Pułapka metafory 1
Metafora nie jest domeną doświadczenia, a domeną języka. Ma charakter nie duchowy, a intelektualny, w najlepszym razie psychiczny, i powoduje reakcje umowne, konwencjonalne. Metafory się uzgadnia nie w toku własnego jestestwa, ale w toku uwarunkowań kulturowych i społecznych. To jest pewna ludzka działalność, jedna z wielu sprawności, które człowiek posiada. Metaforę się napędza, sama z siebie nie istnieje.
Liryka, która jest specjalnie wypreparowanym środowiskiem metafor, nie jest sprawą życia, ale jest sprawą jakiejś kreacji, mniej lub bardziej rozwojowej i szczerej. To wynik różnych przedsięwzięć, ale na ogół nie jest to wynik tego, co można by nazwać roboczo prawdą o człowieku. W poezji niemożliwa jest rekonstrukcja, odpowiedź na pytanie: co poeta miał na myśli?, to nie jest dialog z człowiekiem, a pewien rodzaj narracji. Poezja może być prawdą, ale raczej o obecności podmiotu lirycznego w świecie, nie o nim samym. Nie sposób wyśledzić w podmiocie lirycznym człowieka, który mógłby się za podmiotem kryć. Nie widziałem nigdy w poezji tego, co się w judeochrześcijańskim kręgu nazywa sercem, choć, trzeba to przyznać, widziałem w poezji wiele piękna i wiele sensu.
Co ciekawe, jeśliby któryś autor próbował mówić o sercu, do serca oczywiście wcale nie docierając, to popaść może w niebezpieczne tendencje romantyzujące i tajemnice serca będzie rejestrował przemocą, wikłając się nawet w konotacje wampiryczne i sekciarskie. Mickiewicz chciał być poetą serca i doprowadziło go to do kryzysu. Jakże inaczej na tym tle prezentuje się Czesław Miłosz, który był poetą umiaru i równowagi, i z jego poetyckiej dykcji da się wyłącznie odczytać ślad serca, samo serce zaś jest nietykalną tajemnicą. Dużo za to jest piękna, stoicyzmu, historii, rysowania krajobrazów, swoistej scenografii dla serca. Świat Miłosza żyje, jest sensowny i celowy, ale tylko sugeruje sens, nie próbuje go okiełznać.
Różne są doktryny w teorii literatury, jedne w poezji widzą siłę umysłu, wytężoną pracę, warsztat, inne siłę uczuć, jeszcze inne, zwłaszcza te najnowsze, uważają często, że poezja jest sprawą swoistej gry i eksperymentu. A Czesław Miłosz uważał, że poezja jest proroctwem, że dajmonion ją szepce. Ale, teraz już przechodząc na grunt Objawienia Bożego, proroctwa nie są Chrystusem. Chrystus przyszedł po proroctwach. Podobnie z metaforą: nie niesie życia, co najwyżej jakoś je zdradza. Często zaś zniewala.
W kontekście powyższej refleksji patrzę na Boże Narodzenie. I widzę w nas rzecz niebezpieczną: tryumf metafory nad Chrystusem. Tryumf różnych proroctw i znaków nad obecnością Pana. Czasami w poezji znać jaskrawą przewagę metafory nad życiem autora, język mu się jawnie wymyka spod kontroli, staje się abstrakcyjny. Więcej gmatwa niż mówi. Podobnie jest po wielekroć z naszym patrzeniem na święta.
Powtarzalność kalendarza liturgicznego zmetaforyzowała w oczach ludzi Jezusa Chrystusa. Rozerwała życie na codzienność i na konwencję odtwarzaną co dwanaście miesięcy. Życie ma odtąd w sobie powszedniość i święto, i Jezus zostaje zepchnięty do drugiego obszaru. Dostrzegamy w tym przedłożenie języka nad serce. Oto Chrystus, który jest w Kościele codziennie i codziennie Go można szukać, zaczyna być bardziej widoczny w okolicach świąt, w ich specyficznych słowach i gestach. Traci niejako autonomię, nie jest Chrystusem, ale jakimś duchem świąt. Nie jest jako żywy Chrystus, ale jako swoisty cień Chrystusa. Chrystus staje się tym, który się co roku rodzi w Betlejem, o którym się corocznie mówi w czasie teraźniejszym, ale jest to teraźniejszość poezji, a nie teraźniejszość ludzkiego doświadczenia. Chrystus jest teraz, ale nie w życiu, ale teraz w pewnej kulturowej celebracji. Jest jak oglądany film. Rzeczywiście teraz, ale za moment się skończy.
