Archiwum May 2009

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (31 V): Drzwi były zamknięte 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

May31

(Dz 2,1-11; 1 Kor 12,3b-7.12-13; J 20,19-23)

Z dzisiejszych czytań mszalnych wynika, że były co najmniej dwa zesłania Ducha Świętego. Jedno w dniu zmartwychwstania a drugie w dniu Pięćdziesiątnicy. To pierwsze zesłanie sprawiło, że apostołowie zaczynają zmieniać swój sąd o Jezusie. Jeszcze przestraszeni, przytłoczeni tragicznymi wydarzeniami, już przekonują Tomasza Bliźniaka, że Jezus jednak żyje. Wciąż jednak trzymają się razem i ukrywają się, chronią za zamkniętymi drzwiami. Dopiero drugie zesłanie ośmieli ich na tyle, że otworzą drzwi i wyjdą do ludzi. A zatem i Duch, podobnie jak Jezus, potrzebuje czasu. Jego zaprzyjaźnianie się z ludźmi nie jest jakimś cudownym momentem, mającym w sobie coś z bajek, coś z hokus-pokus-marokus i mamy królika, ale przekonywaniem człowieka do zawierzenia Bogu, co zazwyczaj nie następuje natychmiast. Duch Święty nie jest przecież jakąś magiczną siłą, nad którą na dodatek można zapanować, czy się nią posługiwać, wystarczy tylko poznać odpowiednie formułki-zaklęcia. Duch Boży jest osobą i kontaktuje się z nami jak osoba z osobą.

Przede wszystkim mówi On do nas wszystkimi językami świata. Można to zrozumieć w ten sposób, że dociera do nas na wszelkie możliwe sposoby. Nie tylko przez słowa, mowę, nie tylko przez Biblię i Tradycję, ale i przez naturę i kulturę, przez całą rzeczywistość, w której żyjemy. Gdziekolwiek jest jakiekolwiek dobro, tam jest Duch. Zapewnia o tym sekwencja Bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia? Jeno cierń i nędze.

Dzięki temu, że Duch Święty jest Bogiem, to i owe ciernie, i nędze też nie istnieją poza obrębem Bożego oddziaływania. Zło, piekło i szatan nie wymknęli się z rąk Boga. Przeciwnie, Bóg jest również w piekle, skoro Jego Duch jest wszędzie. Gdyby tak nie było, już od dawna wiedzielibyśmy, skąd bierze się zło. Nie byłoby ono żadną tajemnicą, żadnym misterium, a na pewno nie moglibyśmy śpiewać o grzechu, że jest szczęśliwą winą.

* * *

Myśląc o Duchu Świętym, biorąc udział w nabożeństwach z Nim związanych, warto pamiętać, że jest On sprawą dnia codziennego, powszedniego. Dlatego jest (…) rzeczą konieczną, aby w (…) realizacji [nabożeństw] nie dochodziło, przede wszystkim ze strony tych, którzy je prowadzą, do form podobnych do histerii, sztuczności, teatralności lub sensacji – „Instrukcja na temat modlitwy w celu osiągnięcia uzdrowienia od Boga”, Kongregacji Nauki Wiary.

Straszą Niemcami 11 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May25

Der Spiegel napisał bardzo ciekawy tekst o uwikłaniu w zbrodnie Holocaustu narodów Europy (polskie tłumaczenie na wyborcza.pl). Belgów, Francuzów, Holendrów, Litwinów, Polaków, Rumunów, Ukraińców… Tekst podkreśla – i nie podlega to dyskusji – że odpowiedzialność za Zagładę ponoszą Niemcy. Jednocześnie pokazuje, co rzadko mamy okazję spotkać, przegląd różnych postaw wobec Żydów – zarówno naszych wschodnich, jak i zachodnich sąsiadów. No i Polaków.

