Archiwum September 2009

Wyrok sądowy w rękach ideologów 10 Autor: Krzysztof Ołdakowski SJ

Sep24

Dużo naczytałem się wczoraj na temat sporu wokół orzeczenia sądu w Katowicach w sprawie pozwu Pani Alicji Tysiąc przeciwko redakcji tygodnika “Gość Niedzielny” i Archidiecezji Katowickiej. Atmosfera wokół aborcji znowu się zagęściła. Różne strony wydają oświadczenia. Blogi polityków i publicystów pełne są komentarzy. Każdy mówi swoje w zależności od tego, czy sąd postąpił zgodnie z jego przekonaniem, czy nie.

Tak naprawdę nie o wyrok sądu tu chodzi, ale o wykorzystanie go do promowania swoich idei. To częsty mechanizm w naszym życiu publicznym. Osoba “z problemem” jest traktowana  instrumentalnie do tego, aby walić w przeciwników i bronić swoich poglądów. Wyrok sądu nie jest uznawany samoistnie jako naruszenie dóbr osobistych. Nie chodzi o 30 tysięcy,które trzeba będzie zapłacić, ale o kolejną próbę rozpalenia emocji i wyciągnięcia kontrowersyjnego tematu na światło dzienne. Orzeczenie sądowe stało się zwyczajnym pretekstem do kolejnej próby sił. Może teraz uda się zachwiać świadomością moralną społeczeństwa.

Jakiś czas temu podobne działanie podjęto przy okazji dziecka poczętego przez 14-letnią Agatę. Wtedy posłużono się prawem, aby udowodnić jej nielegalne postępowanie. W jej przypadku zezwalało ono na dokonanie legalnej aborcji. Można spytać kto poniósł największą cenę  nieodpowiedzialnego zachowania młodocianych? Gdy nastąpi poczęcie czyn trzeba ukarać, ale kogo karze się najbardziej? Najbardziej karze się najsłabszego, który nie może bronić się sam. Ale po kilku dniach, gdy wrzawa przycichnie nikt już nie będzie o nim pamiętał. Mniej więcej to wydarzyło się w Katowicach. Sąd nie wypowiedział się na temat dopuszczalności aborcji oraz na temat, czy jest ona złem czy nie. Sąd wypowiedział się na temat, czy przy jasnej ocenie wartości moralnej czynu można iść na “ostro” wobec człowieka.

Nie można w słusznej sprawie posługiwać się niegodziwymi metodami, ani nie można wykorzystywać dramatycznych ludzkich losów do tego, aby zwalczać swoich przeciwników. Jakie będą jednak rzeczywiste skutki tych działań  dla głównych uczestników dramatu. Tego już się pewnie nie dowiemy.

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa 0 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Sep22

Wprawdzie jeszcze grubo ponad miesiąc do tego jubileuszu, ale pozwolę go sobie zapowiedzieć już teraz: 6 listopada minie dokładnie 20 lat od premiery “Lawy: opowieści o <<Dziadach>> Adama Mickiewicza”. Film ten Tadeusza Konwickiego uważam za mistrzowski, nie zatraca siły wyrazu samych “Dziadów”, a wystawia jeszcze mnóstwo scen pięknych; wśród nich tyle urzekających obrazów z Wilna (m.in. Rossa, dziedziniec ks, Skargi, podwórzec bazyliański): można zobaczyć, jak surowo wyglądał jeszcze niedawno (no, przed 20 laty) plac Katedralny, dziś tak zadbany i ludny w godzinach wypoczynku. Do tego nastrojowa i przejmująca muzyka Zygmunta Koniecznego, scenografia Allana Starskiego, zdjęcia Piotra Sobocińskiego, i wiele wspaniałych ról: Gustawa Holoubka (ba!), Andrzeja Żmijewskiego, Jolanty Piętek-Góreckiej. Mai Komorowskiej (dla mnie guślarz już na dobre ma twarz i głos Mai Komorowskiej), Jana Nowickiego, długo by wyliczać!

Widzę w “Lawie” niezwykle udany obraz polskości, tradycyjnej polskości, z którą wiecznie musimy się rozliczać. Jeśli istotnie film T. Konwickiego nie jest ceniony tak, jak na to zasługuje, to teraz nadarza się dobra okazja, żeby oddać mu sprawiedliwość. “Wewnętrznego ognia” “Lawy” “sto lat nie wyziębi”.

