ołtarz z polnych kamieni 0
9 września minęła 70. rocznica śmierci Józefa Czechowicza, poety bardzo osobliwego, nie tylko wśród autorów międzywojnia. Zauważyłem ostatnio sporo oznak zainteresowania tym twórcą (nie zawsze mówiono o Czechowiczu chętnie i dość głośno), z czego wypada się cieszyć. Bo i teraz w dyskusjach o poezji dwudziestolecia międzywojennego wymienia się go dopiero jako któregoś tam z kolei; nie zapisał się tak wyraźnie w świadomości czytelniczej pewnie m.in. dlatego, że jego postać nie jest anegdotyczna, nie tak barwna jak postaci innych poetów.
A przecież właśnie w jego wierszach czuć atmosferę Polski przedwojennej, ubogiej i wiejsko-małomiasteczkowej. W tych obrazach poetyckich sielskość miesza się zwykle z poczuciem zagrożenia, zachwyt nad urokiem drobiazgu łączy się z bólem i przygnębieniem. Swoje wizje oddawał Czechowicz w oryginalnej formie: językiem nie rządziła gramatyka, nie rządziły zasady interpunkcji i ortografii, ponieważ był to język wrażeń zmysłowych. Jak powiedział śp. Eligiusz Szymanis, “od jego czasów do dzisiaj siano zawsze będzie pachnieć snem”.
Czytelnikom “Bloga Powszechnego” podsunąłbym wiersz “oracz”, ogłoszony przez Czechowicza w 1925 r. w “Przeglądzie Lubelsko-Kresowym”:
oracz
pługu jasny mój pługu
ciche niebo nad strugą
ciche ręce u skroni
cichy dom w miodnej woni
pługu bracie jesieni
już po kośbie po żniwach
puch matowy na śliwach
ołtarz z polnych kamieni
na ołtarzu marzanna
godów panna ostatnich
dni jesiennych dostatnich
i więdnących róż panna
pługu lustro skoworończe
któż nam wrota otworzy
któż otworzy nam wrota
kiedy taka tęsknota
pługu pługu na smugu
dziś wieczorem nad strugą
o zachodzie o zorzy
ona wrota otworzy
i za dunaj za wodę
ciebie pługu powiodę
ku umarłych dusz słońcom
glebę orać pachnącą




Komentarze przez RSS
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy dla tego wpisu