Przecież to szalenie ciekawe. A artykuł jest wyważony, pomaga zrozumieć wydarzenia, które widzimy w nowym świetle. Co więcej, przywołuje liczby, które dają nam powody do dumy: autorzy przytaczają wyliczenia ekspertów, według których w „pomoc” hitlerowcom mogło być zaangażowanych 200 tys. osób, a w innym miejscu mówią, że Żydów ratowało aż 125 tys. Polaków. W gruncie rzeczy informacje o zachowaniach Polaków nie są dla nas nowe; najciekawszy jest tu kontekst europejski.

Tymczasem prawie cała polska prasa rzuciła się na Spiegla. Może nie trzeba się dziwić – wielu komentatorów nie od dziś powtarza mantrę o relatywizowaniu przez Niemców winy za zbrodnie drugiej wojny światowej. Ale krzyk podnieśli też politycy. I to zgodnie: „skandaliczny artykuł!”. Czytali go? Nie jest krótki. Pewnie niewiele osób go przeczyta. Dlatego tak łatwo przychodzi straszenie Niemcami?

Wniebowstąpienie Pańskie (24 V): Został wzięty do nieba 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

May24

(Dz 1,1-11; Ef 1,17-23; Mk 16,15-20)

Do nieba? Czyli gdzie? Gdzie jest niebo? Do nie tak znowu dawna było niedaleko, ponad chmurami, za słońcem, księżycem i gwiazdami, za błękitnym sklepieniem. A może jeszcze dalej, poza wszelką czasoprzestrzenią? Dzisiaj jednak wiemy, że nie wiemy, czy ten nasz świat gdziekolwiek się kończy. Wychodzi więc na to, że dla nieba nie ma miejsca, bo wszędzie jest świat. Wszędzie materia i antymateria, i nie wiadomo, co jeszcze.

Skoro tak, skoro nie można nieba umiejscowić ani tu, ani tam, ani gdzie indziej, to bardzo dobrze, bo to znaczy, że niebo, jeśli jest, to jest wszędzie. Jeśli jest? Musi być! Musi być, gdyż jego istnienia domaga się zarówno rozum jak i serce. W imię czego temu pragnieniu mamy się sprzeciwiać? W imię czego możemy odmówić człowiekowi prawa do szukania odpowiedzi na pytania, które nieodparcie do nas, ludzi, wracają w każdym czasie i w każdym miejscu, gdzie żyje człowiek? Dlaczego pytanie o ciąg dalszy historii świata i człowieka ma być pytaniem źle postawionym, skoro dzięki niemu, dzięki poszukiwaniu odpowiedzi na nie, dorobiliśmy się całkiem sensownej kultury, która jawi się zarówno jako dorobek ludzkości i dorobek Boga.

Mówi przecież Paweł apostoł w Liście do Efezjan, że Bóg Ojciec ustanowił Jezusa Chrystusa Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem. A zatem, jeśli szukamy nieba, co w ostatecznym rozrachunku oznacza szukanie Boga, powinniśmy pójść za radą Ewangelii i nie stać w miejscu, nie zadzierać głowy do góry, ale porozglądać się wokół siebie. Najpierw po Kościele i kościele, a następnie wokół i wtedy okaże się, że Jezus nie jest żadnym więźniem miłości zamkniętym w tabernakulum, a chleb i wino nie zasłaniają Go, ale odsłaniają. Przekonamy się też, że Jezus ze świątyni, z kościoła, jest tym samym Jezusem, który dociera do nas przez ludzi i wydarzenia, gdyż jest Pełnią Tego, który napełnia wszystko na wszelki sposób.

* * *

Kościół, z kim (czym) kojarzymy to słowo? Z ludźmi Kościoła, czyli papieżem, biskupami i prezbiterami, czasem jeszcze diakonami. Ludzie Kościoła? A czyimi ludźmi są pozostali ochrzczeni, skoro Kościół można całkiem odpowiedzialnie nazwać ciałem Boga, czyli nieba?