Rozmawialiśmy o mediach 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep19

Dużo myśli od rana. Rozmawialiśmy dziś o 7 w Polskim Radiu Euro o prasie: jakości informacji, etyce dziennikarskiej, wpływie mediów elektronicznych na prasę drukowaną, szkolnictwie dziennikarskim.

Właściwie jak tu rozmawiać, jeśli nie chce się mówić życzeniowo, a jednocześnie dobrze by było powiedzieć coś optymistycznego i prawdziwego?

Wszyscy (1.) narzekają na media, (2.) odmieniają tabloidyzację przez wszystkie przypadki, (3.) żalą się na obniżenie standardów dziennikarskich, (4.) krzywią się, gdy słyszą o kimś, kto skończył dziennikarskie studia.

Poniekąd mają rację. (1.) Media elektroniczne przyspieszyły obieg informacji i umasowiły przekaz, co złożyło się na obniżenie jego jakości. (2.) Tabloidyzacja prasy to pewien kłopot; brukowiec schlebia niskim gustom czytelników, jest populistyczny, nie promuje krytycznego myślenia, więc przyczynia się do wychowywania biernego społeczeństwa. (3.) Wiele można znaleźć przykładów nierzetelności dziennikarzy. (4.) Szkołom dziennikarskim też można mieć wiele do zarzucenia (choć nie oszukujmy się – nie tylko tym).

Na dodatek – wszystko zmierza w złym kierunku. Nikt na razie nie ma pomysłu na to, co mają zrobić poważne dzienniki, by zachęcić do siebie czytelników. Rano biorą oni do rąk gazetę wypełnioną informacjami, o których nasłuchali się i naoglądali poprzedniego dnia. Gdzie tu wartość dodana?

Niestety zbiega się to z kryzysem finansowym i właśnie na to, co może gazety wyróżniać, najbardziej obcina się środki. Bo kto ma dziś pieniądze, by wysłać dziennikarza na drugi koniec świata, zapłacić za dobry reportaż, zlecić przeprowadzenie wywiadu – nie telefonicznego – w odległym miejscu?

Nie potrafię jednak myśleć w sobotę rano bez optymizmu.

Przecież (1.) media elektroniczne otworzyły przed nami zupełnie nowe możliwości, mamy informacje na wyciągnięcie ręki. Trzeba nauczyć się z tego korzystać, wybierać to, co dobre, rzetelne. (2.) Nawet jeśli krytykujemy tabloidy, to zważmy – są one częścią prasowej tradycji, a kształtują się w pewnym kulturowym kontekście. Dlatego na przykład polskie brukowce nie są aż tak wścibskie czy szokujące, jak gdzie indziej. Ten segment prasy bardziej rozwinął się np. w krajach anglosaskich. (3.) Dziennikarze zawsze stają przed dylematem: pokusa czy etyka dziennikarska. Są przykłady redakcji, które stają na wysokości zadania. Wybór miejsca pracy nie jest bez znaczenia. To w istocie wybór moralny. A jeśli chodzi o (4.) szkoły, to, mimo wad uniwersytet jest świetnym miejscem, gdzie można znaleźć Mistrza. Trzeba tylko go poszukać.

Z pozytywym nastawieniem zabieramy się za korektę kolejnego “PP”, na Rakowieckiej świeci słońce.

DEON.PL 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep18

Od dziś działa DEON.PL, portal społecznościowo-informacyjny prowincji południowej jezuitów i wydawnictwa WAM. Jak piszą twórcy, DEON.PL adresowany jest „do odbiorców w wieku 25-55 lat”, którzy „znajdą w nim bieżące i znaczące informacje z Polski, ze świata i z życia Kościoła”. Serwis umożliwia tworzenie profili, dodawanie artykułów, galerii, komentowanie. Powodzenia;)

Barbara Skarga nie żyje 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep18

Każdy łatwo znajdzie wszelkie informacje o profesor Skardze we wszystkich serwisach informacyjnych. Nie chcę tego powtarzać. Nie znałem jej osobiście, więc napiszę wspomnienia. Prof. Skarga była jednak dla mnie ważna, bo jej teksty, zwłaszcza jeden – „Inteligencja zamilkła” – to ważny składnik debaty publicznej.

czytaj dalej »

Misja na cyfrowym kontynencie 0 Autor: Krzysztof Ołdakowski SJ

Sep16

W trzecią niedzielę września będzie obchodzony w Polsce Dzień Środków Społecznego Komunikowania. Tegoroczne orędzie Papieża dotyczy ewangelizacji cyfrowego świata.

