Beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki – myśli z drugiego planu 1
Ten dzień rozpoczął się w nocy. Wracaliśmy pośpiesznie z Wilna, żeby zdążyć na rozpoczynającą się rano uroczystość. Czekała na nas zalana piwnica i zalany ogród. Ale nic to. Kładę się spać późno, a o piątej budzi mnie śpiew ptaków. Długo namyślam się, jak mam się ubrać, żeby kochanego księdza Jerzego uhonorować, ale żeby było mi wygodnie. Wyruszam wcześnie, bo chcę spokojnie dojść przez las do metra, być na Mszy u św. Andrzeja Boboli, a potem dojechać na plac Piłsudskiego. Po wyjściu z lasu waham się przez chwilę, którą ścieżką przemierzyć wertepy oddzielające mnie od Ursynowa. Wybieram tę biegnącą w prawo, chociaż niepokoi mnie figura faceta z psem, który stoi z boku ścieżki w zaroślach. Odmawiam różaniec, więc co mi tam. Po chwili pies, bezskutecznie powstrzymywany okrzykami swojego pana, gna w moim kierunku i skacze na mnie zabłoconymi łapami. Nie jest groźny, nie przestrasza mnie. No tak, ale na nic moje strojenie się. Oglądam spodnie: na jasnobłękitnym tle widnieją teraz brązowe plamy rozmazanego błota. Mówię właścicielowi:
-Proszę pana, jaka ja teraz jestem brudna!
-A po co pani tu chodzi?” opowiada nieprzyjaźnie. -Tam jest droga, nie mogła pani iść tamtędy?
- Aha- myślę. Zero empatii, nie ma sensu nic więcej mówić, bo to będzie jak kamień w wodę. Po chwili jednak nie wytrzymuję – To pan uważa, że to moja wina, że pies na mnie skoczył? – w odpowiedzi słyszę tylko jakieś nieartykułowane pomrukiwanie.
Poranek jest piękny. Kontrastuje z brzydotą tej sceny. Postanawiam nie dać się wybić z radosnego nastroju i tylko myślę sobie z pogodną rezygnacją, jaka przepaść dzieli tego pana od ks. Jerzego. Tak, już w zeszłym roku, kiedy jeździłam po Włoszech od świętego do świętego zsumowałam sobie ich życiorysy w poszukiwaniu części wspólnej zbioru (przepraszam za zboczenie zawodowe). Nie mogło być żadnej wątpliwości: to, co wszystkich ich łączyło, to niezwykłe wyczulenie na potrzeby innych ludzi i wielka determinacja, żeby – bez względu na koszt własny – te potrzeby zaspokajać.
Więc teraz tylko pomyślałam: “Do kogo mi bliżej: do świętych czy do panów z psami?” Oj, nie najlepiej te rozmyślania wypadły. A w ogóle, to dlaczego ten pan od psa tak zareagował? Czy nie mógł po prostu przeprosić? Przecież musiał zdawać sobie sprawę, że ja tu nic nie zawiniłam. Aha, wiem. On pewnie spodziewał się mojego ataku i go po prostu uprzedzał. Błędne koło!
Później na placu Piłsudskiego jeszcze kilka scenek. Jedna pani prosi służby porządkowe, żeby poszły i powiedziały, żeby ludzie przed nią zwinęli transparent, bo zasłania jej obraz Popiełuszki. Ok, tylko, że ona sama ma rozpięty nad głową parasol chroniący ją od słońca. Nie przyjdzie jej do głowy, że ludzie za nią nie widzą ołtarza z jej powodu. Potem jeden starszy pan zasłania przed słońcem łysiejącą głowę swą dłonią. Nie ma czapki a słońce pali. Daję mu kartkę z wydrukowanym życiorysem Popiełuszki i pokazuję, jak ma się nią osłonić. Słabo mu to idzie; pewnie zwykle żona o niego dba, a teraz wybrał się do Warszawy sam. Obserwuję go z niepokojem, czy nie zemdleje od tego upału i dopiero po dłuższej chwili przypomina mi się, że ja mam czapkę i dużo gęstych włosów pod nią. Jakie to dziwne, że nie przyszło mi do głowy, żeby mu ją dać. Jednak teraz też nie daję, bo boję się, że uzna mnie za natręta. Jednak już w mojej czapce przestało mi być wygodnie.
Podnoszę wzrok sprawdzając, czy nie będzie jakichś chmur. Niebo jest jednolicie błękitne, tylko dwa ślady po samolotach przecinają się nad głowami zgromadzonych pod kątem prostym, tworząc krzyż. Stukam mojego brata i pokazuję mu na niebo. Jestem zadowolona: szczęka mu opada.
Po tym, jak wymieniliśmy znak pokoju i spojrzałam w oczy tej pani, która trzyma parasolkę, ośmielam się i szepczę jej na ucho:
- Gdyby pani lekko podniosła parasolkę, cień padłby również na głowę tego starszego pana.- Jest trochę zawstydzona, ale robi tak jak jej podpowiedziałam. Starszy pan zauważa to i uśmiecha się do niej. Ona też jest bardzo zadowolona. A ja w mojej czapce na głowie jakoś tak niezręcznie się czuję, bo załatwiłam coś cudzym kosztem. Na pociechę myślę, że im się udało.
Przez cały czas podniosłej uroczystości przeżywam jako niezwykłe, to że żyje jeszcze Matka ks. Jerzego. Ma sto lat i jest tu z nami! Doczekała do dnia, w którym jej skatowany na śmierć syn został ogłoszony błogosławionym. To jakby widzieć jego zmartwychwstanie. Po takim nieszczęściu przyszła chwila szczęścia. Na pewno wierzy, że już niedługo zobaczą się znowu. A czy ja w to wierzę?


Pięknie to opisałaś :)
I wiesz – jakos mam wrażenie, że prawdziwi święci to mistrzowie właśnie tego drugiego planu…