VI niedziela wielkanocna (17 V): Tak jak Ja was umiłowałem 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

May17

(Dz 10,25-26.34-35.44-48; 1 J 4,7-10; J 15,9-17)

Miłość – słowo bez którego trudno się obejść – to z jednej strony, a z drugiej, jest ono słowem najbardziej podejrzanym z podejrzanych. W imię miłości człowiek daje życie jednym, ale też w jej imię posyła na śmierć drugich, a bywa, że i samego siebie. W imię miłości do swego narodu Hitler wszczął wojnę i wymordował miliony ludzi rękoma tych, którzy mu zawierzyli lub dali się w inny sposób uwieść czy zniewolić. Natomiast Maksymilian Kolbe i Janusz Korczak w imię miłości siebie wystawili na śmierć, by ratować drugich. Wygląda na to, że człowiek, chcąc mordować, najpierw musi morderstwo odczarować ze zła i nazwać dobrem, odczarować też nienawiść i nazwać miłością.

Ta niejednoznaczność słowa „miłość” nieobca jest chrześcijanom, a podejrzliwość wobec niego zaszła tak daleko, że zaczęliśmy miłość odzierać z ciała i krwi, i spychać ją w sferę czysto duchową, ponadmaterialną. Chcieliśmy miłość zamknąć w klatce z etykietką agape. A drugi jej przejaw, ten związany z ciałem, a zwłaszcza seksem, opatrywaliśmy przezwiskiem eros, w najlepszym przypadku philia. Przy takim podejściu do miłości wcale nie przeszkadzało nam wyznawać w każdą niedzielę, że nasz Bóg przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Nie widzieliśmy też niczego niestosownego w słowach bierzcie i jedzcie – ciało moje, bierzcie i pijcie – moja krew.

Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, że chciałby, by Jego radość była w nas i by była pełną i trwałą radością, a więc ogarniającą całego człowieka. Jeśli tak, to nie wystarczy zbawiać duszę swoją, trzeba też zbawiać ciało, jeśli takie dzielenie ludzkiej osoby ma jeszcze sens.

* * *

Według Friedricha Nietzsche, chrześcijaństwo jakoby dało erosowi do picia truciznę, a chociaż z jej powodu nie umarł, przerodził się w wadę. W ten sposób filozof niemiecki wyrażał bardzo rozpowszechnione spostrzeżenie: czy Kościół swymi przykazaniami i zakazami nie czyni gorzkim tego, co w życiu jest najpiękniejsze? Czy nie stawia znaków zakazu właśnie tam, gdzie radość zamierzona dla nas przez Stwórcę ofiarowuje nam szczęście, które pozwala nam zasmakować coś z Boskości? – Benedykt XVI, encyklika „Bóg jest miłością”.

Kto wymyślił duszę 9 Autor: Małgorzata Felicka

May7

Gdyby urządzono konkurs na to, który opis rzeczywistości najdłużej pobudzał wyobraźnię i najsilniej oddziałał na przekonania, pierwsze miejsce trzeba by chyba przyznać platońskiemu podziałowi na świat idei i świat materii, i wynikającemu stąd dualizmowi ducha i ciała.

Od dwóch tysięcy lat judeochrześcijańska koncepcja człowieka jako duchowo-cielesnej całości przegrywa z tym utrwalonym przez Platona podziałem. Według Platona dusza jest tym,  co w człowieku boskie, wieczne i piękne. Tę duszę spotyka przykrość: upada i ląduje w ciele na naszym niedoskonałym, bo materialnym, a więc poddanym zmianom, świecie. Po śmierci ciało ulega rozpadowi, a dusza porzuca je i rozpoczyna swą pozaziemską wędrówkę, żeby w zależności od tego, jak sprawowała się na ziemi, doznać wyzwolenia i zasłużyć na przebywanie w niezmiennym świecie idei, lub ponownie stoczyć się na ziemię i zamieszkać w kolejnym ciele. Tymczasem, jak pisał teolog angielski N. Lash, „rozróżnienie biblijne nie opisuje różnicy między żywymi systemami i ich zdolnościami (jak w przypadku umysłu i materii czy duszy i ciała), ale między tym, co rodzi się do życia, i tym, co rozpada w proch, między nie-życiem lub złym życiem a życiem: życiem rzeczywistym, życiem prawdziwym, życiem Bożym i życiem całego stworzenia w Bogu”. czytaj dalej »

Święto Baroku 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May5

Święto Baroku

Święto baroku. Sztuka w służbie prymasa Michała Stefana Radziejowskiego (1645-1705) – zapraszamy na ciekawą wystawę, której patronujemy, w Muzeum Pałac w Wilanowie – od 12 maja – więcej tutaj.