Czy nasz “cyfrowy” sposób bycia ułatwia nam czy utrudnia praktykowanie wiary? Takie pytanie postawiłem sobie idąc na konferencję poświęconą chrześcijańskiej obecności w Internecie. Wielu ludzi pyta: skoro możemy w Internecie robić zakupy, prowadzić bankowość, zawierać przyjaźnie, a nawet spotkać miłość swojego życia, to dlaczego nie możemy realizować naszych potrzeb duchowych i spełniać praktyk religijnych?

Niektóre z nich na pewno możemy z powodzeniem podejmować przez Internet. Rekolekcje internetowe mają nawet często przewagę nad rekolekcjami otwartymi, ponieważ dochodzi w nich do reakcji. Internauci mogą zadawać pytania i wchodzić w polemikę. Dochodzi do żywej i autentycznej wymiany myśli i doświadczeń. To samo dotyczy kierownictwa duchowego i modlitwy. Można tworzyć prawdziwą wspólnotę modlitewną, oczywiście pod warunkiem, że nie traktujemy jej w sposób automatyczny przerzucając odpowiedzialność za nasz duchowy rozwój na innych ludzi.

Sieć nie powinna wszystkiego załatwiać za nas, jak maszyna do której wrzucamy monetę i otrzymujemy żądany produkt. Wielu księży i świeckich używa brewiarza internetowego bez konieczności zabierania wszędzie dość ciężkiego tomu. Można w sieci odnaleźć wiele świadectw wiary, które są inspirujące do wejścia na drogę pogłębionej relacji z Bogiem. Możliwe jest zatem spotkanie z Bogiem w sieci, czyli istnieje laska Boża “internetowa”.

Jest ona jednak czymś innym niż łaska sakramentalna, która jest przekazywana tylko w osobowym spotkaniu. Nie można odprawić Mszy Świętej przez Internet, nie można nikogo ochrzcić, ani udzielić mu święceń. Najwięcej wątpliwości budzi sama spowiedź przez Internet. Istnieje nawet strona Absolution-Online.com na której można się “wyspowiadać”. Po wejściu na stronę należy wybrać kategorię grzechu, jakiego się dopuściliśmy, potem przechodzimy do następnych, za sumę tych grzechów otrzymujemy określoną pokutę i czekamy na rozgrzeszenie.

Tego typu praktyka jest głupią, by nie powiedzieć absurdalną zabawą. Nie bierze pod uwagę osobistej sytuacji człowieka, tego, że przebaczenie jest darem Boga, w udzielaniu którego pośredniczy człowiek. Moralność jest traktowana wyłącznie materialnie. To w istocie taki pseudoreligijny self-service.

Na pewno Internet jednak pomógł wielu ludziom na drodze pojednania z Bogiem, jako miejsce pierwszego kontaktu, który otworzył drogą do osobistego spotkania na drodze wiary. A więc Internet jest wspaniałym wynalazkiem, cennym Bożym darem, ale wszystkiego za nas nie załatwi i nie zastąpi żywego, liturgicznego i sakramentalnego zaangażowania w realu.

Jagiellonizm szkodzi 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep11

Wilno
Obecnie wydaje się, jakby polityka zagraniczna Polski od zawsze budowana była na fundamentach założeń Jerzego Giedroycia i jego „Kultury”; założeń pojmowanych w III RP dogmatycznie, a więc nie podlegających dyskusji. Nie dziwi więc ostra reakcja Mirosława Czecha („Gazeta Świąteczna”, 5-6 września) na artykuł szefa MSZ Radosława Sikorskiego „Lekcja historii, modernizacja i integracja” („Gazeta”, 29-30 sierpnia).

