Coś więcej niż Zieliński 3
Autorka: Katarzyna Grabarczyk
Mało jest dziś, o ile w ogóle, postaci o rozległej i głębokiej wiedzy. Przereklamowana specjalizacja nie pozostawia nam wyboru. Nie oszukujmy się, liczy się ten, kto jest fachowcem w swojej branży, a tylko przypadek sprawia, że od czasu do czasu zasłyszymy coś niecoś z sąsiedniego podwórka. Skala tego zjawiska oswoiła nas już z myślą, że tak ma być i nie warto tego zmieniać. Tymczasem ktoś wyciągnie z kieszeni małą, bordową książeczkę i całe to mozolnie budowane przekonanie upada. Był taki jeden, co nie bał się ogromu pracy i zaufał swojej pasji. A zwał się Tadeusz Zieliński.
Szczęście zadecydowało, że podzielił się z czytelnikiem całym swoim dorobkiem, sumą doświadczeń, pragnień. Dokładnie opisał, jakiego człowieka uczyniło z niego życie. Odpowiedź dosyć banalna, w naszych czasach na pewno i obśmiana: człowieka erudytę, człowieka z pełną świadomością siebie. Niespotykane. Może już zapomniane? Zieliński dojrzewał, pracował i działał przecież ponad sto lat temu.
W książce znajdziemy Autobiografię oraz zapis Dzienników z lat 1939—1944. Poprzedza je wstęp Hanny Geremek, wyjątkowa próba oceny postaci Zielińskiego. Jej naukowy charakter harmonizuje z innymi, o wiele bardziej emocjonalnymi tekstami, które poświęcono osobie bohatera. Jest wśród nich barwny esej autorstwa Jana Parandowskiego, oto fragment: „(…) co było szczególnie radosne, to praca, którą wśród nas wykonywał. Spotykało się jego nazwisko w każdym poważnym czasopiśmie polskim i na okładkach szkolnych, słyszało jego głos w salach odczytowych, występował jako przedstawiciel nauki polskiej na zjazdach i kongresach międzynarodowych, i każdy kraj zazdrościł nam tak wspaniałego reprezentanta“. Teraz już wypada oddać głos autorowi Autobiografii. Nikt nie opowie lepiej i jaskrawiej własnej historii, jak on sam. Zaczyna może skromnie, na pewno zaś rzeczowo: „Pochodzę z polskiej rodziny szlacheckiej, której losy można z grubsza prześledzić na podstawie rodzinnych dokumentów sięgających XVII wieku. W wieku XVIII w miarę zamożna, w pierwszej połowie XIX wieku zubożała (…)“. Już to daje nam wyobrażenie o tym, jak widział sam siebie ten jeden z największych intelektów swojej epoki. Nie powiemy, że skromnie, bo odjęłoby to cały animusz i wyjątkowość tej postaci. Pozostańmy więc przy określeniu na pewno trafnym i nie wymagającym korekty: „instynkt wielkości“. Napisał to już wspomniany Parandowski, co dowodzi jedynie jak śmiało i skutecznie radził sobie Zieliński z kreowaniem własnego wizerunku. Dla świata zaangażowany uczony, dla znajomych i bliskich – postać uczuciowa, szczera w swoich emocjach. Czego chcieć więcej? To taka zgoda ze sobą i na siebie jest nieodzownym towarzyszem wspaniałych sukcesów w pracy pisarskiej i naukowej (trzeba dodać wielotematycznej!).