2004-2009. Tu byłem 3 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May1

Pięć lat Polski w UE, for.: 1 maja 2004, Warszawa, JHP

1 maja 2004 r. roku wieczór był zimny. Uroczystość odbywała się w nocy. Wiele osób nie przyszło. Ale atmosfera była podniosła. Na naszych oczach działa się historia. O północy nad placem Piłsudskiego w Warszawie powiewała flaga Unii Europejskiej. Nasza flaga.

Czasami patos jest ważny. I to jest właśnie chyba ten moment.

Trudno mi sobie wyobrazić, co czują osoby z pokolenia moich rodziców i dziadków, kiedy mogą bez wyciągania rąk z kieszeni przechodzić przez granicę polsko-niemiecką, polsko-czeską, polsko-słowacką, polsko-litewską i przez tak wiele kolejnych granic między innymi państwami jednoczącej się – bo jeszcze nie zjednoczonej – Europy. Janusz Głowacki mówił niedawno, że będąc przy granicy cały czas jeszcze czuje niepokój.

Kiedy sam siebie pytam, jakie są moje pierwsze wspomnienia związane z Europą, przypomina mi się wymiana, jaką moja podstawówka organizowała wspólnie ze szkołą Garibaldiego w miasteczku Genzano pod Rzymem. Było to w 1996 albo 1997 r. Jechaliśmy do Włoch autokarem, po drodze nocowaliśmy bodaj niedaleko Vicenzy. Wieczorem nasza dyrektorka zwołała wszystkich do jednego pokoju, by pokazać nam i opisać – uwaga, uwaga – „jak się w Europie ścieli łóżka”.

Dziś nasza szkoła nosi zaszczytne imię Roberta Schumana.

Ale wracając do rocznicy… W 2004 r. obecność Polski w UE dla wielu osób była sprawą do dyskusji albo pożywką dla gry politycznej. Pamiętamy poparcie Jana Pawła II dla naszej akcesji oraz żenujące próby reinterpretacji jego słów przez środowiska skrajnej prawicy; pamiętamy eurosceptycyzm PiS oraz wcale nie tak odważną i proeuropejską jak dziś PO. Przynależność do zachodnich struktur wcale nie była oczywista dla polskiej klasy politycznej. Być może chodziło o zbicie kilku punktów w sondażach, prezentując postawę ostrożną, zdystansowaną, sceptyczną czy wręcz niechętną. Wówczas wydawało mi się to politycznym cynizmem, który może przynieść tylko szkodę. Teraz myślę, że był to koszmar. A gdyby tak przeciwnikom Unii się udało?

Dzisiejsza rocznica pomaga spojrzeć na politykę nie tylko jak na partyjne przepychanki, których można mieść szczerze dość. Pięć lat obecności w Unii, po których trudno myśleć, że moglibyśmy w Unii nie być, po których wydaje się, że jesteśmy w Unii od zawsze, pokazuje, że istnieją w polityce cele ważne, historyczne, nadające polityce wyższy sens.

A żeby nie wszyło za prosto zachęcam do lektury majowego Przeglądu Powszechnego, w którym zastanowimy się nad problemami, przez jakie przechodzi Unia. Jak to jest z jej tożsamością? Czy faktycznie wspólna Europa jest jeszcze marzeniem? I czy mamy przyjąć euro? A były premier Jerzy Buzek powie, jak posłowie z Polski odnaleźli się w Parlamencie Europejskim. Warto przeczytać – zanim zdecydujemy, których posłów wyślemy tym razem.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com