Problem polega na tym, że Mirosław Czech tak przestraszył się krytycznej rewizji poglądów na miejsce Polski w Europie i świecie, że wolał na zapas nadinterpretować słowa ministra. Tymczasem jego tekst ani nie zapowiada zasadniczej zmiany naszej polityki zagranicznej, ani nie jest – jakby można było się spodziewać z okazji kolejnej rocznicy wybuchu wojny – polityczną laurką czy laniem wody. Zasługuje na uwagę, bo proponuje inny punkt widzenia i prowokuje do debaty o sprawach dla państwa kluczowych, w gruncie rzeczy nie dyskutowanych.

Sikorski zachęca do trzeźwego spojrzenia, pozostawienia na chwilę narodowej martyrologii i „zdjęcia korony cierniowej”. Mówi: „Przegrana wojna polsko-niemiecka 1939 roku oznaczała klęskę cywilizacyjną »państwowości jagiellońskiej«. II Rzeczpospolita była przednowoczesnym w istocie państwem wielonarodowym”. Takie słowa, zwłaszcza po niedawnych obchodach 65. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, to wiadro zimnej wody. Żywimy się mitem II RP – z nostalgii, z chęci odreagowania propagandy PRL czy budowania tożsamości i poszukiwania wzorców – nie chcemy pamiętać, że nie było to państwo idealne, ale targane wewnętrznymi konfliktami i biedne. Jego historia fascynuje, ale – czego uczy np. „Wyprawa w Dwudziestolecie” Czesława Miłosza – fascynacja nie powinna przysłaniać prawdy. Bo w przeciwnym razie ślizgamy się po wierzchu. Mało który polityk ma dziś – w czasach wzmożenia uczuć patriotycznych – odwagę o tym mówić.

Z klęski II RP wyciąga Sikorski wniosek, że „właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe”. Czech bije na alarm: Sikorski próbuje odejść od linii Giedrojcia i III RP, „wizja Sikorskiego jest fałszywa politycznie i groźna dla właściwego kształtowania polityki zagranicznej”, a o ambicjach mocarstwowych nikt przytomny sobie jego zdaniem nie roi. Czyżby? Zaznaczam, że nie mam do dawnych Kresów Wschodnich stosunku obojętnego. Część rodziny brała udział w Powstaniu Warszawskim, ale bliżsi mieszkali w Wilnie, brat prababki dowodził operacją „Ostra Brama”, częścią akcji „Burza”. W Wilnie czuję się trochę jak u siebie, porównuję budynki z obrazami z rodzinnych fotografii. Jednak jest mi przykro, gdy słyszę pogardliwe wypowiedzi Polaków o narodzie litewskim, jakoby wymyślonym, zupełnie zależnym historycznie i kulturowo od Polski. Czuję się nieswojo, kiedy po spotkaniu z mieszkającymi na Litwie Polakami moi rówieśnicy mówią o nich „ruscy Polacy”.

Nie są to sprawy błahe ani marginalne. Klimat społeczny sprzężony jest z polityczną praktyką. Każdy naród ma prawo do wspomnień, historii, ale i do szacunku, tymczasem ze względu na nasz „jagielloński” bagaż traktujemy Wschód z góry, paternalistycznie, a nie podmiotowo. Litwę widzimy przez pryzmat „Pana Tadeusza”. Białoruś – to rozmodlone kobiety klęczące przed Donaldem Tuskiem, który zdobywa wyborcze punkty składając wizytę Andżelice Borys (sierpień 2005). Ukrainie pomagaliśmy w pomarańczowej rewolucji i – o ironio – chyba zdała egzamin: pomarańczowi są w rozsypce, tak jak rozeszły się drogi tych, którzy walczyli z PRL-em. Czy jesteśmy dobrym nauczycielem, czy dajemy przykład choćby na to, jak chronić system polityczny przed populizmem? Chcemy Ukrainy w NATO, bo leży to również w interesie Polski, ale czy wsłuchujemy się w głos Ukraińców? Warto być jej rzecznikiem w Unii Europejskiej, ale w stosunkach dwustronnych bądźmy partnerami.

Kilka tygodni temu pokazywałem Warszawę Litwinkom, koleżankom studiującym w Wilnie. Na Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie czuły się jak w domu – bo przecież przypominają ulice Wilna. Jednak szczerze się ucieszyłem, że nie pytały zanadto o historię, a chciały obejrzeć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej i w Zachęcie. W dusznym klimacie paternalizmu w stosunku do ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) było to dla mnie wielką radością i sprawiło ulgę.

