbudowania własnej tożsamości. Bycie Europejczykiem, czy choćby nawet Chrześcijaninem, to nie jest wystarczające dookreślenie.
Przepraszam za literówki w wyrazie znać, chwilę i powtórce “nauczyć”. Idę teraz do pracy i nie sprawdziłam przed wysłaniem tekstu. Następnym razem się poprawię :)
@Edyta
Tak mówili Polacy XV w. Nie zauważyłem w Twoim poście podobnej gramatyki, czy ortografii. Zatem zdaje się nie dotrzymujesz tradycji, tak jak do tego nawołujesz. Język polski się ciągle zmienia. Nikt tu nie mówi o rezygnacji z języka polskiego na rzecz np. angielskiego, ale o wyeliminowaniu kilku bezsensownych zasad wynikających z przeszłości języka. Języka, który już nie istnieje.
@Adam i Andżej
Cuż, może (nie mylić z możem, czyli wodą) żeczywiście macie rację. Tylko dlaczego “rz” ma być zastąpione przez “ż”? Czyż nie lepiej by było, żeby “ż” było zastąpione przez “rz”? Toż byłby to krok w kierunku dostosowania naszego alfabetu do angielskiego na pżykład, w kturym żadnych “ż”, “ź”, “ó” i innych takich nie ma. Morze zatem sprubujmy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i nieh “ż” będzie zastąpione przez “rz”. A potem jurz poleci i wyszystkich kreskuw, ogonkuw i innyh durnot łatwo się pozbędziemy.
No to rzulwik!
@Robert
No nie. Bo “rz” wynika z pisowni tradycyjnej, bądź zasad odmiany. Fajnie jest się pośmiać, ale fajnie jest też podejść do sprawy merytorycznie. Jeżeli mówię “zająłem się już tym” to ta litera “ą” jest słyszalna w tym, co mówię i przez to jest uprawniona. Tak samo jak litera “e” ma różne akcenty w alfabecie francuskim w zależności od wymowy. Natomiast “Może do was przyjdę jutro” brzmi tak samo jak “Pojadę w wakacje nad morze”. Morze i może brzmi tak samo, skoro więc ludzie w rozmowie rozumieją o co nam chodzi, to po co to odróżniać w pisowni?
Co do końcówki -ów chyba nie mam chwilowo, że tak powiem, stosunku. Być może też mogłoby być pisane jako -uw, np. “nie znoszę chomikuw”.
A co do odmiany liczebników. Sami językoznawcy się z tym czasami gubią, po co nam ona?
I jeszcze jedno: zapisy “przykład” i “pżykład” wymawia się zupełnie inaczej, więc ta propozycja również jest głupia. Jak się chcesz koniecznie pozbyć “rz” to prędzej jako “pszykład”.
Także, jak chcesz się wyśmiewać z czyichś pomysłów i wyzłośliwiać, to musisz się bardziej postarać ;P.
@ Andrzej
Wszakże dobrze by było na początek ustalić, co konkretnie poeta ma na myśli, bo jak do tej pory sytuacja była taka, że Adam zaproponował, by zalegalizować stosowanie “u”, “ż” oraz “h” także w tych przypadkach, w których dziś wymagane jest
“ó”, “rz” i “ch”, a Ty go poparłeś. Tak rozumiane zalegalizowanie oznacza taką pisownię, jaką pokazałem dwa posty wyżej, a zatem jak najbardziej zapis “pżykład” (Adam coś pisał o pisaniu “sz” zamiast “rz”?). Teraz się z tego wycofujesz, bo piszesz, że może nie wszędzie zastępować, bo co do końcówek “-ów” to nie masz zdania. Tak więc dobrze by było doprecyzować, w jakim zakresie popierasz Adama, a w jakim nie oraz co i kiedy chcesz zastępować. A tak nawiasem mówiąc, w zdaniu “zająłem się już tym” ta litera “ą” jest tak słyszalna, jak różnica między “może” a “morze”, tym bardziej że niektórzy mówią “zajełem sie”. Więc skro już upraszczać, to dlaczego nie pisać “zajolem sie”? Tak że też musisz się bardziej postarać. ;)
Ale żeby nie było złośliwie i wyśmiewczo do końca, bo w końcu nie o to chodzi, podaję link do tekstu, w którym mowa o niejasnościach ortograficznych i o tym, z czego się one biorą http://www.mimuw.edu.pl/polszczyzna/Saloni/ZS-N05/O~kodyfikacji2.pdf . Tak, to prawda, językoznawcy też mają wątpliwości. A jeśli czas mi pozwoli, napiszę kiedyś o paru zasadach, które użytkownika języka do furii mogą doprowadzić. Tyle, że to nie “ó”, “rz” i “ch” są największym problemem.
ba! Miałem przez dwa lata zajęcia z prof. Gruszczyńskim na UW i widziałem już takie zasady, że mnie chyba już nic nie zdziwi, stąd takie moje zdecydowanie w kwestii upraszczania języka, bo uważam obecną sytuację za patologiczną w pewnym sensie.
Jeżeli chodzi o to, co pisałem ja i Adam, to weź proszę pod uwagę to, że nasz pogląd zapisany został w zaledwie kilku zdaniach, więc zawsze do czegoś można by się przyczepić. Ale zawsze w takich przypadkach ma zastosowanie zasada zdrowego rozsądku.