Wielu z nas szuka zawzięcie sensu życia. Albo przynajmniej ukrytego znaczenia, duchowego klucza, jedynych wartości, prawdy o sobie, o przodkach, o szczęściu. Zieliński znalazł tę tajemnicę już u swego źródła: „Skończyło się tym, że 2(14) września 1859 roku przyszło na świat w Skrzypczyńcach drugie dziecko tej pary [Ludwika i Franciszek]. Rozczarowanie, zwłaszcza ciotek, było spore, ponieważ było ono równie brzydkie, jak piękna była jego siostra [Maria]. Za to był to chłopiec. Ochrzczony po przyjeździe ojca, otrzymał na cześć Mickiewicza imię głównego bohatera Pana Tadeusza, a ponadto imię dziadka ze strony matki. A więc: Tadeusz Stefan Zieliński, to miałem być ja“. Jak napisał, od samego początku los związał go z literaturą. Później nie mogło być inaczej: kariera, nauka, książki, filologia, pomysł na życie: nic bez litery, bez języka; cum ventis litigare? Oczywiście wszystko w rozsądnym wydaniu. Na drodze młodego Tadeusza pojawiły się jeszcze pasje przyrodnicza i chemiczna (stopniowo skompletował całe laboratorium). Nie przegrały ze słowem. Nigdy! Wręcz przeciwnie, zaprowadziły tak pożądaną harmonię i umiar. Tak, że kolejne rozdziały autobiografii zyskały w toku opowieści niesłychaną głębię i przenikliwość, podczas gdy przełożone martwym spisem lat i dokonań mogłyby tylko czytelnika zanudzić. Śmierć rodziców, relacje przyjacielskie, życie uczuciowe, stosunki towarzyskie, wszystko to zastanawia swoją ilością i trwa dumnie w przestrzeni tego książkowego świata. W rzeczywistości Zieliński zwiedził więcej niż niejeden z nas dziś, w dobie szybkiej i wygodnej komunikacji. Żył od Rosji, przez Niemcy po Włochy, a więc Europa – współcześni idealiści podobnie, dla takich nie ma granic. Ale pewnie i dalej, w planach czy marzeniach… Te zaś zrealizował w 1922 r., zaraz po wojnie, gdy Polska po latach zaborów wróciła na mapy świata. Z Warszawy uczynił swoje polskie Eldorado, ukochane miejsce na ziemi; to tu powstała jego największa twórczość, tu też osiągnął długo oczekiwany spokój, przeżył drugą młodość, rozkwitł. Zbierał, co posiał, a tam, jak pisze: „Wszędy kłosy – kłosy – kłosy“. Do czytania o tym w autobiografii jest mnóstwo i więcej!
Byłoby nieporozumieniem streszczać tę historię, która przykuwa magią opisu i prostotą języka. To, co zasługuje na podkreślenie, to niebywały wręcz dystans z jakim autor próbuje zilustrować siebie i swoje przygody. Piszę przygody, bo nie znajduję innego, lepszego słowa. Sam Zieliński nierzadko wspominał bliżej nieznaną łaskę pani Przygody. W rezultacie cała autobiografia jest precyzyjnie skonstruowaną opowieścią o bohaterze niespotykanym w rzeczywistości. Oczywiście mamy w pamięci, że postać Zielińskiego to osoba z krwi i kości, że to człowiek równy naszym miarom. Na inny odbiór tekstu wpływa jednak tło zdarzeń. Zdarzeń podobnych do epickich obrazów, scenerii z modelującym je zręcznie narratorem (w tej roli również Zieliński). Takie obrazy zaplanowane w każdym szczególe (nie nazwiemy ich w żadnym razie fikcją!) wydobywają z bohatera samo bogactwo zalet. Opisane w toku płynnej narracji mogą prowadzić czytelnika do pochopnego wniosku: że bohater w życiu nie doświadczył trudności dnia powszedniego i niepewności jutra, że ominął go, szczęściarza, zły los i bieda. A to przecież nieprawda… Więc idealizacja świata? Być może. Nie oceni tego osoba, która z bliska nie poznała profesora. Nie ocenię tego i ja. W