„Jagiellonizm” czy paternalizm nam szkodzi: prowadzi do niezrozumienia (jak rozmawiać z tymi, dla których budowanie tożsamości oznaczało uniezależnienie się od polskiej kultury?), stawia też w gorszej sytuacji, gdy trzeba walczyć o nasze rzeczywiste racje (np. spory o fakty historyczne z XX w. między Polakami a Litwinami).

Czy odejście od „jegiellonizmu” rodem z II RP miałoby oznaczać zaledwie prowadzenie polityki zagranicznej na zasadzie skromnego pragmatyzmu, jak mówi Czech? Stawiane przez Sikorskiego hasła integracji i modernizacji – typowe dla naszej centroprawicy – nie są skromne, jeśli potraktować je poważnie.

Według Mirosława Czecha, „część polityków i komentatorów na bezczelnego serwuje nam interpretacje partyjne”. Nawet jeśli taki charakter ma artykuł ministra Sikorskiego, czytanie go bez partyjnych okularów pozwala w nowym świetle zobaczyć ważny problem polskiej polityki zagranicznej.

Dlaczego Feniks nie powstał z popiołów? 2 Autor: Krzysztof Ołdakowski SJ

Sep10

Po pierwszej połowie przegranego w fatalnym stylu meczu eliminacyjnego ze Słowenią, miałem nadzieję, że jakimś cudem nasza reprezentacja niczym “Feniks powstanie z popiołów”. Tak się nie stało. W kolejnych 45 minutach przeciwnik trafił jeszcze raz do naszej bramki zadając nokautujący cios. Po meczu pomyślałem, że można przegać z Anglią, Brazylią czy Italią, nawet 3:0, ale ze Słowenią, nieco ponad dwumilionym krajem to straszny obciach i wstyd.

Oczywiście nie zostawiono suchej nitki na Leo, bo wiadomo, że porażka ma zawsze jednego “ojca” w przeciwieństwie do zwycięstwa. Owszem selekcjoner w czasie meczu stał sztywno, jakby nie grał z drużyną, zwlekał ze zmianami i obrał zbyt defensywną taktykę. Nie da się jednak zamknąć sprawy krótkim: “Beenhakker musi odejść!”. Zapytajmy: ilu naszych zawodników gra w pierwszych drużynach swoich klubów i jakie to są zespoły? Czy któryś z nich wyrasta ponad europejskiego średniaka? Trzeba spytać, czy naszym zawodnikom poza zarabianiem pieniędzy chodzi o doskonalenie umiejętności? Chyba szkoda już czasu na załamywanie rąk nad poziomem naszej ligi oraz porażkami we wstępnych rundach europejskich pucharów. Co ze szkoleniem młodzieży w szkółkach piłkarskich i klubach? Dlaczego boisk podwórkowych mamy jak na lekarstwo? Ilu działaczy, sedziów a także piłkarzy wyprowadzano w kajdankach pod zarzutem ustawiania wyników, a to wszystko przy milczącym akompaniamencie i całkowitej bezradności piłkarskiej centrali.

Do Euro 2012 zostało trzy lata. Szkoda, że na ten okres wypadniemy ze światowej piłki. Budujemy piękne stadiony. Ufajmy, że polska piłka będzie przyżywać na nich lepsze chwile niż te w Mariborze. O ile oczywiście przejdzie głębokie uzdrowienie. W oczekiwaniu na jego dobre efekty polecam Ligę Mistrzów. Będzie co oglądać.

ołtarz z polnych kamieni 0 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Sep10

9 września minęła 70. rocznica śmierci Józefa Czechowicza, poety bardzo osobliwego, nie tylko wśród autorów międzywojnia. Zauważyłem ostatnio sporo oznak zainteresowania tym twórcą (nie zawsze mówiono o Czechowiczu chętnie i dość głośno), z czego wypada się cieszyć. Bo i teraz w dyskusjach o poezji dwudziestolecia międzywojennego wymienia się go dopiero jako któregoś tam z kolei; nie zapisał się tak wyraźnie w świadomości czytelniczej pewnie m.in. dlatego, że jego postać nie jest anegdotyczna, nie tak barwna jak postaci innych poetów.