Język, choć go z okazji świąt za wszelką cenę chcemy powiązać z Bogiem, sugeruje jednak prawdę o naszej postawie. Mówimy do dzieci: popatrz, tam w szopce jest Jezusek. Mówimy także: muszę pójść do spowiedzi, Jezus się rodzi. Jak to wytłumaczyć? Czy nie pewnym rozdwojeniem? Jak wytłumaczyć namnożenie religijnych atrybutów, szopek, nabożeństw, okołoświątecznych zabiegów? Czy to nie jest sztuka zamiast życia? Bardziej szczere może być, tak myślę, błogie lenistwo w święta i beztroskie kupowanie, niż teatr, który Jezusa sprowadza do corocznych uniesień, na jednym poziomie stawiając Zbawiciela, szopkę, barszcz i biały obrus. Znam historię człowieka, który tak się przejął symboliką świąt, że się pochorował w Wigilię, bo sobie uprzytomnił, że zapomniał o zdobyciu opłatka.
Wygląda to zatem u nas mniej więcej tak: opłatek jest, karp jest, Jezusek w szopce jest, więc wszystko gra. To spis metafor, z życiem niewiele ma to wspólnego.
Zastanawiają mnie także mocno takie wynurzenia, które biegną w drugą stronę: że Boże Narodzenie powinno być codziennie, bo codziennie trzeba żyć z Chrystusem. Zastanawiają mnie egzaltacje kaznodziejów, którzy na Pasterkach mówią, że Jezus rodzi się w sercu każdego człowieka, kiedy ten przyjmuje Komunię. To jest próba ochrzczenia wyżej przedstawionych tendencji. Ludzie chcą mieć święta i to głównie święta ich mobilizują do czegokolwiek, więc się im te święta próbuje rozciągnąć na codzienność, próbuje się to Boże Narodzenie za wszelką cenę powiązać z Jezusem. Próbuje się frazę Boże Narodzenie przypiąć do czego tylko się da. Kombinuje się jak może. Kiepski poeta czasami szuka metafor na siłę.
Kombinowanie powinno zamienić się w pewien wyraźny komunikat. Dobrze, że są święta i dobrze, że jest wtedy więcej czasu na rozmowy. I dobrze, że Kościół ma kalendarz liturgiczny, że nie wszystkie msze są odprawiane według jednego formularza. Warto liczyć na to, że święta autentycznie kogoś zainspirują. Trzeba jednak wyraźnie widzieć w świętach pewną umowność i dodatek, jedynie język, opowieść. Warto świąt nie czynić elementem będącym na równi z doświadczeniem życiowym. Warto w świętach widzieć przenośnię. Nie żyć w niewoli schematu: w czerwcu wakacje, we wrześniu szkoła, w grudniu Jezus.
Jakoś trzeba odróżniać poezję od samego siebie. Wyobrażam sobie rzeczywistość, w której nie obchodzi się świąt. Nie miałoby to pewnie żadnego negatywnego wpływu na odkrywanie własnego serca i szukanie Jezusa, może nawet wręcz przeciwnie. Czasami może lepiej nie świętować… Ebenezer Scrooge podniósł rękę na Boże Narodzenie i ujrzał prawdę o sobie. Stary ksiądz powiedział mi kiedyś: spróbuj święta spędzić bez świętowania, samemu. Pewnie się czegoś dowiesz na swój temat, gdy wyrzucisz choinkę.
Czasami warto nie czytać wierszy.
Jarosław Dudycz





Z przykroscią muszę stwierdzić, że napisał Pan tekst o sobie i Pana autoportret nie wypadł najprzyjemniej. A to głównie z dwóch powodów: po pierwsze prezentuje Pan swoje odczucia i poglądy tak, jakby były obowiązującą prawdą o rzeczach i ludziach, podczas gdy jest to prawda o Panu i o Pana indywidualnej wrażliwości, a po drugie, sądzi Pan, że jeśli Pan czegoś nie widzi lub nie odczuwa, to tego czegoś nie ma. Ludzi o takim nastawieniu do swojego bycia w świecie było i jest więcej; nie jest to zjawisko nowe. Na przykład Berkeley (1685-1753) twierdził, że świat znika, gdy zamkniemy oczy. A więc to, że Pan nie widzi w poezji prawdy o życiu, nie znaczy, że jej tam nie ma. Jeśli metafora nie mówi Panu nic o świecie, to nie znaczy, że jest od świata niezależna. I tak dalej. W Pana tekście jest więcej przykładów na tego typu błędne wnioskowanie. Jeśli dopuści Pan możliwość, że JESZCZE nie widzi Pan i nie rozumie jakichś spraw, które dla innych są znaczące, otworzy Pan sobie drogę do poszerzania swej świadomości i wzbogacania swego życia. W przeciwnym razie ograniczy Pan sobie drogę rozwoju i pozostanie Panu samozachwyt nad czymś, co jest w istocie brakiem wrażliwości lub ignorancją. Pozdrawiam.