Jeżeli chodzi o “zajołem się”. Dla mnie w jakiś sposób słyszalna jest różnica pomiędzy “zajołem się” a “zająłem się”. Jak słyszę u kogoś to zdanie, to zwykle nie mylę się, jak je zapisze na papierze. No i to “zajełem się”. Dobrze wiesz, że istnieje zasada “siła złego na jednego”. Być może w przyszłości taka forma zostanie uznana za poprawną, kto wie. Ale póki co, zapewne będziemy trzymać się obecnej pisowni.
Niestety chwilowo z linku, który podałeś nie skorzystam, bo serwer coś powoli odpowiada, poczekam aż mu się poprawi.
“@Andżej,
Żeczywiście Twoje imię w tej wersji bżmi tak bardziej cool :)”
Oczywiście, że język podlega przemianom, tylko chodzi o to, by na tym nie tracił. Język to nie tylko zapis głosek… w chwili wolnego czasu rozwinę tę myśl.
@Edyta
Moje imię w obydwu wersjach brzmi tak samo. Chyba nie rozumiem, o co Ci chodzi.
> Przepraszam za literówki w wyrazie znać, chwilę i powtórce “nauczyć”. Idę teraz do pracy i nie sprawdziłam przed wysłaniem tekstu. Następnym razem się poprawię :)
Edyto! Naprawdę. Nie ma za co. Spokojnie. Po co tak się stresować? Przecież używanie języka, a już szczególnie blogowanie to powinna być przyjemność, czyż nie tak? A poza tym czy my wyglądamy na językowych rygorystów-fundamentalistów?? :-))
@Robert
>Cuż, może (nie mylić z możem, czyli wodą) żeczywiście macie rację…
WOW! Aż mi dech zaparło. Z wrażenia.
Muszę przyznać, że w moich najśmielszych oczekiwaniach, nawet przez chwilę, nie przypuszczałem, że tak szybko zdobędziemy tak ważnego, chciałoby się powiedzieć: strategicznego sojusznika! Teraz już mogę spać spokojny o szybki i pewny sukces tej batalii!
Co do “moża” proszę się nie obawiać: zrozumieliśmy natychmiast — tak jak trzeba (Andrzeju, prawda?). W języku mówionym też nie ma różnicy a jakoś nikt się nie gubi.
Tylko to poświęcenie „ż” na rzecz „rz”… Nie do końca jestem przekonany. “Ż” ma swój urok – poza tym na klawiaturze mimo wszystko chyba szybciej się pisze “ż” niż “rz”…
W każdym razie, sądząc z kalibru artykułów, mamy do czynienia z poważnym Profesorem, więc tym razem zakończę bardziej klasycznie:
serdecznym podziękowaniem za dołączenie się do inicjatywy i… uściskiem dłoni. -~- :-)
Bardzo ładnie, bardzo logicznie. Jest tylko jeden problem – język nie działa w ten sposób, że ludzie siadają przy stole i się umawiają “na to będziemy mówić x, a na to y, to będziemy pisać z ogonkiem, a to bez”. Te kodyfikacje przychodzą już post factum. Na przykład w naszym pokoleniu zanik wygłosowego “ę” powoduje już zmiany w pisowni (w rodzaju dam prace, zamiast pracę). Jeśli to pójdzie w tę stronę, że ludzie – nie słysząc “ę”, zaczną powolutku ale coraz powszechniej pisać “e”, zapisywanie tego “ę” zaniknie i w praktyce będzie “robie”, “ide” itd. Takie zmiany trwają dość długo, ale jak najbardziej zachodzą i potem można je już tylko wprowadzić do normy językowej. Natomiast historyczne pochodzenie ó czy rz jest Polakom kompletnie nie znane i ten zapis nie ma w sobie, z punktu widzenia przeciętnego obywatela, żadnej historii języka, narodu czy czegokolwiek w tym stylu. Ale tutaj szkoła robi swoje i takie błędy ortograficzne wcale nie są tak powszechne, jak się wydaje a poza tym – co ważne – rażą pozostałych użytkowników.
Dajcie spokój poprawiacze języka. Z całym szacunkiem, ale zostawmy to specjalistom od norm. Zapewne już niedługo kwestia liczebników zbiorowych zostanie rozwiązana, bo norma się zmieniła. Wszelkie operacje na języku są niebezpieczne. W języku są zapisane doswiadczenia zbiorowej duszy narodu, nie chodzi tylko o funkcjonalność. A tej duszy nie ruszajcie!A rózne nieuki niech sie douczą.
Przepraszam za literówki – jak dbać, to dbać. I nie sądźmy, że język sam się obroni, to nie te czasy, kiedy dbały o niego całe pokolenia. W dobie kolejnej “wędrówki ludów” polszczyzna zniknie za – powiedzmy – 30 lat. Posłuchajcie, jak mówi młodzież. Niedługo “Luknij na corner, czy stoi mój car.” stanie się normą /górali z Chicago – tyle, że oni mają silniejszą tożsamość./ Jeśli nie zadbamy i będziemy upraszczać.