A przecież właśnie w jego wierszach czuć atmosferę Polski przedwojennej, ubogiej i wiejsko-małomiasteczkowej. W tych obrazach poetyckich sielskość miesza się zwykle z poczuciem zagrożenia, zachwyt nad urokiem drobiazgu łączy się z bólem i przygnębieniem. Swoje wizje oddawał Czechowicz w oryginalnej formie: językiem nie rządziła gramatyka, nie rządziły zasady interpunkcji i ortografii, ponieważ był to język wrażeń zmysłowych. Jak powiedział śp. Eligiusz Szymanis, “od jego czasów do dzisiaj siano zawsze będzie pachnieć snem”.

Czytelnikom “Bloga Powszechnego” podsunąłbym wiersz “oracz”, ogłoszony przez Czechowicza w 1925 r. w “Przeglądzie Lubelsko-Kresowym”:

 

oracz

 pługu jasny mój pługu

 ciche niebo nad strugą

 ciche ręce u skroni

 cichy dom w miodnej woni

 

 pługu bracie jesieni

 już po kośbie po żniwach

 puch matowy na śliwach

 ołtarz z polnych kamieni

 

 na ołtarzu marzanna

 godów panna ostatnich

 dni jesiennych dostatnich

 i więdnących róż panna

 

 pługu lustro skoworończe

 któż nam wrota otworzy

 któż otworzy nam wrota

 kiedy taka tęsknota

 

 pługu pługu na smugu

 dziś wieczorem nad strugą

 o zachodzie o zorzy

 ona wrota otworzy

 

i za dunaj za wodę

 ciebie pługu powiodę

 ku umarłych dusz słońcom

 glebę orać pachnącą

Bieda 5 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep5

Dwa najważniejsze dzienniki otwierają swoje weekendowe dodatki publicystyczne tym samym tematem. Nie chodzi o spór polityczny, ale sprawę społeczną. O biedę i sposób jej postrzegania – wydaje się, że dominujący – taki, który doprowadził do wysterylizowania bez pytania o zgodę przez lekarza Wioletty Woźnej oraz odebrania jej dziecka przez sąd.

Oba dzienniki patrzą na sprawę nieco inaczej. Paweł Lisicki z Rzeczpospolitej nazywa ją „ostrzeżeniem przed zakusami różnej maści fachowców od naprawiania rodziny”, czyli lekarzy, kuratorów i sędziów, którzy mogą być głupi i bezduszni. Uważa, że nie poradzimy sobie z patologią w rodzinie, zwiększając kompetencje urzędników. Nie podoba mu się przykład Szwecji, bo obawia się powiększenia kompetencji państwa kosztem rodziny.

Tymczasem Gazeta Wyborcza publikuje rozmowę Aleksandry Klich z socjolog prof. Elżbietą Tarkowską. „- Nie znamy biedy?” „- Nie dostrzegamy jej. Moja znajoma z tytułem profesora odkryła biedę dopiero podczas przygotowywania paczek bożonarodzeniowych w swojej parafii. Stało się to, gdy przeczytała list od staruszki, która pisała, że marzy o tym, by wypić kiedyś herbatę earl grey. W dobrej warszawskiej dzielnicy są ludzie, których nie stać na taką herbatę”.

Bardzo polecam ten wywiad. Chociaż nie czyta się go wygodnie. Siedzę w barze burger king, słomka od sprite’a w ustach, w jednej ręce kanapka, w drugiej gazeta – w niej przykład pani, która nie może nawet wypić herbaty. Prof. Tarkowska mówi o studentach: „- Podczas zajęć dla studentów pracy socjalnej zrobiłam ankietę, w której zapytałam, kim jest dla nich biedny. Odpowiadali: pijak, jego dzieci schodzą na złą drogę, przegrany.” Nie tak dawno skończyłem studia, które poniekąd przygotowują do służby publicznej, a sam często wchodzę w logikę myślenia, którą opisuje prof. Tarkowska: „- Im lepiej nam się powodzi, tym bardziej jesteśmy przekonani, że biedni są sami sobie winni”. Z drugiej strony mam poczucie winy oraz wrażenie, że za mało robię dla swojej społeczności. Czy bieda stanie się wyzwaniem intelektualnym i politycznym, czy znajdą się osoby gotowe je podjąć?

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com