końcu fakt, że „historia żywota“ jest składna i przejrzysta nie jest w żadnym wypadku wadą. A raczej nieocenioną zaletą! Zaletą godzenia w sobie niepomyślnego losu, wypadków, biegu spraw i pozytywnego ich oswajania. Tu też daje o sobie znać epikureizm, z którym autor zaznajamiał się jeszcze w czasach szkolnych. Lata studiów w Lipsku pogłębiły ten filozoficzny wybór. Wtedy był on być może już na tyle świadomy i pewny, że wystarczył na całe życie. Epikurejska glossa: „Gdy żyjemy sprawiedliwie i mądrze, gdy tworzymy dzieło, które nas przeżyje, pozostajemy w pamięci potomnych, osiągając naszą ludzką nieśmiertelność poprzez rozum“ – nie mogła być mu obca. Mimo że brak bezpośrednich dowodów na ten typ relacji Epikur – Zieliński, ciąży on gdzieś mimowolnie. Co tam materializm (bezwarunkowe lektury tamtego czasu, Marks, Engels, Rodbertus), z drugiej strony romantyzm (choć silny i twórczy), na domiar Schopenhauer, i jeszcze Nietzsche. Taki wiek! Dziewiętnasty! Wtedy warto wracać do źródeł, a filolog klasyczny to już obowiązkowo! Młody Zieliński czytywał z ojcem Horacego, by potem zasiąść do szachów. Ars poetica i czarno-biała plansza – czy to nie prawdziwe życie? Nasz bohater znalazł w tym logikę, uporządkował to według własnych reguł. Nie traktował życia wybiórczo, to by wyraźnie je zubożyło! Postawił odważnie na całość, choćby dla paru chwil rozkoszy (tej epikurejskiej). Może wtedy na przekór, tak dla potwierdzenia reguły, pojawia się zbiór zapisków dziennika. Kim jest bowiem ich autor? Ten sam Tadeusz Zieliński, ale jakby inny. Inny, bo starszy, bo przeżyty, bo inna historia, polityka? Taki wiek! Dwudziesty! Poznajemy szczegółowe, suche fakty kolejnych dni lat 1939—1944 (aż do śmierci). Pogoda (wiatr), temperatura (-2° C), spacer, kąpiel, odwiedziny, kłucie w sercu, noc. Taki obraz w lutym, a w kwietniu, maju: czasem kalafior, piwo, jest i Engels, dwa dni wcześniej Wergiliusz, kawa, szczaw, +9° C. To żadna nuda, żaden konsumpcjonizm! Jesteśmy świadkami krytycznego podsumowania, nie rozliczenia, a szczerego spojrzenia, ironii na miarę mistrza! Ktoś powie taki dziennik to szaleństwo, ja odpowiem: tak, ale świadome. Można choć rzucić okiem!
Nieco inaczej, a na pewno oryginalnie pielęgnuje autor swoją pamięć miłosnej sfery życia. Próżno tu szukać osławionych legendą porwań, uniesień, czy skrajnie, oznak flirtu. Co prawda trudno jest rozsądzić, na ile sposób przedstawienia tych zdarzeń jest zgodny z rzeczywistością. Padają tu przecież imiona (za nimi nazwiska), tak obce słowiańskiemu brzmieniu: Emma, Olga, Barbl, inne. Co może chwilami zastanawiać i każe z utęsknieniem wypatrywać choć jednej polskiej Marysieńki… Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się sam fakt obecności takich historii w autobiografii. I to czyjej? Uczonego, osoby, reprezentanta świata nauki, skostniałego od konwenansów i ograniczonego w uczuciu. Zieliński tym samym daje dowód swojej romantycznej duchowości. Określenie to nie jest przesadne, wziąwszy pod uwagę fakt, że używa go sam autor, który zaraz potem z powodzeniem stylizuje swoje kontakty z damami na ulotne: „Oczywiście, zabierałem ją również do opery i do Burgtheater, ale naprawdę dobrze czuła się dopiero w «kwietnych salonach», tzn. tam, gdzie były śpiewy ludowe, tańce i tanie uczty. A kiedy zagrano walca Straussa i tańczący podejmowali melodię śpiewając «takiego skarbu, jak ty, na świecie nie ma nikt» – a ja z pełnym przekonaniem wraz z nimi – ona czuła się jak w niebie, a dzięki niej ja też“. Zaczytani w balladowym guście wspomnień nie mamy wątpliwości: Zieliński to romantyk pierwsza klasa! Potwierdzają to jego pióro i wrażliwość. Względne oczytanie, ba, o czym tu mówić, tak znakomity stylista śledził z pewnością literackie trendy. Wiedział jak i co pisać. W autobiografii nieraz zdradza się znajomością Goethego (romantyczna fascynacja?). Szereg nazwisk rosyjskich autorów (m.in. Lermontow), same najciekawsze polskie, Mickiewicz, Słowacki. Tak to Polak bez ojczyzny świadczył o swej polskości. I tu już bez zbędnej kreacji. Miłość, uczucia patriotyczne, ojczyźniane, one nie wymagają przerysowania. Ładne słowa, estetyka zdania, wtedy już raczej nie jako instrumenty, tylko wynik pewnej świadomości twórczej, własnej formy. I już zaraz nie przeszkadza, że to nie sąsiadka Marysia czy Zosia, może być ta Luiza; ważne, że uczucie szczere i pełne, aż do końca…
Istotne, że tych kilka stron nie burzy przekazu całego tekstu. Tym chwilom ucieczki w miłość pana Zielińskiego towarzyszy nie-zorientowanie. Weźmy zdanie: „O jej życiu nie myślałem wcale, taniec przesłaniał wszystko, miałem wrażenie, że przeżywam baśń, moją baśń taneczną“. I bal, i taniec, i spojrzenie, kto by pomyślał, a to było naprawdę. Tu jeszcze szczegół, bo właściwie na co ten uczony nam to opowiada? No właśnie… Chce się zrehabilitować przed sobą, przed dziećmi? Pragnie zapisać swoje dokonania i podboje miłosne? Chce być w zgodzie z własnym sumieniem? Mówi o tym przekonująco: „Pamiętajcie jednak [dzieci], jeśli będziecie to czytać, że byłem wówczas młodszy, niż dziś najmłodsze z was, i że od dziecka brak mi było miłości matki – najwspanialszej ze wszystkich – w ten sposób gromadziła się we mnie niezaspokojona potrzeba czułości“. Czy mu wierzyć? To inna sprawa. Nie rozpatrujemy przecież wiarygodności tekstu. Autobiografia to autobiografia. Kto zaufa tej radzie już jest o krok do przodu w interpretacji, a kto jeszcze w to uwierzy… Hm, no cóż, zostanie więźniem Zielińskiego, w lepszym wydaniu – jego zakładnikiem, ale zaręczam, szybko się nie zorientuje. Tajemnicza wielkość będzie i tak o krok przed nami.
Tadeusz Zieliński, „Autobiografia, Dziennik 1939—1944“, podali do druku Hanna Geremek i Piotr Mitzner, Warszawa 2005, wyd. DiG.
PS Pozycja ta, na rynku wydawniczym od 2005 roku, przeszła raczej bez echa w literackim światku. Jej interesujący bohater i zarazem autor, Tadeusz Zieliński, dotąd nieznany większemu gronu czytelników odkrywa przed nami swój intymny i prywatny świat. Już ten fakt zasługuje na uwagę, a na jeszcze większą sprawa odwagi, jaką wykazało się wydawnictwo DiG proponując czytelnikowi autobiografię (dotąd niepublikowaną) człowieka, który zmarł w 1944 roku, gdzieś w Niemczech, czyli dawno i nie jak to trzeba po polsku, w Polsce. O którym milczał PRL, bo był chrześcijaninem. Ten trud i odwaga godne podziwu potwierdziły jedynie nieprzemijalność pewnych wartości. Otóż że prawda, piękno i dobro obronią się same, że ta antyczna trójca wciąż jest jeszcze na wyciągnięcie ręki, rzut oka… Polecam.
Autorka: Katarzyna Grabarczyk




Zgrabna i ciekawa recenzja, a jednocześnie oryginalna sylwetka prof. Zielińskiego. W samą porę, bo wkrótce okrągła rocznica śmierci uczonego.
Przeczytałam z wielką przyjemnością i zaciekawieniem. :))
Ciekawy tekst o ciekawej ksiazce :)